Wtorek, 9 02.2010
Juz o 5.30 jestem na nogach. By dostac sie do Parku musze przebyc ok. 70 km i dojechac do Marahau skad zaczyna sie szlak. Tu jest wlasnie glowne wejscie do Abel Tasman National Park. Przejechanie tych 70 km zajmuje mi az 3 godziny i zaczynam juz powatpiewac czy to w ogole ma sens. Ponad godzine trace czekajac w Richmond, ktore jest oddalone tylko o 15 km od Nelson. A ostatnie 7 km wiezie mnie facet, ktory myje okna w restauracjach, barach i domach. Jest bardzo wesoly i zadowolony z zycia i spotkam go jeszcze dwa razy w tym samym dniu.
Trasa, ktora sobie obralam do przejscia ma 12.4 km i ma trwac 4h 15 min. Prowadzi ona do chaty Anchorage znajdujacej sie w malej zatoczce. Idzie sie wzdluz linii brzegowej chwilami blisko morza a czasami z dala od niego, niekiedy lekko pod gorke. Sciezka prowadzi przez las deszczowy, wije sie tak jak brzeg ladu, jest swietnie oznakowana i przygotowana. Od glownej sciezki prowadza odnogi do poszczegolnych plaz i zatoczek z lazurowa woda lub w glab ladu.
Nie ma zbyt duzo turystow, wiekszosc schodzi juz na dol po odbytym 2 lub 3 dniowym treku. Mozna sobie podjechac taksowka wodna do kazdego punktu parku i zaczac trek. Popularny teking wzdluz wybrzeza trwa od 1-5 dni. Abel tasman National Park to jeden z najczesciej odwiedzanych parkow na terenie NZ.
Docieram do chaty juz po 3.5h. Chata to parterowy barak z dwoma duzymi pomieszczeniami w ktorych znajduja sie materace na wielkim lozku pietrowym. Jest tez wielka kuchnia i lazienki. Jednorazowo moze tu spac 28 osob ale oprocz tego jest tez pole namiotowe.
Niektorzy turysci przybywaja do parku na kajakach i jest to bardzo popularna forma przemieszczania sie wzdluz lini brzegowej. Ja wracam do Marahau taksowka wodna (30 $), nie chce mi sie juz isc a ponadto chce zobaczyc brzeg i pagorki porosniete lasem od strony morza. Przejazd jest bardzo krotki bo trwa tylko 15 minut i ciezko tu zrobic jakies zdjecia ze wzgl. na predkosc motorowki i uderzanie o fale. Udaje mi sie natomiast nakrecic krotki film.
Marahau to nawet nie jest miasteczko to raczej niewielka osada z kilkoma restauracjami i hotelikami oraz parkingiem dla samochodow. Wydawalo mi sie, ze powrot do Nelson bedzie duzo latwiejszy stad niz droga poranna. Jednak myle sie i znowu trace sporo czasu na powrot.
Mam okazje nawet przejchac sie bentlejem z 1950 r (po remoncie) milionera z Anglii, ktory
Spedza w NZ 4 miesiace kazdego roku. Robie rozpaczliwy gest na drodze i facet lituje sie nade mna. Ale wysadza mnie w srodku miasta Motueka bo akurat tak mu pasuje. Mimo, ze jest pozne popoludnie to slonce jeszcze niezle grzeje a ja musze dralowac na koniec miasta.
Od niechcenia wyciagam reke by cos zatrzymac i kogo widze: tego samego faceta od okien, ktory wiozl mnie rano. Bardzo sie ciesze na jego widok a jeszcze bardziej, gdy mnie czestuje zimny piwem. Sam tez sobie popija mimo, mimo ze jest za kolkiem.
Wysadza mnie w Richmond przy nieszczesnej stacji benzynowej, gdzie dzis rano stracilam pol godziny. Musze wydostac sie z miasta, tu nie ma warunkow do zatrzymywania aut wiec na swiatlach wskakuje do samochodu kierowcy, ktory akurat jedzie w moim kierunku. Wysiadam juz po 2 km, kierowca skreca. I tu znowu zaczyna sie czekanie. Chyba dobre pol godziny. Juz sobie nawet mysle, ze miejsce nie jest odpowiednie do zatrzymywania sie. I niespodziewanie znowu nadjezdza moj wybawca: facet od okien i tym razem zawozi mnie juz na samo miejsce do Nelson. Gdyby nie on stalabym tam pewnie jeszcze nastepne pol godziny.
W sumie przejechalam ok. 140 km w obie strony i jechalam 10 samochodami. A mowiono mi, ze na wyspie Poludniowej lapie sie stopa duzo latwiej i ludzie sa bardziej zyczliwi niz na polnocy. Ja w to nie wierze. Tu, na wyspie Poludniowej mieszka tylko 700 000 ludzi a Maorysow prawie wcale nie ma. Moja jedyna nadzieje pokladam w turystach; jest ich przeciez teraz cala masa i przemieszczaja sie we wszystkich mozliwych kierunkach. Co niektorzy maja tyle bagazy i roznych bambetli jakby pol swojego domu przywiezli ze soba.
Po kolacji na ktora znowu zaprosila mnie Corri, zapraszam ja wraz z mezem na sesje zdjeciowa z Chin i Wietnamu a oni pozniej rewanzuja mi sie filmem ze swojej podrozy jachtem dookola swiata. Na koniec sprawdzam szybko poczte i do lozka.
Na prawde nie u kazdego sa warunki by spokojnie posiedziec przy komputerze a na pisanie znajduje coraz mniej czasu. Chodze pozno spac i wstaje za pozno by rozkladac komputer. Musze to jakos inaczej zorganizowac.
Sroda, 10.02.2010
Moi gospodarze sa szalenie goscinni i nie daja mi opuscuc domu bez sniadania. Dzis znowu jade dalej w kierunku Zachodniego Wybrzerza i Westport. Pierwsze 30 km odbywam z nauczycielka, ktora wiezie mnie do Brightwater. Stad po dlugiej przerwie jade ze starsza kobieta tylko 10 km do Wakefield. Tu sobie robie przerwe na kawe i drugie sniadanie bo akurat mam piekarnie przy drodze a zreszta Brightwater to straszna dziura.
Pogoda zmienia sie gwaltownie i zanosi sie na deszcz. Stad zabieraja mnie turysci holenderscy i spedzam z nimi juz prawie reszte dnia przebywajac 170 km. Jada tez na Zachodnie Wybrzeze do Westport lub jeszcze dalej na poludnie. Akurat gdy wsiadam do ich auta zaczyna lac potezny deszcz, ktory po chwili przechodzi.
Towarzysza nam piekne widoki gorskie (tu zaczynaja sie juz Alpy Poludniowe), przejezdzamy przez liczne potoki i rzeki i nawet pogoda poprawia sie na jakis czas. Za Murchison droga prowadzi przez Buller Gorge i tu na 14 km jadac w strone Zach. Wybrzeza znajduje sie najdluzszy wiszacy most w NZ 110 m (wstep 5$). Teren ten byl nawiedzany 2 razy prze trzesienia ziemi w 1929 i 68 i slady po nich widoczne sa jeszcze w okolicach rzeki kolo mostu. Kiedys tez wydobywano tu zloto i jeszcze dzis za oplata mozna sie zabawic w poszukiwacza zlota jak i rowniez przejsc sie wytyczonymi szlakami prowdzxacymi przez bush (las deszczowy).
Za Westport pogoda zupelnie sie juz psuje ale zdazaja sie momenty w ktorych przestaje padac. Zahaczamy wiec jeszcze o Cape Faulwind tuz przed Charlston. Sa tu ptaki weka, troche podobne do kury zupelnie pozbawione umiejetnosci latania (taka miniaturka kiwi z krotkim dziobem) a tak sie oswoily iz podchodza do aut i oczekuja czegos do zjedzenia. Z przyladka jest widok na ciekawe formacje skalne, ciemna plaze i okoliczne bagna. Wszystkie te widoki jednak nie robia takiego wrazenia gdy jest pochmurno i kropi deszcz. Na Zachodnim Wybrzezu slonecznej pogody jest jak na lekarstwo.
Holendrzy zatrzymuja sie na nocleg w Charleston w malym motelu a ja postanawiam pojechac jeszcze dalej na poludnie do Punakaiki, 40 km dalej na poludnie. Bez problemu zatrzymuje samochod bo akurat pada deszcz i w takis sytuacjach jest mi o wiele latwiej. Kobieta, ktora mnie wiezie od niedawna mieszka w Greymouth a przeniosla sie z Nelson. Wysiadam przy hostelu w Punakaiki, blisko miejsca gdzie mozna zobaczyc formacje skalne podobne do nalesnikow slynne Panecakes Rocks.
Punakaiki Beach Hostel ( 28$ dorm 6os.) sklada sie z 2 budynkow i polozony jest tuz przy plazy. Jest tu mnostwo turystow i na nude nie ma czasu. Niestety pogoda psuje sie jeszcze bardziej, na plazy jest mgla i zaslania wszelkie mozliwe widoki. Pozostaje wiec tylko siedzenie z innymi turystami i saczenie piwia.
Poznaje tu tez austriackiego korespondenta gazety Kurier, ktory pisze do niej reportarze ze swojej rocznej podrozy. Udaje mi sie co nie co podgonic pisanie relacji ale jest to trudne gdy wokolo jest tylu ciekawych ludzi.
Czwartek 11.02.2010
W nocy lalo caly czas i ranek tez jest deszczowy i pochmurny. Nie mam zadnych zapasow ze soba wiec moje sniadanie jest skromne: banan, jablko i kawa. Poznane wczoraj turystki z Niemiec, Lili i Nicole zabieraja mnie swoim autem do Paparoa National Park, gdzie wlasnie znajduja sie Nalesnikowe Skaly. Od hostelu jest to tylko 3 km. Nawet na moment wychodzi slonce i od razu robi sie przyjemnej. Mimo, ze jest przyplyw nie da sie zauwarzyc rozbryzgiwanej wody i uderzajacych fal o skaly, morze jest za spokojne i brak wiatru. Podjezdzamy tez na parking skad zaczyna sie Truman Track, krotki 30 minutowy spacer do plazy. Prowadzi przez bush jak tu sie nazywa las deszczowy a konczy na skalistej plazy, gdzie wyleguja sie pingwiny. Spotkac mozna je zazwyczaj wieczorem.
Tu zegnam sie z Niemkami i jade dalej do Greymouth (40 km). Moim kierowca jest pracownik koleii panstwowych z Greymouth, ktory gada takim slangiem, ze prawie nic nie jestem w stanie zrozumiec. Wraca wlasnie z krotkiego urlopu podczas ktorego glownie lowil ryby. Pokazuje mi zlowione okazy i daje w prezencie porezny rozmiarow crayfish.
Wazy chyba 1 kg.
W Greymouth zachodze na internet bo musze sprawdzic wiadomosc od rodziny z tej okolicy, mam zaproszenie do Rapahoe, 12 km na polnoc na dzisiejsza noc. Greymouth lezy u ujscia rzeki Grey nad Morzem Tasmana i jest najwiekszym miastem na Zachodnim Wybrzezu . Liczy sobie tylko 13.500 mieszkancow. Okolica slynie z wielu kopalni wegla oraz slynnych fabryczek obrabiajacych zielony kamien: jadeit. W gorach wydobywano tez dawniej zloto.
Stad rowniez wyjezdza slynny pociag TranzAlpine do Christchurch kazdego dnia o 13.45. Trasa jego wiedzie przez Alpy Poludniowe , Arturs Pass i rowniny Canterbury. Bilet, odpowiednio wczesniej wykupiony kosztuje w jedna strone 81 $ a podroz trwa 4.20 h.
Juz o czwartej zjawiam sie na malenkiej farmie rodziny Ra w Rapahoe, dokad podwozi mnie Szwajcar zamieszkaly od 2 lat w okolicy i prowadzacy pensjonat. Jest bardzo ciekawy miejsca do ktorego jade totez podwozi mnie prawie pod same drzwi.
Rodzina liczy sobie 6 osob, 2 doroslych i czworka dzieci w wieku 9-17 lat. Dom i dzialka to niesamowita rupieciarnia i skladowisko przedmiotow chyba od kilku generacji porozrzucanych w nieladzie. Kiedy wchodze do kuchni nawet nie mam gdzie postawic plecaka. Widzac, ze gospodyni jest zajeta szykowanie posilku, zmywam sie by poogladac okolice. Ide na pobliska plaze i podjezdzam okazja do gorniczej osady (6 km na poludnie w strone Greymouth) Runanga, gdzie sa 4 czynne kopalnie. Ktos zaprasza mnie do lokalnego pubu na piwo i moge tu zobaczyc na scianach rozne sprzety urzywane dawniej w kopalniach oraz poczytac troche o ich historii. Czuje sie troche nieswojo bo sa tu sami meszczyzni, glownie spedzajacy czas na zlopaniu piwa i grze w bilarda.
Kiedy wracam na kwaterem poznaje Izraelczyka, krtory jest tam juz od wczoraj. Jest to hippis, podrozuje od 3 lat, nocuje czasami u ludzi a wiekszosc nocy spedza na plazach i w buszu. Ciezko jest sie z nim dogadac bo ma jakies dziwne poglady.
Dzieci rodziny Ra wcale nie chodza do szkoly, maja ja w domu a ich nauczycielami sa rodzice. Czasami kosultuja sie z nauczycielami od poszczegolnych przedmiotow. W czasie kiedy ja tam bylam, akurat szwendaly sie po domu lub siedzaly caly czas przed komputerem. Mam stwierdzila, ze dzis lekcji nie bylo bo pogoda byla nieodpowiednia. Matka wychowuje je bezstresowo i wszystko im wolno. Wstaja kiedy chca i robia wlasciwie co chca, zero dyscypliny. Duzo dzieci w NZ nie chodzi do szkoly bo rodzice uwazaja, ze oni naucza ich lepiej w domu a szkola niszczy zwiazki rodzinne. Uwazaja, ze nauczyciel ktory ma w klasie kolo 30 dzieci nie jest w stanie zajac sie indywidualnie kazdym uczniem z osobna. Moze maja i racje ale wszyszystka ma swoje dobre i zle strony.
Ojciec jest jakis nawiedzony, podobny do jogina, wlosy siegaja mu za ramiona a broda do piersi. Ma na sobie jakies lachmany. Slucha dziwnej muzyki i uprawia cos na modle jogi. Ciezko sie z nim rozmawia, matka jest bardziej otwarta ale tez wlasciwie nie zainteresowana niczym i nikim poza swoja rodzina. Probowalam rozmawiac z nia ale niewiele wychodzilo. Ozywila sie, kiedy zaproponowalam, ze moge jej zrobic ciasto na pizze, bo akurat dzieci zaczely sie o nia dopominac.
Wieczorem przybywa jeszcze trzecia osoba z CS, mloda dziewczyna z Kanady, Sylvia. Ta przynajmniej jest logiczna i nawiazujemy kontak z mety co bardzo sie nie podoba gospodarzom i kaza nam nastepnego dnia rano opuscic dom. Ja nawet o tym nie wiedzialam bo poszlam wczesniej spac do pokoju komputerowego. Udalo mi sie uzyskac dostep do tego pokoju bo zaplanowalam, ze jak rano wstane to bede mogla skorzystac z internetu. Jak na zlosc po 15 minutach popsul sie modem i moglam go tylko wylaczyc.
Nigdy jeszcze nie spotkala mnie taka sytuacja by mnie ktos wyprosil. I tak mialam zamiar zatrzymac sie tu tylko jedna noc a po tym co zobaczylam w tym domu to w ogole zalowalam, ze tam przyjechalam. W zyciu czegos podobnego nie widzialam, w zadnym kraju nawet i w Chinach. Ludzie gromadza tam rupiecie i niepotrzebne sprzety , ale ten obrazek przeszedl moje oczekiwania a do tego ten brud; nie wiadomo bylo jak sie umyc albo z ktorej szklanki wypic herbate. Obrzydzenie. Kuchnia przypominala pomieszczenie po wybuchu bomby i nawet mialam zaproponowac, ze ja posprzatam, nie zdazylam.
Nastepneggo ranka wraz z Sylvia i Izraelczykiem jedziemy wzdluz wybrzeza na poludnie i nawet pogoda zaczyna nam dopisywac. Sylvia jest od pol roku w NZ; studiowala 4 miesia na uniwersytecie w Auckland (historie i kulture maoryska) a teraz jezdzi i zwiedza. Jej celem jest miescina a raczej osada Harihari, gdzie ma pracowac na prywatnej farmie przez 3 dni: (
www.wwoof.co.nz). Ludzie woofer jak sie samo nazywaja pracuja za darmo na farmach, w hotelach czasem w restauracjach w zamian za wikt i nocleg, Mozna pracowac 3 dni lub 2 tygodnie., podaje tez inny adres gdzie sa ogloszenia o prace:
www.heplex.net.nzWtorek, 9 02.2010
Juz o 5.30 jestem na nogach. By dostac sie do Parku musze przebyc ok. 70 km i dojechac do Marahau skad zaczyna sie szlak. Tu jest wlasnie glowne wejscie do Abel Tasman National Park. Przejechanie tych 70 km zajmuje mi az 3 godziny i zaczynam juz powatpiewac czy to w ogole ma sens. Ponad godzine trace czekajac w Richmond, ktore jest oddalone tylko o 15 km od Nelson. A ostatnie 7 km wiezie mnie facet, ktory myje okna w restauracjach, barach i domach. Jest bardzo wesoly i zadowolony z zycia i spotkam go jeszcze dwa razy w tym samym dniu.
Trasa, ktora sobie obralam do przejscia ma 12.4 km i ma trwac 4h 15 min. Prowadzi ona do chaty Anchorage znajdujacej sie w malej zatoczce. Idzie sie wzdluz linii brzegowej chwilami blisko morza a czasami z dala od niego, niekiedy lekko pod gorke. Sciezka prowadzi przez las deszczowy, wije sie tak jak brzeg ladu, jest swietnie oznakowana i przygotowana. Od glownej sciezki prowadza odnogi do poszczegolnych plaz i zatoczek z lazurowa woda lub w glab ladu.
Nie ma zbyt duzo turystow, wiekszosc schodzi juz na dol po odbytym 2 lub 3 dniowym treku. Mozna sobie podjechac taksowka wodna do kazdego punktu parku i zaczac trek. Popularny teking wzdluz wybrzeza trwa od 1-5 dni. Abel tasman National Park to jeden z najczesciej odwiedzanych parkow na terenie NZ.
Docieram do chaty juz po 3.5h. Chata to parterowy barak z dwoma duzymi pomieszczeniami w ktorych znajduja sie materace na wielkim lozku pietrowym. Jest tez wielka kuchnia i lazienki. Jednorazowo moze tu spac 28 osob ale oprocz tego jest tez pole namiotowe.
Niektorzy turysci przybywaja do parku na kajakach i jest to bardzo popularna forma przemieszczania sie wzdluz lini brzegowej. Ja wracam do Marahau taksowka wodna (30 $), nie chce mi sie juz isc a ponadto chce zobaczyc brzeg i pagorki porosniete lasem od strony morza. Przejazd jest bardzo krotki bo trwa tylko 15 minut i ciezko tu zrobic jakies zdjecia ze wzgl. na predkosc motorowki i uderzanie o fale. Udaje mi sie natomiast nakrecic krotki film.
Marahau to nawet nie jest miasteczko to raczej niewielka osada z kilkoma restauracjami i hotelikami oraz parkingiem dla samochodow. Wydawalo mi sie, ze powrot do Nelson bedzie duzo latwiejszy stad niz droga poranna. Jednak myle sie i znowu trace sporo czasu na powrot.
Mam okazje nawet przejchac sie bentlejem z 1950 r (po remoncie) milionera z Anglii, ktory
Spedza w NZ 4 miesiace kazdego roku. Robie rozpaczliwy gest na drodze i facet lituje sie nade mna. Ale wysadza mnie w srodku miasta Motueka bo akurat tak mu pasuje. Mimo, ze jest pozne popoludnie to slonce jeszcze niezle grzeje a ja musze dralowac na koniec miasta.
Od niechcenia wyciagam reke by cos zatrzymac i kogo widze: tego samego faceta od okien, ktory wiozl mnie rano. Bardzo sie ciesze na jego widok a jeszcze bardziej, gdy mnie czestuje zimny piwem. Sam tez sobie popija mimo, mimo ze jest za kolkiem.
Wysadza mnie w Richmond przy nieszczesnej stacji benzynowej, gdzie dzis rano stracilam pol godziny. Musze wydostac sie z miasta, tu nie ma warunkow do zatrzymywania aut wiec na swiatlach wskakuje do samochodu kierowcy, ktory akurat jedzie w moim kierunku. Wysiadam juz po 2 km, kierowca skreca. I tu znowu zaczyna sie czekanie. Chyba dobre pol godziny. Juz sobie nawet mysle, ze miejsce nie jest odpowiednie do zatrzymywania sie. I niespodziewanie znowu nadjezdza moj wybawca: facet od okien i tym razem zawozi mnie juz na samo miejsce do Nelson. Gdyby nie on stalabym tam pewnie jeszcze nastepne pol godziny.
W sumie przejechalam ok. 140 km w obie strony i jechalam 10 samochodami. A mowiono mi, ze na wyspie Poludniowej lapie sie stopa duzo latwiej i ludzie sa bardziej zyczliwi niz na polnocy. Ja w to nie wierze. Tu, na wyspie Poludniowej mieszka tylko 700 000 ludzi a Maorysow prawie wcale nie ma. Moja jedyna nadzieje pokladam w turystach; jest ich przeciez teraz cala masa i przemieszczaja sie we wszystkich mozliwych kierunkach. Co niektorzy maja tyle bagazy i roznych bambetli jakby pol swojego domu przywiezli ze soba.
Po kolacji na ktora znowu zaprosila mnie Corri, zapraszam ja wraz z mezem na sesje zdjeciowa z Chin i Wietnamu a oni pozniej rewanzuja mi sie filmem ze swojej podrozy jachtem dookola swiata. Na koniec sprawdzam szybko poczte i do lozka.
Na prawde nie u kazdego sa warunki by spokojnie posiedziec przy komputerze a na pisanie znajduje coraz mniej czasu. Chodze pozno spac i wstaje za pozno by rozkladac komputer. Musze to jakos inaczej zorganizowac.
Sroda, 10.02.2010
Moi gospodarze sa szalenie goscinni i nie daja mi opuscuc domu bez sniadania. Dzis znowu jade dalej w kierunku Zachodniego Wybrzerza i Westport. Pierwsze 30 km odbywam z nauczycielka, ktora wiezie mnie do Brightwater. Stad po dlugiej przerwie jade ze starsza kobieta tylko 10 km do Wakefield. Tu sobie robie przerwe na kawe i drugie sniadanie bo akurat mam piekarnie przy drodze a zreszta Brightwater to straszna dziura.
Pogoda zmienia sie gwaltownie i zanosi sie na deszcz. Stad zabieraja mnie turysci holenderscy i spedzam z nimi juz prawie reszte dnia przebywajac 170 km. Jada tez na Zachodnie Wybrzeze do Westport lub jeszcze dalej na poludnie. Akurat gdy wsiadam do ich auta zaczyna lac potezny deszcz, ktory po chwili przechodzi.
Towarzysza nam piekne widoki gorskie (tu zaczynaja sie juz Alpy Poludniowe), przejezdzamy przez liczne potoki i rzeki i nawet pogoda poprawia sie na jakis czas. Za Murchison droga prowadzi przez Buller Gorge i tu na 14 km jadac w strone Zach. Wybrzeza znajduje sie najdluzszy wiszacy most w NZ 110 m (wstep 5$). Teren ten byl nawiedzany 2 razy prze trzesienia ziemi w 1929 i 68 i slady po nich widoczne sa jeszcze w okolicach rzeki kolo mostu. Kiedys tez wydobywano tu zloto i jeszcze dzis za oplata mozna sie zabawic w poszukiwacza zlota jak i rowniez przejsc sie wytyczonymi szlakami prowdzxacymi przez bush (las deszczowy).
Za Westport pogoda zupelnie sie juz psuje ale zdazaja sie momenty w ktorych przestaje padac. Zahaczamy wiec jeszcze o Cape Faulwind tuz przed Charlston. Sa tu ptaki weka, troche podobne do kury zupelnie pozbawione umiejetnosci latania (taka miniaturka kiwi z krotkim dziobem) a tak sie oswoily iz podchodza do aut i oczekuja czegos do zjedzenia. Z przyladka jest widok na ciekawe formacje skalne, ciemna plaze i okoliczne bagna. Wszystkie te widoki jednak nie robia takiego wrazenia gdy jest pochmurno i kropi deszcz. Na Zachodnim Wybrzezu slonecznej pogody jest jak na lekarstwo.
Holendrzy zatrzymuja sie na nocleg w Charleston w malym motelu a ja postanawiam pojechac jeszcze dalej na poludnie do Punakaiki, 40 km dalej na poludnie. Bez problemu zatrzymuje samochod bo akurat pada deszcz i w takis sytuacjach jest mi o wiele latwiej. Kobieta, ktora mnie wiezie od niedawna mieszka w Greymouth a przeniosla sie z Nelson. Wysiadam przy hostelu w Punakaiki, blisko miejsca gdzie mozna zobaczyc formacje skalne podobne do nalesnikow slynne Panecakes Rocks.
Punakaiki Beach Hostel ( 28$ dorm 6os.) sklada sie z 2 budynkow i polozony jest tuz przy plazy. Jest tu mnostwo turystow i na nude nie ma czasu. Niestety pogoda psuje sie jeszcze bardziej, na plazy jest mgla i zaslania wszelkie mozliwe widoki. Pozostaje wiec tylko siedzenie z innymi turystami i saczenie piwia.
Poznaje tu tez austriackiego korespondenta gazety Kurier, ktory pisze do niej reportarze ze swojej rocznej podrozy. Udaje mi sie co nie co podgonic pisanie relacji ale jest to trudne gdy wokolo jest tylu ciekawych ludzi.
Czwartek 11.02.2010
W nocy lalo caly czas i ranek tez jest deszczowy i pochmurny. Nie mam zadnych zapasow ze soba wiec moje sniadanie jest skromne: banan, jablko i kawa. Poznane wczoraj turystki z Niemiec, Lili i Nicole zabieraja mnie swoim autem do Paparoa National Park, gdzie wlasnie znajduja sie Nalesnikowe Skaly. Od hostelu jest to tylko 3 km. Nawet na moment wychodzi slonce i od razu robi sie przyjemnej. Mimo, ze jest przyplyw nie da sie zauwarzyc rozbryzgiwanej wody i uderzajacych fal o skaly, morze jest za spokojne i brak wiatru. Podjezdzamy tez na parking skad zaczyna sie Truman Track, krotki 30 minutowy spacer do plazy. Prowadzi przez bush jak tu sie nazywa las deszczowy a konczy na skalistej plazy, gdzie wyleguja sie pingwiny. Spotkac mozna je zazwyczaj wieczorem.
Tu zegnam sie z Niemkami i jade dalej do Greymouth (40 km). Moim kierowca jest pracownik koleii panstwowych z Greymouth, ktory gada takim slangiem, ze prawie nic nie jestem w stanie zrozumiec. Wraca wlasnie z krotkiego urlopu podczas ktorego glownie lowil ryby. Pokazuje mi zlowione okazy i daje w prezencie porezny rozmiarow crayfish.
Wazy chyba 1 kg.
W Greymouth zachodze na internet bo musze sprawdzic wiadomosc od rodziny z tej okolicy, mam zaproszenie do Rapahoe, 12 km na polnoc na dzisiejsza noc. Greymouth lezy u ujscia rzeki Grey nad Morzem Tasmana i jest najwiekszym miastem na Zachodnim Wybrzezu . Liczy sobie tylko 13.500 mieszkancow. Okolica slynie z wielu kopalni wegla oraz slynnych fabryczek obrabiajacych zielony kamien: jadeit. W gorach wydobywano tez dawniej zloto.
Stad rowniez wyjezdza slynny pociag TranzAlpine do Christchurch kazdego dnia o 13.45. Trasa jego wiedzie przez Alpy Poludniowe , Arturs Pass i rowniny Canterbury. Bilet, odpowiednio wczesniej wykupiony kosztuje w jedna strone 81 $ a podroz trwa 4.20 h.
Juz o czwartej zjawiam sie na malenkiej farmie rodziny Ra w Rapahoe, dokad podwozi mnie Szwajcar zamieszkaly od 2 lat w okolicy i prowadzacy pensjonat. Jest bardzo ciekawy miejsca do ktorego jade totez podwozi mnie prawie pod same drzwi.
Rodzina liczy sobie 6 osob, 2 doroslych i czworka dzieci w wieku 9-17 lat. Dom i dzialka to niesamowita rupieciarnia i skladowisko przedmiotow chyba od kilku generacji porozrzucanych w nieladzie. Kiedy wchodze do kuchni nawet nie mam gdzie postawic plecaka. Widzac, ze gospodyni jest zajeta szykowanie posilku, zmywam sie by poogladac okolice. Ide na pobliska plaze i podjezdzam okazja do gorniczej osady (6 km na poludnie w strone Greymouth) Runanga, gdzie sa 4 czynne kopalnie. Ktos zaprasza mnie do lokalnego pubu na piwo i moge tu zobaczyc na scianach rozne sprzety urzywane dawniej w kopalniach oraz poczytac troche o ich historii. Czuje sie troche nieswojo bo sa tu sami meszczyzni, glownie spedzajacy czas na zlopaniu piwa i grze w bilarda.
Kiedy wracam na kwaterem poznaje Izraelczyka, krtory jest tam juz od wczoraj. Jest to hippis, podrozuje od 3 lat, nocuje czasami u ludzi a wiekszosc nocy spedza na plazach i w buszu. Ciezko jest sie z nim dogadac bo ma jakies dziwne poglady.
Dzieci rodziny Ra wcale nie chodza do szkoly, maja ja w domu a ich nauczycielami sa rodzice. Czasami kosultuja sie z nauczycielami od poszczegolnych przedmiotow. W czasie kiedy ja tam bylam, akurat szwendaly sie po domu lub siedzaly caly czas przed komputerem. Mam stwierdzila, ze dzis lekcji nie bylo bo pogoda byla nieodpowiednia. Matka wychowuje je bezstresowo i wszystko im wolno. Wstaja kiedy chca i robia wlasciwie co chca, zero dyscypliny. Duzo dzieci w NZ nie chodzi do szkoly bo rodzice uwazaja, ze oni naucza ich lepiej w domu a szkola niszczy zwiazki rodzinne. Uwazaja, ze nauczyciel ktory ma w klasie kolo 30 dzieci nie jest w stanie zajac sie indywidualnie kazdym uczniem z osobna. Moze maja i racje ale wszyszystka ma swoje dobre i zle strony.
Ojciec jest jakis nawiedzony, podobny do jogina, wlosy siegaja mu za ramiona a broda do piersi. Ma na sobie jakies lachmany. Slucha dziwnej muzyki i uprawia cos na modle jogi. Ciezko sie z nim rozmawia, matka jest bardziej otwarta ale tez wlasciwie nie zainteresowana niczym i nikim poza swoja rodzina. Probowalam rozmawiac z nia ale niewiele wychodzilo. Ozywila sie, kiedy zaproponowalam, ze moge jej zrobic ciasto na pizze, bo akurat dzieci zaczely sie o nia dopominac.
Wieczorem przybywa jeszcze trzecia osoba z CS, mloda dziewczyna z Kanady, Sylvia. Ta przynajmniej jest logiczna i nawiazujemy kontak z mety co bardzo sie nie podoba gospodarzom i kaza nam nastepnego dnia rano opuscic dom. Ja nawet o tym nie wiedzialam bo poszlam wczesniej spac do pokoju komputerowego. Udalo mi sie uzyskac dostep do tego pokoju bo zaplanowalam, ze jak rano wstane to bede mogla skorzystac z internetu. Jak na zlosc po 15 minutach popsul sie modem i moglam go tylko wylaczyc.
Nigdy jeszcze nie spotkala mnie taka sytuacja by mnie ktos wyprosil. I tak mialam zamiar zatrzymac sie tu tylko jedna noc a po tym co zobaczylam w tym domu to w ogole zalowalam, ze tam przyjechalam. W zyciu czegos podobnego nie widzialam, w zadnym kraju nawet i w Chinach. Ludzie gromadza tam rupiecie i niepotrzebne sprzety , ale ten obrazek przeszedl moje oczekiwania a do tego ten brud; nie wiadomo bylo jak sie umyc albo z ktorej szklanki wypic herbate. Obrzydzenie. Kuchnia przypominala pomieszczenie po wybuchu bomby i nawet mialam zaproponowac, ze ja posprzatam, nie zdazylam.
Nastepneggo ranka wraz z Sylvia i Izraelczykiem jedziemy wzdluz wybrzeza na poludnie i nawet pogoda zaczyna nam dopisywac. Sylvia jest od pol roku w NZ; studiowala 4 miesia na uniwersytecie w Auckland (historie i kulture maoryska) a teraz jezdzi i zwiedza. Jej celem jest miescina a raczej osada Harihari, gdzie ma pracowac na prywatnej farmie przez 3 dni: (
www.wwoof.co.nz). Ludzie woofer jak sie samo nazywaja pracuja za darmo na farmach, w hotelach czasem w restauracjach w zamian za wikt i nocleg, Mozna pracowac 3 dni lub 2 tygodnie., podaje tez inny adres gdzie sa ogloszenia o prace:
www.heplex.net.nz