AUTOSTOPEM PO ANTYPODACH

Moderator: #Moderatorzy

Re: AUTOSTOPEM PO ANTYPODACH

Postprzez Maniecka Malgorzata » N lut 07, 2010 9:02 am

3.02.2010
Wieczorem odwiedzamy z Krystyna jej znajomych: mlode malzenstwo wietnamsko -angielskie z malym dzieckiem. Ona jest architektem, ma dopiero 30 lat i nie moze wcale dostac pracy w NZ natomiast w Sajgonie miala doskonale stanowisko. Doskonale zna angielski i ma doswiadcznie w swojej dziedzinie, lecz tu moze co najwyzej zmywac gary w restauracji a i z tym jest ciezko. Jest bardzo goscinna i szykuje typowa tu kolacje: hamburgery z jajkiem i zoltym serem. Wracamy pozno, w strugach deszczu..

Rano szykuje sie do wyjazdu do Napier, tym razem mam do pokonania ponad 400 km a droga wcale nie jest prosta, pelno rozjazdow i musze wrocic sie tez do Palmerstone North skad dopiero wiedzie trasa na polnoc do Napier.

. Pierwszym kierowca ktory mnie zabiera jest starsza pani jadaca do wnukow do Stratford (40 km) i od razu proponuje mi, ze zatrzyma sie tam bym mogla posluchac grajacego zegara (Glokenspiel), jedynego takiego w NZ. Miasto jest pelne szekspirowskich pamiatek, nazw ulic i malych pomnikow. Sa tez zdjecia tych, ktorzy zgineli w czasie I i II wojny swiatowej w Memorz Hall.
Zegar gra tylko 4 razy w ciagu dnia a w oknach pokazuja sie postacie Romeo i Juli. Narrator przedstawia, jedna ze scen sztuki, ale szum od przejezdzajacych samochodow jest tak potezny, ze nie jestem w stanie nic uslyszec.

Kolejny kierowca to Maorys (nawet sie zawrocil by mnie zabrac), wytatuowany, potezny mezszczyzna w dziurawych skarpetkach. Wiezie mnie wprawdzie tylko 10 km, ale za to moge mu zrobic zdjecie a on jest z tego bardzo dumny. Mam juz kilka zdjec rdzennych mieszkancow ale to jest nic w porownaniu z tym co porobilam w Azji.

Nastepny to inzynier w roboczym ubraniu, wysadza mnie juz za Hawera kolo kontrolujacych pojazdy policjantow. Usmiechaja sie do mnie, ale zdjecia nie pozwalaja mi zrobic. Jeden z nich wyglada jak ranger w swoim kapeluszu. Upal jest nieznosny a ja stercze tu juz pol godziny. Dzis jest pierwszy dzien szkoly, skonczyly sie wakacje to i ruch na drogach sie zmniejszyl.

Czwarty pojazd to malzenstwo Maorysow, wywoza mnie kawalek za malenkie miasteczko Pitea i nawet chca mnie tu oprowadzic ale mam dzis za duzo km do przejechania a nie chcialabym nigdzie nocowac po drodze. Pitea jest prawie nad morzem.

I tu utknelam i to na dobra godzine. Mnostwo ciezarowek, zadna sie nie chce zatrzymac a ja stoje i tylko od czasu do czasu macham. Jednak w sumie oplacilo sie stanie bo mam transport az do Sanson kolo Palmerston North (czyli prawie 100 km) a zabiera mnie niemiecka para turystow jadacych do Wellington. Fajnie sie z nimi rozmawia, zwlaszcza, ze znaja nasz kraj i podroz przebiega bardzo szybko.

W Sanson jest rozjad i tu rozstaje sie z Niemcami i od razu lapie nastepna okazje; starszy pan, gluchy w bardzo zdezelowanym aucie. Troche cos mi tam medzi o niebezpieczenstwach podrozowania stopem (mam w kieszni gaz pieprzowy i noz sprezynowy) ale wywozi mnie na druga strone Palmy (Palmerston North). Jedziemy skrotami omijajac miasto. Dla mnie jest to o tyle wazne, ze nie musze juz szukac drogi i martwic sie o transport przez centrum.

Jestem czesto glodna, ale w zasadzie rzadko kiedy moge zjesc cos goracego w drodze. Na ogol mam ze soba jakies orzechy i rodzynki i niekiedy owoce lub kanapki (ochyda !!!). Jesli jestem w poblizu jakiegos sklepu moge sobie cos kupic a gdy jest pustkowie, rzecz jasna nie. Nie moge robic zadnych zapasow bo moje plecaki sa juz b.ciezkie a na dodatek wzbogacily sie o 2 ksiazki z New Plymouth. Zawsze mam zwykla wode (jest tu doskonala woda z kranu) do picia a czasami wypije kawe na stacji benzynowej. Jesli ktos wysadzi mnie w srodku jakiejs miesciny no to rzecz jasna moge sie posilic. Ich centra sa malenkie, nieraz maja 0.5 km dlugosci i zawsze jest maly supermarket.

Z Palmy do Woodville jade z mloda Maoryska przemierzajaca ta trase kazdego dnia. gdyz pracuje w zakladach mleczarskich w Palmy. Jedziemy przez Wawoz Manawatu i jeszcze raz moge zobaczyc wiatraki produkujace energie elektryczna (wind mills).

Woodville jest malym miasteczkiem a centrum przypomina mi miasteczko z westernow. Wiekszosc tutejszych miast ma taki westernowski klimat zwlaszcza, ze wokolo pelno jest pagorkow i pasacych sie koni.

Tu spotykam pare autostopowiczow ale ustawiam sie dalej od nich. Jest juz stosunkowo pozno (16.30), zbiera sie na deszcz i bardzo malo samochodow jest na drodze a ja mam do pokonania jeszcze dobre 140 km. Stoje ponad pol godziny, gdy nareszcie zabiera mnie uczen szkoly samochodowej i wiezie 30 km. Uczy sie na mechanika samochodowego 3 dni tygodniowo a 3 dni pracuje w warsztacie na stacji benzynowej w swoim miescie. Dostaje 350 NZD na tydzien i jest bardzo zadowolony bo ma tylko 17 lat i jak twierdzi, dla niego to jest i tak duzo. Razem z bratem kupili dom (120 000 NZD) i beda sie niebawem przeprowadzali.

Najdluzej, bo az 100 k wiezie mnie mloda dziewczyna, pol Samoanka a pol Niemka, studentka wracajaca z wakacji. Bardzo ja interesuje Europa a szczegolnie musze jej opowiadac jak to bylo za czasow komunistycznych. Wielu rzeczy nie jest w stanie pojac choc dla mnie jest to takie oczywiste.
Swietnie prowadzi samochod a prawo jazdy mozna zaczac tu robic juz od 15 roku zycia i dostac go nawet po roku.

W Hastings robie mala przerwe by cos zjesc, gdyz akurat wysiadam przy Fish&Chips i jestem glodna. Maja tu rybe z frytkami za 3 NZD a frytek jest tyle, ze nie moge ich nawet zjesc. Ledwo opuszczam lokal od razu mam przewoz do Napier, to juz dziesiaty samochod w ciagu dzisiejszego dnia. Kobieta podwozi mnie do hostelu Stable Lodge i dzwonie do Maxa (CS), ktory podjezdza po mnie po 10 minutach.

Pokazuje mi najpierw Marine Parade (promenade wiodaca wzdluz morza), gdzie mieszcza sie przepiekne budynki w stylu Art-Deco, fontanna i pomnik tutejszej „Syrenki” (Pania of the Reef). Choc nie ma juz dobrego swiatla wjezdzamy jeszcze na wzgorze (102 m) Bluff Hill skad roztacza sie widok na miasto, port i zatoke Hawke.

Przejezdzamy jeszcze kolo portu z jachtami i przez Nelson i West Quay, gdzie wieczorami turysci moga obserwowac zachod slonca z licznych tu restauracji. Wszystko to wyglada bajecznie.

Dopiero teraz kierujemy sie do domu, znajdujacego sie 3 km od centrum. Dom jest b.duzy ale niesamowicie zagracony i mnostwo w nim staroci i pamiatek, niektore maja moze i 100 lat.
Dostaje swoj pokoj i nareszcie moge zmyc z siebie brud z calego dnia.

Kolejny dzien poswiecam na zwiedzaniu miasta i robieniu zdjec i na szczesie mam piekna pogode. Max daje mi rower wiec jest mi latwiej i moge sie szybciej przemieszczac. Jazda w ruchu lewostronnym jest dla mnie jakas taka dziwna, do tej pory tylko raz mialam okazje prowadzic samochod po lewej stronie jezdni a bylo to kiedys w Pakistanie.

Zwiedzam tez akwarium (wstep 18.20 NZD), ktore miesci sie prawie juz na obrzezach miasta. Jest ciekawe ze wzgl. na ptaki kiwi, ktore mozna tu zobaczyc (za szklem i w ciemnosciach) oraz tunel prowadzacy pod woda, jakby pod oceanem. Dajacy mozliwosc poobserwowanie zycia w wodzie. Jest tez sala z dinozaurami itd.

Miasto jest bardzo ciekawe, wiele budynkow zostalo odbudowanych a sporo tez ocalalo po wielkim trzesieniu ziemi, ktore nawiedzilo Napier w 1931 roku.

Wieczorem szykuje tez dla Maxa kolacje: robie Kartoffelgulasch z parowkami i kupuje wino. Zjada az 3 talerze wiec chyba mu smakuje. Niektorzy CS zycza sobie jakis wklad „zywnosciowy” w zamian za nocleg.

Kolejny dzien zapowiada sie bardzo ciekawie i okazuje sie byc najlepszym dniem jaki do tej pory spedzilam w NZ. Jedziemy z moim gospodarzem do Cape Kidnappers (przyladek Kidnaperow), miejsca, gdzie Maorysi porwali tlumacza z Thaiti ze statku kapitana J.Cooka. Udalo mu sie na szczescie uciec.

Mozna pojechac z wycieczka (38 $) na traktorze lub isc na piechote ale tylko o odpowiedniej porze, gdy jest odplyw i plaza nadaje sie do przejazdu lub marszu. Niektorzy mieszkancy z Napier przybywaja tu na motorach zwyklych lub 4 kolowych ciagnac za soba lodzie.

By tam dotrzec jedziemy vanem najpierw do Clifton (25 km) a dopiero stad 7 km rowerami po plazy prawie w 80% zalanej woda bo odplyw zaczyna sie dopiero za kilka godzin. Momentami woda podlewa nawet juki na rowerach, fale zalewaja plaze i kompletnie nic nie widac. Zapadam sie wraz z oponami roweru. W niektorych miejscach plaza zawalona jest ziemia i glazami i tu trzeba przenosic rowery. Fale sa silne i nawet chca mnie wywrocic ale sie nie daje. Jest to niezla zabawa, taki maly „challange”. Max kreci film a ja robie zdjecia. Co kawalek sa male wawozy w klifie i penetrujemy jeden z nich. Roslinnosc jak w lesie tropikalnym, strumien, glazy a na koncu wodospad. Czuje sie niemalze jak Robinson Cruzoe. Caly czas jestesmy sami, ludzie przybywaja dopiero, gdy jest calkowity odplyw i plaza jest bardzo szeroka i latwa do pokonywania.

Juz w poblizu przyladka mozna zobaczyc stada gluptakow, ptakow objetych calkowita ochrona. Wygrzewaja sie wraz ze swoimi piskletami w sloncu. Siedza na malenkich wysepkach i wystepach skalnych. Ale najwiecej jest ich na gorze klifu. Niestety jest ich coraz mniej, bowiem wskutek zmian klimatu piskleta nie sa w stanie przezyc, po prostu wymieraja z powodu zimna i deszczy. Widzialam wiele takich pisklat, ktore juz zdechly a „matki” jeszcze probowaly przywrocic je do zycia.

Po 7 km idac kawaleczek pod gore trafiamy na mala chatke w ktorej mozna sie schronic przed sloncem i deszczem a nawet chyba i przespac na podlodze. Jest tu tez swieza woda pitna. Stad prowadzi szlak (25 min) na gore klifow skad roztacza sie jak zawsze wspanialy widok na Ocean. Przed chata jest tablica informacyjna z dokladna godzina odplywu oraz informacja o ktorej nalezy zbierac sie do powrotu.

Chwile po nas przybywa autobus z turystami (ci chyba placa jeszcze wiecej niz tamci z traktorow). Nie jada plaza. Na klifie znajduje sie b.drogi hotel i wlasciciel organizuje te wycieczki a aby tu dotrzec ma swoja prywatna droge.

Niedaleko ptakow zanjduje sie chatka rangera a w ktorej obecnie mieszka Niemka piszaca prace doktorska na temat gluptakow. Mam nawet okazje porozmawiac z nia chwile. Zyje w calkowitym odosobnieniu na pustkowiu, ma tylko baterie sloneczne i nie ma internetu i pracuje po 16h dziennie. Obserwuje ptaki i prowadzi badania. Max mi opowiadal, ze gdy byl dzieckiem i przychodzil tu z bratem to ptakow bylo 3 razy tyle co dzis.

Dlugosc drogi z Clifton az do Cape Kiddnapers to 10 km. Z powrotem jedzie sie juz w miare lekko, plaza jest teraz bardzo szeroka i swietnie widac miejsca nadajace sie do przejazdu. Jest mnostwo kamyczkow, kamieni i miekkiego piachu wiec niekiedy trzeba prowadzic rower. Teraz dopiero zjawiaja sie 2 traktory z turystami, kilku mlodych na glosnych motorach , ktorzy za nic maja ograniczenie predkosci do 20km/h. Jest tez kilka osob idacych piechota.

Po drodze probuje sie kapac lecz wszedzie na dnie sa kamienie i parzace malze i mozna sie pocharatac. Woda jest ciepla i niebieska a im dalej od plazy tym wiecej na niej kolorow. Max zbiera cala siatke malzy, beda jak znalazl na kolacje do barszczu czerwonego, ktory dzis znowu bede gotowala.

W domu natychmiast biore sie za gotowanie zupy, bowiem okazuje sie, ze pojedziemy z nia do Hastings do znajomego Maxa, gdzie beda jeszcze jacys znajomi i tam zostanie ona skonsumowana. Nie mam tu do dyspozycji wszystkich warzyw tak jak w Europie, np. brak jest selera (bulwy) i chyba tylko raz widzialam w supermarkecie w Auckland.

Gdy zupa jest niemalze gotowa a kartofle obrane jedziemy do Hastings (ok. 20 km), ja na kolanach trzymajac garnek z barszczem by sie nie rozchlapal. Przybywamy do starego domu a jego wlasciciel to tez stary ale swietnie wygladajacy czlowiek (83 lata). Jest bardzo zywotny, duzo podrozuje i korzysta z komputera. Kiedy wchodze do kuchni wita mnie rosyjska muzyka, ktora gospodarz przywiozl sobie niedawno z Rosji.

Koncze doprawiac barszcz ( jest ze smietana) i stawiam ziemniaki. Przybywa jeszcze Holender, nauczyciel w szkole specjalnej i jego kolega Norweg, ktory jest tu w odwiedzinach.
Do barszczu pijemy tutejsze piwo TUI a potem wino. Wczesniej buraki, marchew i pietruszke wyjete z barszczu stawiam na stole a oni traktuja to jako zakaske do piwa i nawet widze, ze bardzo im to smakuje. Norweg przyniosl tez cottage chees, bo myslal ze to smietana i na koniec rowniez zjadamy serek z barszczem. Musze przyznac, ze to niezle polaczenie. Ziemniaki purre, ktorych bylo tyle, ze pulk by sie najadl zniknely bardzo szybko i wcale nie bylo ich za malo. I wszyscy tak sie najedli, ze na malze juz nikt nie mial miejsca i ochoty.

Gospodarz oprowadza mnie po swoim wielki domu w ktorym mieszka sam (czasem przyjezdza corka z rodzina) i zaprasza, gdy bede tu nastepnym razem. I znowu poz no klade sie spac a rano musze wczesnie wstac by udac sie dalej w droge.

5.02.10
Tym razem udaje mi sie wczesnie wstac i znowu troche skorzystac z internetu i podgonic relacji ale i tak musze czekac az Max wstanie, bowiem rozwalil mi sie na kamieniach na plazy wczoraj sandal a on mi go obiecal zszyc. Okazuje sie, ze tu prawie nie ma szewcow bo nie oplaca sie nic reperowac (to nie Azja czy Afryka gdzie wszystko zreperuja i to za grosze) a ja te sandaly do trekingu kupilam dopiero pol rolu temu w BKK i nie mam zamiaru juz ich wyrzucac. Znalazlam zestaw igiel i dratwe, bo jak sie okazalo moj gospodarz tez sobie reperuje buty i niekiedy plecaki.

Wyjezdzam wiec stosunkowo pozno, bo dopiero o 10ej Max wywozi mnie na trase do Wellington. Do pokonania mam 320 km i na pierwsze auto czekam az 50 minut. Kierowca, ktory sie zatrzymuje (wlasciciel sklepiku na stadionie w Hastings) wywozi mnie az za Hastings na autostrade choc mu to wcale nie jest po drodze, ale moze dzieki temu mam zaraz dalej auto az do Woodville - to prawie 100 km. Kierowca jest kobieta, biala ale ma krew maoryska w swoich zylach i od razu uderza mnie jej dziwne zachowanie.

Nawet podejrzewam, ze moze jest pijana ale nie czuje zadnego alkoholu, proponuje nawet iz moge poprowadzic samochod jesli zle sie czuje. Ona nie moze w ogole mowic, jaka sie, przewraca oczami a w koncu zatrzymuje sie na poboczu. Okazuje sie, ze ma cukrzyce i nie jadla sniadania w zw. z czym spadl jej poziom cukru. Wsuwa kanapke, przynosi z bagaznika truskawki, ktorymi i mnie czestuje i juz po chwili jest wszystko w porzadku. Chyba tez byla przemeczona bo cos wspominala, ze pracowala od switu przy zrywaniu truskawek.

Jedzie do Woodville po sernik na jutrzejsze zareczyny syna bo ponoc tam robia najlepsze w kraju. Opowiada mi o zareczynach i weselu i ja tez jej przedstawiam jak to jest u nas w kraju bo to dla niej ciekawe. Po drodze zatrzymujemy sie na kawe.

Jedziemy przez teren pagorkowaty pokryty lasami a trawa w sloncu mieni sie roznymi odcieniami zlota. Widoki sa niesamowite.Chcialoby sie wsiasc na konia i pognac w sina dal. Niewielu ludzi jezdzi tu jednak konno poniewaz ze wzgl. na kroliki, ktorych jest zatrzesienie, jest bardzo duzo dziur w terenie.

W Woodville wychodze na droge prowadzaca przez Masterton a nie przez Palmy, ktora to jest dluzsza i mniej ciekawa. Kolejny kierowca wiezie mnie tylko 15 km i wysadza w jakiejs dziurze w samym centrum, ktore na szczescie jest male. Jednak ktos mnie z nienacka wola i okazuje sie, ze to kierowca ciezarowki, ktora akurat przejezdza wolno przez miasteczko. Gramole sie do szoferki (nigdy kierowcy nie pomagaja mi wlozyc bagaz do samochodu), a jest dosyc wysoko no i wreszcie jade ciezarowka o czym caly czas marzylam.

Kierowca, Maorys, smieje sie cala geba i mowi co ma na pace: bylam przekonana, ze to smieci bo cos smierdzi a on zbiera martwe krowy na pastwiskach i wywozi do rzezni, gdzie sa przerabiane na jakas pasze. Znowu jade tylko kawalek ale oplacilo sie bo wreszcie spelnilo sie moje marzenie bycia w ciezarowie i wysiadam w Eketahuna po 10 km.

A ze jestem glodna i jest pora lunchu robie wiec sobie krotka przerwe. Jest tu spory sklep w ktorym moge sie zaopatrzyc w prowiant i zjesc cos goracego a zaraz po wyjsciu zatrzymuje sie auto i to nie byle jakie; bmw z klimatyzacji a jego wlasciciel byl juz w Europie, wiec opowiada mi o swoich wojazach. Dla tutejszych ludzi Europa jest tak samo egzotyczna jak dla nas polkula poludniowa. Naprawia komutery i wlasnie jedzie do klienta.

Dowozi mnie do Masterton a ze sam kiedys podrozowal stopem to zawozi oczywiscie za miasto, gdzie nawet nie zdazam sie ustawic a juz zatrzymuje sie kolejny woz: pickup (straszny bajzel w srodku, nie bardzo wiem jak mam usiasc) a jego kierowca pracuje razem z ekipa filmowa. Nawet nie mam czasu by sie dobrze usadowic, kiedy filmowiec oswiadcza mi, ze to koniec podrozy bo on gdzies tam skreca. A jestesmy w samym centrum kolejnego miasteczka, Carterton. Po co mnie zabieral, chyba zeby sobie pogadac i sie uzalic nad swoim losem: biedak mial kiedys powazny wypadek samochodowy i zamiast jednej nogi mial od polowy proteze. Zal mi sie go oczywiscie zrobilo.

Upal nieziemski, wyciagam wiec kapelusz i kieruje sie na rogatki miasta. Tu w centrum raczej nikt sie nie zatrzyma. Musze przejsc dobre 15 minut, ale dobrze mi to zrobi po tylu godzinach siedzenia. Znajduje sobie dobre miejsc w cieniu. Nie che sie juz opalac i tak juz jestem prawie czarna.

Nie czekam nawet pieciu minut, zabiera mnie mlody Maorys wracajacy z pracy z budowy. Tez mi opowiada o swoich klopotach, o tym jak po wypadku samochodowymn nie pracowal 2 lata i popadl w depresje co doprowadzilo do picia i brania narkotykow. A wszystko, przez kolegow Maorysow, ktorzy zyja z zapomogi i wcale nie pracuja. Tak im dobrze i to im wystarcza. Teraz juz wrocil do pracy, odcial sie od nich, dba o dom, zone i dzieci. Na koniec wysciskal mnie jak ten Borat z filmu ale widzialam, ze byl szczesliwy.

Dowiozl mnie do Greytown a wiec tez nie daleko i gdy wysiadlam natychmiast wsiadlam do kolejnego auta, dziewiatego juz w tym dniu i zdawalo mi sie, ze bedzie to juz ostatnie. Mlody chlopak, tez czesciowo Maorys jechal do Wellington jedank w czasie drogi dostal wiadomosc i musial skrecic 20 km przed Wellington do Silverstream. Okazalo sie, ze jest studentem a teraz pracuje (jeszcze sa wakacje dla studentow) przy strzyzeniu owiec. Opowiadal mi o tej pracy: strzyze ok. 30 sztuk na godzine i pracuje kilka godzin dziennie. Wytrawni spece sa w stanie ostrzyc do 900 sztuk dziennie. Udaje mu sie zarobic nawet i 400 NZD za dzien.

Wybiera sie do Wellington bo wlasnie odbywaja sie tam slynne mecze krykieta i pochody przebierancow a cala impreza ma trawac 2 dni. Przejezdzamy nawet przez tereny gdzie krecono poczatek drugiej czesci filmu „Wladca Pierscieni” i chlopak jest tak mily, ze zatrzymuje sie przy platformie widokowej bym mogla zrobic zdjecia.

Ostatnie 20 km (po dlugim oczekiwaniu na okazje) dojezdzam juz z mieszkancem miasta, tez z mlodym mezczyzna, ktory tez juz zyje zabawa w miescie i jedzie wlasnie na stadion. Dowozi mnie do dworca kolejowego skad dzwonie do wczesniej umowionych ludzi z CS,, do Claire i Geof’a.

Dworzec jest przepiekny i nim zostane odebrana mam okazje sie mu przyjrzec. Gorzej jest z pociagami, ktorych jest tu malo i niektore sa w oplakanym stanie, zwlaszcza kolejki podmiejskie. Ludzie bardzo narzekaja ale z drugiej strony malo ludzi korzysta z pociagow, bo kazdy ma tu samochod. Jeszcze na dodatek bilety kolejowe sa stosunkowo drogie.

Geof przyjezdza po mnie malym mercem i jedziemy na zachod od centrum gdzie mieszka w niewielkim domku wraz z Claire. Tym razem spie na kanapie w pokoju goscinnym a w ramach rewanzu przeprowadzam z moimi gospodarzami kilka lekcji jez. niemieckiego. Uczeszczaja tu do instytutu Goethego na kurs i zalapali sie na jakies stypendium roczne do Berlina. Ich poziom jest slaby a z tego co mi opowiadaja wynika, ze w instytucie G. nie przejmuja sie za bardzo efektami, byle nauczyciel zrealizowal material. W grupie jest 17 osob no to troche za duzo by sie nauczyc mowic.

Oboje sa wegetarianinami wiec szykuja lasagne z tofu na kolacje a sos beszamelowy jest zrobiony z mleka sojowego – palce lizac.Claire uprawia tez troche warzyw w swoim ogrodku, niewiele bo dzialka na ktorej stoi dom tez nie jest duza.
Juz pierwszego wieczoru po kolacji, przy winie biore ich do galopu z niemieckim.
www.republika.pl/maniecka
blogi: www.transazja.pl

pozdrawiam
Małgosia
Maniecka Malgorzata
 
Posty: 1007
Dołączył(a): Wt wrz 02, 2003 9:42 pm
Lokalizacja: Warszawa/Chiny (Hengyang City)

Re: AUTOSTOPEM PO ANTYPODACH

Postprzez Jagoda » Śr lut 10, 2010 9:28 am

Cześc Małgosiu!

Czytam z zapartym tchem, ciekawe rzeczy opisujesz :) Teraz pora na jakieś zdjęcia. Mam nadzieję,że jak znajdziesz czas na oddech i zatrzymanie się w jakimś cywilizowanym miejscu to wrzucisz na pocztę pare fotek . Ja już w blokach startowych. Lecę 1 marca do Singapuru, potem tydzień na południu Tajlandii i 2 tyg. na Sumatrze. Jedziemy z Mariolą Osjadą. Dwie samotne kobiety przed emeryturą :) .Czekam na kolejne odsłony Twojej podróży...

Pozdrowienia

Jagoda
Jagoda
 
Posty: 359
Dołączył(a): Pn lip 18, 2005 1:38 pm
Lokalizacja: Koszalin

Re: AUTOSTOPEM PO ANTYPODACH

Postprzez Maniecka Malgorzata » Cz lut 11, 2010 6:18 am

Postaram sie dzis wrzucic kolejna relacje. Nie jest to proste jak sie spi u ludzi bo nie bardzo chca urzyczac internetu a teraz jestem w domu na wsi a wlasciwie na pustkowiu i jest tu 4 dzieciakow okupujacych komputer od rana do wieczora. O zdjeciach to nawet nie ma co marzyc.
www.republika.pl/maniecka
blogi: www.transazja.pl

pozdrawiam
Małgosia
Maniecka Malgorzata
 
Posty: 1007
Dołączył(a): Wt wrz 02, 2003 9:42 pm
Lokalizacja: Warszawa/Chiny (Hengyang City)

Re: AUTOSTOPEM PO ANTYPODACH

Postprzez Maniecka Malgorzata » Cz lut 11, 2010 6:40 am

8.01.2010
Sobote przeznaczam na zwiedzanie miasta. Rano, po sniadaniu na ktore jem wczorajsze lasagne wybywam po cichu z domu bowiem wszyscy jeszcze spia. J i C maja tez lokatorke a ta przyprowadzila w nocy swojego chlopaka, wiec staram sie byc cicho by nikogo nie pobudzic.

Do centrum moge dostac sie autobusem (nr 1) za 3$ ale jade stopem co wcale nie jest trudne w kierunku centrum. Pogoda jest piekna a ponoc wcale sie nie czesto to tu zdarza. Centrum miasta jest skupione blisko zatoki wiec latwo poruszac sie tu na piechote.

Jest mnostwo turystowa czesc z nich nadal poprzebierana w niesamowicie kolorowe i dziwne stroje. Niektorzy z nich sa jeszcze „wczorajsi”, chodza z butelkami piwa ale zachowuja sie bardzo kulturalne.

Pierwsze kroki kieruje do muzeum narodowego Te Papa. Jest jeszcze wspanialsze niz to w New Plymouth i duzo wieksze (wstep wolny, poza wystawa o Pompeii). Budynek jest tak wielki, ze nawet widac go wyraznie od strony wody, gdy wyplywa sie z portu. Jest tu duze centrum kultury maoryskiej, sala w ktorej przedstawiono historie zasiedlania NZ przez Maorysow i bialych, centra edukacyjne dla dzieci. Mozna nawet przezyc male trzesienie ziemi w specjalnie przygotowanym domku, obejrzec wybych wulkanu i przejsc sciezka przez busz i las tropikalny. Jeden dzien nie wystrarczy by zobaczyc wszystko i poczytac opisy. Ciezko mi bylo wyjsc z muzeum, bo ciagle odkrywalam nowe jego dzialy. A techniki jakie tu zastosowano by pokazac publice wszelkie zjawiska przyrody to juz chyba z XXII w. Sadze, ze NZ wyprzedza Europe pod tym wzgledem.

W porcie wmurowano tablice informujaca o przybyciu statku z polskimi dziecmi; 1 pazdziernika 1944. na pokladzie ktorego znajdowalo sie 733 dzieci i 105 doroslych. Skontaktowalam sie z polonia z Christchurch i na koniec swojej podrozy mam spotkac sie z kilkoma osobami z tamtych czasow. Z pewnoscia bedzie to bardzo ciekawe spotkanie.

Umowilam sie z moimi gospodarzami, ze zrobie im dzis wieczorem barszcz czerwony (czysty, nie jedza smietany) z ziemniakami. Wracam autobusem z centrum do domu, aby szybko ugotowac zupe a potem zrobic lekcje. Za kazdym razem, kiedy gotuje barszcz czerwony wychodzi mi inny smak ale widze, ze bardzo on wszystkim smakuje. Mnie zaczyna chyba juz wychodzic bokiem. Zastanawiajace jest, ze nie zawsze mozna tu dostac pietruszke (korzen) a o selerze (tez korzen) mozna tylko pomarzyc. Chyba widzialam raz w Auckland w duzym supermarkecie. Claire ma swoje ziemniaki, brudne a nie takie czysciutkie z supermarketu i te gotowaly sie bardzo krotko I smak ich tez byl zupelnie inny. A do barszczu pijemy piwo i whisky.

Zauwazylam, ze wlasciwie w kazdym domu w ktorym bylam pije sie jakis alkohol do kolacji. Wina nowozelandzkie nie sa drogie a od ich wyboru mozna dostac zawrotu glowy. Rowniez i piwo miejscowe w 6-io paku jest tanie i dobre.

Postanawiam zostac jeszcze jeden dzien by dokladniej zwiedzic miasto.Z samego rana ide najpierw zakupic bilet na poniedzialek na prom z Wellington do Picton (wyspa Poludniow).
Wybieram Bluebridge Ferry bo jest tansze od Interislander (wejscie na przeciwko dworca kolejowego) i nabywam bilet na 8 rano za 66$. Mozna plynac o 3ej w nocy za 50$ ale wtedy nic sie nie zobaczy wyplywajac z portu w Wellington. Wcale nie ma tak duzo promow, sa 4 lub 5 na dobe i warto kupic bilet pare dni wczesniej, wtedy placi sie nawet i 16$ mniej.

Udaje sie tez na zwiedzanie parlamentu trwajace ok. 1 godziny. Prlament sklada sie z 3 budynkow a najstarszy, zbudowany ok 1899 r jest najpiekniejsza czescia w ktorym miesci sie obecnie biblioteka dla pracownokow. Mozna tez obejrzec 12 minutowy film przedstawiajacy historie tego obiektu i zakupic pamiatki w gift shopie tak jak wszedzie. Niektore sale maja maoryskie plaskorzezby na scianach, bedace teraz duma calego narodu.

Przewodniczka wypytuje kazdego z jakiego kraju pochodzi (wszyscy sa z Australi lub Anglii) a kiedy dowiaduje sie, ze ja jestem z PL to jest zachwycona i mowi mi, ze zawsze chciala pojechac do naszego kraju. Daje jej mojego maila i zapraszam do siebie.

Zachodze tez na targi turystyczne akurat odbywajace sie w porcie. Wyspy Pacyfiku maja chyba najwiecej stanowisk a Europa dosyc slabo jest promowana. Nie ma w ogole krajow Europy Wschodniej.
Po obiedzie na ktore jem zakupione w supermarkecie sushi wjezdzam kolejka podobna do tramwaju (3$,cable car) na niewielkie wzgorze skad mozna dostac sie do ogrodu botanicznego i zejsc spowrotem do centrum. Przy gornej stacji miesci sie tez malenkie muzem przedstawiajace historie powstania i budowy (1902 r) tej kolejki. W ogrodzie botanicznym znajduja sie obserwatoria astronomiczne i rosliny, mnostwo takich, ktore juz wyginely. Mozna sie tu poczuc jak w lesie deszczowym a dla dzieci pobudowano place zabaw. Znajduje sie tu rowniez ogod rozany z mnostwem przepieknych roz oraz begonii. Kolory kwiatow sa zachwycajace i prawie ze nie zamykam aparatu.

A na koncu ogrodu, tuz przy autostradzie po jej obu stronach mozna pochodzic po przepieknym, starym cmentarzu. Groby pogrupowano dla poszczegolnych grup wyznaniowych: Anglikow, Zydow i Chrzescijan.

Wieczor spedzam z C i G, ktorzy juz nie moga doczekac sie wyjazdu do Europy. Swoj dom szykuja do wynajmu wiec maja mnostwo pakowania.

Rano wczesnie opuszczam dom by byc juz w porcie na 7 rano. Nie moge ryzykowac spoznienia sie na prom dlatego tez juz nie szukam okazji i jade autobusem do dworca kolejowego skad jest bardzo blisko do portu. Autobusy jezdza dosyc czesto, sa nowoczesne i dostosowane nawet i do przewozu wozkow inwalidzkich.

Po nadaniu bagazu mam jeszcze chwile. Dopiero o 7.45 mozna wejsc na poklad. Prom jest wielki i nazywa sie „Monte Stello”. Jest mnostwo miejsc siedzacych a nawet pootwierane kabiny i co niektorzy pasazerowie natychmiast wykorzystali by sie tam rozlozyc i przespac. Podroz bedzie trawala 3 godz.20 minut (96 km).

Sa 2 bufety w ktorych mozna zjesc sniadanie (6-13$) podobne do tych z Burger Kinga. Czesc pasazerow poszla na poklady by fotografowac. Pogoda jest piekna i Wellington niesamowicie wyglada od strony wody.

Po godzinie niebo zaciaga sie chmurami co ponoc w Ciesninie Cooka jest normalka i robi sie zimno. Musze nawet zalozyc polar i kurtke. Pogoda poprawia sie dopiero gdy zblizamy sie do Picton. Wyladunek odbywa sie szybko a tych co sa bez samochodow specajlny autobus przewozi do portu, gdzie mozna odebrac swoj bagaz.

Moim celem podrozy jest Nelson, miasto oddalone o 115 km od Picton, gdzie mam zatrzymac sie u Corri i Willema (SC). Napisali mi bym pojechala przez Queen Charlotte Drive a nie przez Blenheim. Jest to ladniejsza trasa, prawie caly czas droga prowadzi nad morzem i nawet wlasnie jest tuz kolo portu. Juz po 5 minutach wraz z 2 innych autostopowiczow siedze w busie 2 turystow z Izraela. Widoki piekne ale nie ma jak robic zdjec. Pelno tu piaszczystych plaz, malych zatoczek i wysepek. Kierowca nie zdradza checi do zatrzymania sie.

Pogoda sie wyraznie poprawia i po godzinie znowu jest upalnie. W Nelson jestem juz o 13.30 i do razu dzwonie do moich gospodarzy. Tak sie sklada, ze Willem jest akurat w centrum i moze po mnie po chwili podjechac. Mieszkaja kawalek od centrum blisko slynnej plazy Tahunanui. Corri i Willem to Holendrzy, ktorzy mieszkaja tu dopiero od 4 lat.

Wczesniej zeglowali dookola swiata na swoim jachcie „Terra Nova” i spedzili na nim dobry kawalek swojego zycia. Wybrali Nelson ze wzgl. na wspanialy klimat jaki tu panuje i bloskosc do 3 parkow narodowych; Abel Tasman N.P, Kahurangi i Nelson Lakes. Moga zyc beztrosko po sprzedaniu jachtu a poza tym maja emeryture z Holandii. Nie maja zamiaru juz wracac do Europy bo wlasciwie juz tam nikogo nie maja a poza tym tu zyje im sie lepiej i latwiej. Teraz zajmuja sie pisaniem do czasopism i wysylaniem zdjec na konkursy fotograficzne no i czasem gdzies wyjezdzaja. Najblizsza podroz to Japonia: z namiotem na rowerach prze 3 miesiace.

Sa to bardzo sympatyczni i goscinni ludzie i poczulam sie od razu jakbym juz ich dluzej znala.
Corri daje mi rower i od razu pedaluje do miasta zahaczjac po drodze o przepiekna plaze Tahunanui. Piasek jest zolciusienki a woda blekitna. ciepla.

Nelson to zywotne, male miasteczko do ktorego sciagaja nie tylko turysci ale przenosza sie tu Nowozelandczycy, artysci, buddysci i liczni obcokrajowcy chcacy sie osiedlic w NZ. Pelno tu starych budynkow wiktorianskich, barow i galerii. W okolicy znajduje sie najczesciej odwiedzany park narodowy: Abel Tasman National Park. Lokalsi srednio co 5 lat zmieniaja miejsce zamieszkania.

Uzyskuje info w visitors centre odnosnie tego parku bo mam w planie trekking jednodniowy. Na dluzszy nie ma czasu. Sa tu niezliczone mozliwosci spedzenia wolnego czasu (piesze wedrowki, konie, kajaki, rejsy na statkach, lowienie ryb, kite surfing, zwiedzanie plantacji winogron i winiarni itd), chyba kazdy moze sobie znalezc cos dla siebie. Wstepy do parkow sa darmowe, jedynie noclegi w chatach nalezy zarezerwowac i oplacic wczesniej. W sezonie 30$ za materac a poza tylko 12$.

Wracam na kolacje na ktora zaprosila mnie Corri kupujac wczesniej butelke wina. Wieczor spedzam na plazy a moi gospodarze u swoich znajomych. Woda jest ciepla jak w wannie, zupelnie inna niz na wyspie Polnocnej a plaza prawie pusta. Jest odplyw i trzeba dosyc daleko isc by moc poplywac.

Moi gospodarze chodza dosyc wczesnie spac, mnie nie pozostaje nic innego jak sie przylaczyc do nich. Mam wprawdzie swoj pokoj, ale rano musze wczesnie wstac by dostac sie do A.Tasman N.P.
www.republika.pl/maniecka
blogi: www.transazja.pl

pozdrawiam
Małgosia
Maniecka Malgorzata
 
Posty: 1007
Dołączył(a): Wt wrz 02, 2003 9:42 pm
Lokalizacja: Warszawa/Chiny (Hengyang City)

Re: AUTOSTOPEM PO ANTYPODACH

Postprzez Jar » Cz lut 11, 2010 12:49 pm

Maniecka Malgorzata napisał(a):8.01.2010
... na niewielkie wzgorze skad mozna dostac sie do ogrodu botanicznego i zejsc spowrotem do centrum. Przy gornej stacji miesci sie tez malenkie muzem przedstawiajace historie powstania i budowy (1902 r) tej kolejki. W ogrodzie botanicznym znajduja sie obserwatoria astronomiczne i rosliny, mnostwo takich, ktore juz wyginely. Mozna sie tu poczuc jak w lesie deszczowym a dla dzieci pobudowano place zabaw. Znajduje sie tu rowniez ogod rozany z mnostwem przepieknych roz oraz begonii. Kolory kwiatow sa zachwycajace i prawie ze nie zamykam aparatu.

Mam nadzieję, że mi Małgosia wybaczy spontaniczne uzupełnienie do jej relacji.
Nie mogłem się powstrzymać i wygooglałem stronę tego ogrodu botanicznego w Wellington, tu jest opis dostępnych atrakcji, sporo tego:
http://www.wellington.govt.nz/services/ ... tions.html
Jest tam link do galerii zdjęć związanych z Wellington, w tym egzotycznych roslin, wydarzen kulturalnych itp.
Szczególnie zainteresowała mnie wzmianka o tym obserwatorium na terenie ogordu [to ze względu na moje skrzywienie hobbystyczne :mrgreen: ]:
http://www.carterobservatory.org/
Widziałem kiedyś coś podobnego w Pradze czeskiej -publiczne obserwatorium/planetarium położone w parku.
Pozdrawiam
-J.
Jar
 
Posty: 308
Dołączył(a): Pn lis 13, 2006 4:15 pm
Lokalizacja: Lublin

Re: AUTOSTOPEM PO ANTYPODACH

Postprzez Maniecka Malgorzata » So lut 13, 2010 5:25 am

Oczywiscie, ze wybaczam, ja nie jestem w stanie wszystkiego dokladnie opisywac i podawac jakichkolwiek linkow. Podaje te ceny, ktore sama place i to co jestem w stanie zapamietac. Informacji jest tu bardzo duzo, tak strasznie, ze nie ma nawet czasu czytac wszystkich ulotek.
www.republika.pl/maniecka
blogi: www.transazja.pl

pozdrawiam
Małgosia
Maniecka Malgorzata
 
Posty: 1007
Dołączył(a): Wt wrz 02, 2003 9:42 pm
Lokalizacja: Warszawa/Chiny (Hengyang City)

Re: AUTOSTOPEM PO ANTYPODACH

Postprzez Maniecka Malgorzata » So lut 13, 2010 5:28 am

Wtorek, 9 02.2010
Juz o 5.30 jestem na nogach. By dostac sie do Parku musze przebyc ok. 70 km i dojechac do Marahau skad zaczyna sie szlak. Tu jest wlasnie glowne wejscie do Abel Tasman National Park. Przejechanie tych 70 km zajmuje mi az 3 godziny i zaczynam juz powatpiewac czy to w ogole ma sens. Ponad godzine trace czekajac w Richmond, ktore jest oddalone tylko o 15 km od Nelson. A ostatnie 7 km wiezie mnie facet, ktory myje okna w restauracjach, barach i domach. Jest bardzo wesoly i zadowolony z zycia i spotkam go jeszcze dwa razy w tym samym dniu.

Trasa, ktora sobie obralam do przejscia ma 12.4 km i ma trwac 4h 15 min. Prowadzi ona do chaty Anchorage znajdujacej sie w malej zatoczce. Idzie sie wzdluz linii brzegowej chwilami blisko morza a czasami z dala od niego, niekiedy lekko pod gorke. Sciezka prowadzi przez las deszczowy, wije sie tak jak brzeg ladu, jest swietnie oznakowana i przygotowana. Od glownej sciezki prowadza odnogi do poszczegolnych plaz i zatoczek z lazurowa woda lub w glab ladu.

Nie ma zbyt duzo turystow, wiekszosc schodzi juz na dol po odbytym 2 lub 3 dniowym treku. Mozna sobie podjechac taksowka wodna do kazdego punktu parku i zaczac trek. Popularny teking wzdluz wybrzeza trwa od 1-5 dni. Abel tasman National Park to jeden z najczesciej odwiedzanych parkow na terenie NZ.

Docieram do chaty juz po 3.5h. Chata to parterowy barak z dwoma duzymi pomieszczeniami w ktorych znajduja sie materace na wielkim lozku pietrowym. Jest tez wielka kuchnia i lazienki. Jednorazowo moze tu spac 28 osob ale oprocz tego jest tez pole namiotowe.

Niektorzy turysci przybywaja do parku na kajakach i jest to bardzo popularna forma przemieszczania sie wzdluz lini brzegowej. Ja wracam do Marahau taksowka wodna (30 $), nie chce mi sie juz isc a ponadto chce zobaczyc brzeg i pagorki porosniete lasem od strony morza. Przejazd jest bardzo krotki bo trwa tylko 15 minut i ciezko tu zrobic jakies zdjecia ze wzgl. na predkosc motorowki i uderzanie o fale. Udaje mi sie natomiast nakrecic krotki film.

Marahau to nawet nie jest miasteczko to raczej niewielka osada z kilkoma restauracjami i hotelikami oraz parkingiem dla samochodow. Wydawalo mi sie, ze powrot do Nelson bedzie duzo latwiejszy stad niz droga poranna. Jednak myle sie i znowu trace sporo czasu na powrot.

Mam okazje nawet przejchac sie bentlejem z 1950 r (po remoncie) milionera z Anglii, ktory
Spedza w NZ 4 miesiace kazdego roku. Robie rozpaczliwy gest na drodze i facet lituje sie nade mna. Ale wysadza mnie w srodku miasta Motueka bo akurat tak mu pasuje. Mimo, ze jest pozne popoludnie to slonce jeszcze niezle grzeje a ja musze dralowac na koniec miasta.

Od niechcenia wyciagam reke by cos zatrzymac i kogo widze: tego samego faceta od okien, ktory wiozl mnie rano. Bardzo sie ciesze na jego widok a jeszcze bardziej, gdy mnie czestuje zimny piwem. Sam tez sobie popija mimo, mimo ze jest za kolkiem.

Wysadza mnie w Richmond przy nieszczesnej stacji benzynowej, gdzie dzis rano stracilam pol godziny. Musze wydostac sie z miasta, tu nie ma warunkow do zatrzymywania aut wiec na swiatlach wskakuje do samochodu kierowcy, ktory akurat jedzie w moim kierunku. Wysiadam juz po 2 km, kierowca skreca. I tu znowu zaczyna sie czekanie. Chyba dobre pol godziny. Juz sobie nawet mysle, ze miejsce nie jest odpowiednie do zatrzymywania sie. I niespodziewanie znowu nadjezdza moj wybawca: facet od okien i tym razem zawozi mnie juz na samo miejsce do Nelson. Gdyby nie on stalabym tam pewnie jeszcze nastepne pol godziny.

W sumie przejechalam ok. 140 km w obie strony i jechalam 10 samochodami. A mowiono mi, ze na wyspie Poludniowej lapie sie stopa duzo latwiej i ludzie sa bardziej zyczliwi niz na polnocy. Ja w to nie wierze. Tu, na wyspie Poludniowej mieszka tylko 700 000 ludzi a Maorysow prawie wcale nie ma. Moja jedyna nadzieje pokladam w turystach; jest ich przeciez teraz cala masa i przemieszczaja sie we wszystkich mozliwych kierunkach. Co niektorzy maja tyle bagazy i roznych bambetli jakby pol swojego domu przywiezli ze soba.

Po kolacji na ktora znowu zaprosila mnie Corri, zapraszam ja wraz z mezem na sesje zdjeciowa z Chin i Wietnamu a oni pozniej rewanzuja mi sie filmem ze swojej podrozy jachtem dookola swiata. Na koniec sprawdzam szybko poczte i do lozka.
Na prawde nie u kazdego sa warunki by spokojnie posiedziec przy komputerze a na pisanie znajduje coraz mniej czasu. Chodze pozno spac i wstaje za pozno by rozkladac komputer. Musze to jakos inaczej zorganizowac.

Sroda, 10.02.2010
Moi gospodarze sa szalenie goscinni i nie daja mi opuscuc domu bez sniadania. Dzis znowu jade dalej w kierunku Zachodniego Wybrzerza i Westport. Pierwsze 30 km odbywam z nauczycielka, ktora wiezie mnie do Brightwater. Stad po dlugiej przerwie jade ze starsza kobieta tylko 10 km do Wakefield. Tu sobie robie przerwe na kawe i drugie sniadanie bo akurat mam piekarnie przy drodze a zreszta Brightwater to straszna dziura.

Pogoda zmienia sie gwaltownie i zanosi sie na deszcz. Stad zabieraja mnie turysci holenderscy i spedzam z nimi juz prawie reszte dnia przebywajac 170 km. Jada tez na Zachodnie Wybrzeze do Westport lub jeszcze dalej na poludnie. Akurat gdy wsiadam do ich auta zaczyna lac potezny deszcz, ktory po chwili przechodzi.

Towarzysza nam piekne widoki gorskie (tu zaczynaja sie juz Alpy Poludniowe), przejezdzamy przez liczne potoki i rzeki i nawet pogoda poprawia sie na jakis czas. Za Murchison droga prowadzi przez Buller Gorge i tu na 14 km jadac w strone Zach. Wybrzeza znajduje sie najdluzszy wiszacy most w NZ – 110 m (wstep 5$). Teren ten byl nawiedzany 2 razy prze trzesienia ziemi w 1929 i 68 i slady po nich widoczne sa jeszcze w okolicach rzeki kolo mostu. Kiedys tez wydobywano tu zloto i jeszcze dzis za oplata mozna sie zabawic w poszukiwacza zlota jak i rowniez przejsc sie wytyczonymi szlakami prowdzxacymi przez bush (las deszczowy).

Za Westport pogoda zupelnie sie juz psuje ale zdazaja sie momenty w ktorych przestaje padac. Zahaczamy wiec jeszcze o Cape Faulwind tuz przed Charlston. Sa tu ptaki weka, troche podobne do kury zupelnie pozbawione umiejetnosci latania (taka miniaturka kiwi z krotkim dziobem) a tak sie oswoily iz podchodza do aut i oczekuja czegos do zjedzenia. Z przyladka jest widok na ciekawe formacje skalne, ciemna plaze i okoliczne bagna. Wszystkie te widoki jednak nie robia takiego wrazenia gdy jest pochmurno i kropi deszcz. Na Zachodnim Wybrzezu slonecznej pogody jest jak na lekarstwo.

Holendrzy zatrzymuja sie na nocleg w Charleston w malym motelu a ja postanawiam pojechac jeszcze dalej na poludnie do Punakaiki, 40 km dalej na poludnie. Bez problemu zatrzymuje samochod bo akurat pada deszcz i w takis sytuacjach jest mi o wiele latwiej. Kobieta, ktora mnie wiezie od niedawna mieszka w Greymouth a przeniosla sie z Nelson. Wysiadam przy hostelu w Punakaiki, blisko miejsca gdzie mozna zobaczyc formacje skalne podobne do nalesnikow – slynne Panecakes Rocks.

Punakaiki Beach Hostel ( 28$ dorm 6os.) sklada sie z 2 budynkow i polozony jest tuz przy plazy. Jest tu mnostwo turystow i na nude nie ma czasu. Niestety pogoda psuje sie jeszcze bardziej, na plazy jest mgla i zaslania wszelkie mozliwe widoki. Pozostaje wiec tylko siedzenie z innymi turystami i saczenie piwia.

Poznaje tu tez austriackiego korespondenta gazety Kurier, ktory pisze do niej reportarze ze swojej rocznej podrozy. Udaje mi sie co nie co podgonic pisanie relacji ale jest to trudne gdy wokolo jest tylu ciekawych ludzi.

Czwartek 11.02.2010
W nocy lalo caly czas i ranek tez jest deszczowy i pochmurny. Nie mam zadnych zapasow ze soba wiec moje sniadanie jest skromne: banan, jablko i kawa. Poznane wczoraj turystki z Niemiec, Lili i Nicole zabieraja mnie swoim autem do Paparoa National Park, gdzie wlasnie znajduja sie Nalesnikowe Skaly. Od hostelu jest to tylko 3 km. Nawet na moment wychodzi slonce i od razu robi sie przyjemnej. Mimo, ze jest przyplyw nie da sie zauwarzyc rozbryzgiwanej wody i uderzajacych fal o skaly, morze jest za spokojne i brak wiatru. Podjezdzamy tez na parking skad zaczyna sie Truman Track, krotki 30 minutowy spacer do plazy. Prowadzi przez bush jak tu sie nazywa las deszczowy a konczy na skalistej plazy, gdzie wyleguja sie pingwiny. Spotkac mozna je zazwyczaj wieczorem.

Tu zegnam sie z Niemkami i jade dalej do Greymouth (40 km). Moim kierowca jest pracownik koleii panstwowych z Greymouth, ktory gada takim slangiem, ze prawie nic nie jestem w stanie zrozumiec. Wraca wlasnie z krotkiego urlopu podczas ktorego glownie lowil ryby. Pokazuje mi zlowione okazy i daje w prezencie porezny rozmiarow crayfish.
Wazy chyba 1 kg.

W Greymouth zachodze na internet bo musze sprawdzic wiadomosc od rodziny z tej okolicy, mam zaproszenie do Rapahoe, 12 km na polnoc na dzisiejsza noc. Greymouth lezy u ujscia rzeki Grey nad Morzem Tasmana i jest najwiekszym miastem na Zachodnim Wybrzezu . Liczy sobie tylko 13.500 mieszkancow. Okolica slynie z wielu kopalni wegla oraz slynnych fabryczek obrabiajacych zielony kamien: jadeit. W gorach wydobywano tez dawniej zloto.
Stad rowniez wyjezdza slynny pociag TranzAlpine do Christchurch kazdego dnia o 13.45. Trasa jego wiedzie przez Alpy Poludniowe , Artur’s Pass i rowniny Canterbury. Bilet, odpowiednio wczesniej wykupiony kosztuje w jedna strone 81 $ a podroz trwa 4.20 h.

Juz o czwartej zjawiam sie na malenkiej farmie rodziny Ra w Rapahoe, dokad podwozi mnie Szwajcar zamieszkaly od 2 lat w okolicy i prowadzacy pensjonat. Jest bardzo ciekawy miejsca do ktorego jade totez podwozi mnie prawie pod same drzwi.

Rodzina liczy sobie 6 osob, 2 doroslych i czworka dzieci w wieku 9-17 lat. Dom i dzialka to niesamowita rupieciarnia i skladowisko przedmiotow chyba od kilku generacji porozrzucanych w nieladzie. Kiedy wchodze do kuchni nawet nie mam gdzie postawic plecaka. Widzac, ze gospodyni jest zajeta szykowanie posilku, zmywam sie by poogladac okolice. Ide na pobliska plaze i podjezdzam okazja do gorniczej osady (6 km na poludnie w strone Greymouth) Runanga, gdzie sa 4 czynne kopalnie. Ktos zaprasza mnie do lokalnego pubu na piwo i moge tu zobaczyc na scianach rozne sprzety urzywane dawniej w kopalniach oraz poczytac troche o ich historii. Czuje sie troche nieswojo bo sa tu sami meszczyzni, glownie spedzajacy czas na zlopaniu piwa i grze w bilarda.

Kiedy wracam na kwaterem poznaje Izraelczyka, krtory jest tam juz od wczoraj. Jest to hippis, podrozuje od 3 lat, nocuje czasami u ludzi a wiekszosc nocy spedza na plazach i w buszu. Ciezko jest sie z nim dogadac bo ma jakies dziwne poglady.

Dzieci rodziny Ra wcale nie chodza do szkoly, maja ja w domu a ich nauczycielami sa rodzice. Czasami kosultuja sie z nauczycielami od poszczegolnych przedmiotow. W czasie kiedy ja tam bylam, akurat szwendaly sie po domu lub siedzaly caly czas przed komputerem. Mam stwierdzila, ze dzis lekcji nie bylo bo pogoda byla nieodpowiednia. Matka wychowuje je bezstresowo i wszystko im wolno. Wstaja kiedy chca i robia wlasciwie co chca, zero dyscypliny. Duzo dzieci w NZ nie chodzi do szkoly bo rodzice uwazaja, ze oni naucza ich lepiej w domu a szkola niszczy zwiazki rodzinne. Uwazaja, ze nauczyciel ktory ma w klasie kolo 30 dzieci nie jest w stanie zajac sie indywidualnie kazdym uczniem z osobna. Moze maja i racje ale wszyszystka ma swoje dobre i zle strony.

Ojciec jest jakis nawiedzony, podobny do jogina, wlosy siegaja mu za ramiona a broda do piersi. Ma na sobie jakies lachmany. Slucha dziwnej muzyki i uprawia cos na modle jogi. Ciezko sie z nim rozmawia, matka jest bardziej otwarta ale tez wlasciwie nie zainteresowana niczym i nikim poza swoja rodzina. Probowalam rozmawiac z nia ale niewiele wychodzilo. Ozywila sie, kiedy zaproponowalam, ze moge jej zrobic ciasto na pizze, bo akurat dzieci zaczely sie o nia dopominac.

Wieczorem przybywa jeszcze trzecia osoba z CS, mloda dziewczyna z Kanady, Sylvia. Ta przynajmniej jest logiczna i nawiazujemy kontak z mety co bardzo sie nie podoba gospodarzom i kaza nam nastepnego dnia rano opuscic dom. Ja nawet o tym nie wiedzialam bo poszlam wczesniej spac do pokoju komputerowego. Udalo mi sie uzyskac dostep do tego pokoju bo zaplanowalam, ze jak rano wstane to bede mogla skorzystac z internetu. Jak na zlosc po 15 minutach popsul sie modem i moglam go tylko wylaczyc.

Nigdy jeszcze nie spotkala mnie taka sytuacja by mnie ktos wyprosil. I tak mialam zamiar zatrzymac sie tu tylko jedna noc a po tym co zobaczylam w tym domu to w ogole zalowalam, ze tam przyjechalam. W zyciu czegos podobnego nie widzialam, w zadnym kraju nawet i w Chinach. Ludzie gromadza tam rupiecie i niepotrzebne sprzety , ale ten obrazek przeszedl moje oczekiwania a do tego ten brud; nie wiadomo bylo jak sie umyc albo z ktorej szklanki wypic herbate. Obrzydzenie. Kuchnia przypominala pomieszczenie po wybuchu bomby i nawet mialam zaproponowac, ze ja posprzatam, nie zdazylam.

Nastepneggo ranka wraz z Sylvia i Izraelczykiem jedziemy wzdluz wybrzeza na poludnie i nawet pogoda zaczyna nam dopisywac. Sylvia jest od pol roku w NZ; studiowala 4 miesia na uniwersytecie w Auckland (historie i kulture maoryska) a teraz jezdzi i zwiedza. Jej celem jest miescina a raczej osada Harihari, gdzie ma pracowac na prywatnej farmie przez 3 dni: (www.wwoof.co.nz). Ludzie „woofer” jak sie samo nazywaja pracuja za darmo na farmach, w hotelach czasem w restauracjach w zamian za wikt i nocleg, Mozna pracowac 3 dni lub 2 tygodnie., podaje tez inny adres gdzie sa ogloszenia o prace: www.heplex.net.nz















Wtorek, 9 02.2010
Juz o 5.30 jestem na nogach. By dostac sie do Parku musze przebyc ok. 70 km i dojechac do Marahau skad zaczyna sie szlak. Tu jest wlasnie glowne wejscie do Abel Tasman National Park. Przejechanie tych 70 km zajmuje mi az 3 godziny i zaczynam juz powatpiewac czy to w ogole ma sens. Ponad godzine trace czekajac w Richmond, ktore jest oddalone tylko o 15 km od Nelson. A ostatnie 7 km wiezie mnie facet, ktory myje okna w restauracjach, barach i domach. Jest bardzo wesoly i zadowolony z zycia i spotkam go jeszcze dwa razy w tym samym dniu.

Trasa, ktora sobie obralam do przejscia ma 12.4 km i ma trwac 4h 15 min. Prowadzi ona do chaty Anchorage znajdujacej sie w malej zatoczce. Idzie sie wzdluz linii brzegowej chwilami blisko morza a czasami z dala od niego, niekiedy lekko pod gorke. Sciezka prowadzi przez las deszczowy, wije sie tak jak brzeg ladu, jest swietnie oznakowana i przygotowana. Od glownej sciezki prowadza odnogi do poszczegolnych plaz i zatoczek z lazurowa woda lub w glab ladu.

Nie ma zbyt duzo turystow, wiekszosc schodzi juz na dol po odbytym 2 lub 3 dniowym treku. Mozna sobie podjechac taksowka wodna do kazdego punktu parku i zaczac trek. Popularny teking wzdluz wybrzeza trwa od 1-5 dni. Abel tasman National Park to jeden z najczesciej odwiedzanych parkow na terenie NZ.

Docieram do chaty juz po 3.5h. Chata to parterowy barak z dwoma duzymi pomieszczeniami w ktorych znajduja sie materace na wielkim lozku pietrowym. Jest tez wielka kuchnia i lazienki. Jednorazowo moze tu spac 28 osob ale oprocz tego jest tez pole namiotowe.

Niektorzy turysci przybywaja do parku na kajakach i jest to bardzo popularna forma przemieszczania sie wzdluz lini brzegowej. Ja wracam do Marahau taksowka wodna (30 $), nie chce mi sie juz isc a ponadto chce zobaczyc brzeg i pagorki porosniete lasem od strony morza. Przejazd jest bardzo krotki bo trwa tylko 15 minut i ciezko tu zrobic jakies zdjecia ze wzgl. na predkosc motorowki i uderzanie o fale. Udaje mi sie natomiast nakrecic krotki film.

Marahau to nawet nie jest miasteczko to raczej niewielka osada z kilkoma restauracjami i hotelikami oraz parkingiem dla samochodow. Wydawalo mi sie, ze powrot do Nelson bedzie duzo latwiejszy stad niz droga poranna. Jednak myle sie i znowu trace sporo czasu na powrot.

Mam okazje nawet przejchac sie bentlejem z 1950 r (po remoncie) milionera z Anglii, ktory
Spedza w NZ 4 miesiace kazdego roku. Robie rozpaczliwy gest na drodze i facet lituje sie nade mna. Ale wysadza mnie w srodku miasta Motueka bo akurat tak mu pasuje. Mimo, ze jest pozne popoludnie to slonce jeszcze niezle grzeje a ja musze dralowac na koniec miasta.

Od niechcenia wyciagam reke by cos zatrzymac i kogo widze: tego samego faceta od okien, ktory wiozl mnie rano. Bardzo sie ciesze na jego widok a jeszcze bardziej, gdy mnie czestuje zimny piwem. Sam tez sobie popija mimo, mimo ze jest za kolkiem.

Wysadza mnie w Richmond przy nieszczesnej stacji benzynowej, gdzie dzis rano stracilam pol godziny. Musze wydostac sie z miasta, tu nie ma warunkow do zatrzymywania aut wiec na swiatlach wskakuje do samochodu kierowcy, ktory akurat jedzie w moim kierunku. Wysiadam juz po 2 km, kierowca skreca. I tu znowu zaczyna sie czekanie. Chyba dobre pol godziny. Juz sobie nawet mysle, ze miejsce nie jest odpowiednie do zatrzymywania sie. I niespodziewanie znowu nadjezdza moj wybawca: facet od okien i tym razem zawozi mnie juz na samo miejsce do Nelson. Gdyby nie on stalabym tam pewnie jeszcze nastepne pol godziny.

W sumie przejechalam ok. 140 km w obie strony i jechalam 10 samochodami. A mowiono mi, ze na wyspie Poludniowej lapie sie stopa duzo latwiej i ludzie sa bardziej zyczliwi niz na polnocy. Ja w to nie wierze. Tu, na wyspie Poludniowej mieszka tylko 700 000 ludzi a Maorysow prawie wcale nie ma. Moja jedyna nadzieje pokladam w turystach; jest ich przeciez teraz cala masa i przemieszczaja sie we wszystkich mozliwych kierunkach. Co niektorzy maja tyle bagazy i roznych bambetli jakby pol swojego domu przywiezli ze soba.

Po kolacji na ktora znowu zaprosila mnie Corri, zapraszam ja wraz z mezem na sesje zdjeciowa z Chin i Wietnamu a oni pozniej rewanzuja mi sie filmem ze swojej podrozy jachtem dookola swiata. Na koniec sprawdzam szybko poczte i do lozka.
Na prawde nie u kazdego sa warunki by spokojnie posiedziec przy komputerze a na pisanie znajduje coraz mniej czasu. Chodze pozno spac i wstaje za pozno by rozkladac komputer. Musze to jakos inaczej zorganizowac.

Sroda, 10.02.2010
Moi gospodarze sa szalenie goscinni i nie daja mi opuscuc domu bez sniadania. Dzis znowu jade dalej w kierunku Zachodniego Wybrzerza i Westport. Pierwsze 30 km odbywam z nauczycielka, ktora wiezie mnie do Brightwater. Stad po dlugiej przerwie jade ze starsza kobieta tylko 10 km do Wakefield. Tu sobie robie przerwe na kawe i drugie sniadanie bo akurat mam piekarnie przy drodze a zreszta Brightwater to straszna dziura.

Pogoda zmienia sie gwaltownie i zanosi sie na deszcz. Stad zabieraja mnie turysci holenderscy i spedzam z nimi juz prawie reszte dnia przebywajac 170 km. Jada tez na Zachodnie Wybrzeze do Westport lub jeszcze dalej na poludnie. Akurat gdy wsiadam do ich auta zaczyna lac potezny deszcz, ktory po chwili przechodzi.

Towarzysza nam piekne widoki gorskie (tu zaczynaja sie juz Alpy Poludniowe), przejezdzamy przez liczne potoki i rzeki i nawet pogoda poprawia sie na jakis czas. Za Murchison droga prowadzi przez Buller Gorge i tu na 14 km jadac w strone Zach. Wybrzeza znajduje sie najdluzszy wiszacy most w NZ – 110 m (wstep 5$). Teren ten byl nawiedzany 2 razy prze trzesienia ziemi w 1929 i 68 i slady po nich widoczne sa jeszcze w okolicach rzeki kolo mostu. Kiedys tez wydobywano tu zloto i jeszcze dzis za oplata mozna sie zabawic w poszukiwacza zlota jak i rowniez przejsc sie wytyczonymi szlakami prowdzxacymi przez bush (las deszczowy).

Za Westport pogoda zupelnie sie juz psuje ale zdazaja sie momenty w ktorych przestaje padac. Zahaczamy wiec jeszcze o Cape Faulwind tuz przed Charlston. Sa tu ptaki weka, troche podobne do kury zupelnie pozbawione umiejetnosci latania (taka miniaturka kiwi z krotkim dziobem) a tak sie oswoily iz podchodza do aut i oczekuja czegos do zjedzenia. Z przyladka jest widok na ciekawe formacje skalne, ciemna plaze i okoliczne bagna. Wszystkie te widoki jednak nie robia takiego wrazenia gdy jest pochmurno i kropi deszcz. Na Zachodnim Wybrzezu slonecznej pogody jest jak na lekarstwo.

Holendrzy zatrzymuja sie na nocleg w Charleston w malym motelu a ja postanawiam pojechac jeszcze dalej na poludnie do Punakaiki, 40 km dalej na poludnie. Bez problemu zatrzymuje samochod bo akurat pada deszcz i w takis sytuacjach jest mi o wiele latwiej. Kobieta, ktora mnie wiezie od niedawna mieszka w Greymouth a przeniosla sie z Nelson. Wysiadam przy hostelu w Punakaiki, blisko miejsca gdzie mozna zobaczyc formacje skalne podobne do nalesnikow – slynne Panecakes Rocks.

Punakaiki Beach Hostel ( 28$ dorm 6os.) sklada sie z 2 budynkow i polozony jest tuz przy plazy. Jest tu mnostwo turystow i na nude nie ma czasu. Niestety pogoda psuje sie jeszcze bardziej, na plazy jest mgla i zaslania wszelkie mozliwe widoki. Pozostaje wiec tylko siedzenie z innymi turystami i saczenie piwia.

Poznaje tu tez austriackiego korespondenta gazety Kurier, ktory pisze do niej reportarze ze swojej rocznej podrozy. Udaje mi sie co nie co podgonic pisanie relacji ale jest to trudne gdy wokolo jest tylu ciekawych ludzi.

Czwartek 11.02.2010
W nocy lalo caly czas i ranek tez jest deszczowy i pochmurny. Nie mam zadnych zapasow ze soba wiec moje sniadanie jest skromne: banan, jablko i kawa. Poznane wczoraj turystki z Niemiec, Lili i Nicole zabieraja mnie swoim autem do Paparoa National Park, gdzie wlasnie znajduja sie Nalesnikowe Skaly. Od hostelu jest to tylko 3 km. Nawet na moment wychodzi slonce i od razu robi sie przyjemnej. Mimo, ze jest przyplyw nie da sie zauwarzyc rozbryzgiwanej wody i uderzajacych fal o skaly, morze jest za spokojne i brak wiatru. Podjezdzamy tez na parking skad zaczyna sie Truman Track, krotki 30 minutowy spacer do plazy. Prowadzi przez bush jak tu sie nazywa las deszczowy a konczy na skalistej plazy, gdzie wyleguja sie pingwiny. Spotkac mozna je zazwyczaj wieczorem.

Tu zegnam sie z Niemkami i jade dalej do Greymouth (40 km). Moim kierowca jest pracownik koleii panstwowych z Greymouth, ktory gada takim slangiem, ze prawie nic nie jestem w stanie zrozumiec. Wraca wlasnie z krotkiego urlopu podczas ktorego glownie lowil ryby. Pokazuje mi zlowione okazy i daje w prezencie porezny rozmiarow crayfish.
Wazy chyba 1 kg.

W Greymouth zachodze na internet bo musze sprawdzic wiadomosc od rodziny z tej okolicy, mam zaproszenie do Rapahoe, 12 km na polnoc na dzisiejsza noc. Greymouth lezy u ujscia rzeki Grey nad Morzem Tasmana i jest najwiekszym miastem na Zachodnim Wybrzezu . Liczy sobie tylko 13.500 mieszkancow. Okolica slynie z wielu kopalni wegla oraz slynnych fabryczek obrabiajacych zielony kamien: jadeit. W gorach wydobywano tez dawniej zloto.
Stad rowniez wyjezdza slynny pociag TranzAlpine do Christchurch kazdego dnia o 13.45. Trasa jego wiedzie przez Alpy Poludniowe , Artur’s Pass i rowniny Canterbury. Bilet, odpowiednio wczesniej wykupiony kosztuje w jedna strone 81 $ a podroz trwa 4.20 h.

Juz o czwartej zjawiam sie na malenkiej farmie rodziny Ra w Rapahoe, dokad podwozi mnie Szwajcar zamieszkaly od 2 lat w okolicy i prowadzacy pensjonat. Jest bardzo ciekawy miejsca do ktorego jade totez podwozi mnie prawie pod same drzwi.

Rodzina liczy sobie 6 osob, 2 doroslych i czworka dzieci w wieku 9-17 lat. Dom i dzialka to niesamowita rupieciarnia i skladowisko przedmiotow chyba od kilku generacji porozrzucanych w nieladzie. Kiedy wchodze do kuchni nawet nie mam gdzie postawic plecaka. Widzac, ze gospodyni jest zajeta szykowanie posilku, zmywam sie by poogladac okolice. Ide na pobliska plaze i podjezdzam okazja do gorniczej osady (6 km na poludnie w strone Greymouth) Runanga, gdzie sa 4 czynne kopalnie. Ktos zaprasza mnie do lokalnego pubu na piwo i moge tu zobaczyc na scianach rozne sprzety urzywane dawniej w kopalniach oraz poczytac troche o ich historii. Czuje sie troche nieswojo bo sa tu sami meszczyzni, glownie spedzajacy czas na zlopaniu piwa i grze w bilarda.

Kiedy wracam na kwaterem poznaje Izraelczyka, krtory jest tam juz od wczoraj. Jest to hippis, podrozuje od 3 lat, nocuje czasami u ludzi a wiekszosc nocy spedza na plazach i w buszu. Ciezko jest sie z nim dogadac bo ma jakies dziwne poglady.

Dzieci rodziny Ra wcale nie chodza do szkoly, maja ja w domu a ich nauczycielami sa rodzice. Czasami kosultuja sie z nauczycielami od poszczegolnych przedmiotow. W czasie kiedy ja tam bylam, akurat szwendaly sie po domu lub siedzaly caly czas przed komputerem. Mam stwierdzila, ze dzis lekcji nie bylo bo pogoda byla nieodpowiednia. Matka wychowuje je bezstresowo i wszystko im wolno. Wstaja kiedy chca i robia wlasciwie co chca, zero dyscypliny. Duzo dzieci w NZ nie chodzi do szkoly bo rodzice uwazaja, ze oni naucza ich lepiej w domu a szkola niszczy zwiazki rodzinne. Uwazaja, ze nauczyciel ktory ma w klasie kolo 30 dzieci nie jest w stanie zajac sie indywidualnie kazdym uczniem z osobna. Moze maja i racje ale wszyszystka ma swoje dobre i zle strony.

Ojciec jest jakis nawiedzony, podobny do jogina, wlosy siegaja mu za ramiona a broda do piersi. Ma na sobie jakies lachmany. Slucha dziwnej muzyki i uprawia cos na modle jogi. Ciezko sie z nim rozmawia, matka jest bardziej otwarta ale tez wlasciwie nie zainteresowana niczym i nikim poza swoja rodzina. Probowalam rozmawiac z nia ale niewiele wychodzilo. Ozywila sie, kiedy zaproponowalam, ze moge jej zrobic ciasto na pizze, bo akurat dzieci zaczely sie o nia dopominac.

Wieczorem przybywa jeszcze trzecia osoba z CS, mloda dziewczyna z Kanady, Sylvia. Ta przynajmniej jest logiczna i nawiazujemy kontak z mety co bardzo sie nie podoba gospodarzom i kaza nam nastepnego dnia rano opuscic dom. Ja nawet o tym nie wiedzialam bo poszlam wczesniej spac do pokoju komputerowego. Udalo mi sie uzyskac dostep do tego pokoju bo zaplanowalam, ze jak rano wstane to bede mogla skorzystac z internetu. Jak na zlosc po 15 minutach popsul sie modem i moglam go tylko wylaczyc.

Nigdy jeszcze nie spotkala mnie taka sytuacja by mnie ktos wyprosil. I tak mialam zamiar zatrzymac sie tu tylko jedna noc a po tym co zobaczylam w tym domu to w ogole zalowalam, ze tam przyjechalam. W zyciu czegos podobnego nie widzialam, w zadnym kraju nawet i w Chinach. Ludzie gromadza tam rupiecie i niepotrzebne sprzety , ale ten obrazek przeszedl moje oczekiwania a do tego ten brud; nie wiadomo bylo jak sie umyc albo z ktorej szklanki wypic herbate. Obrzydzenie. Kuchnia przypominala pomieszczenie po wybuchu bomby i nawet mialam zaproponowac, ze ja posprzatam, nie zdazylam.

Nastepneggo ranka wraz z Sylvia i Izraelczykiem jedziemy wzdluz wybrzeza na poludnie i nawet pogoda zaczyna nam dopisywac. Sylvia jest od pol roku w NZ; studiowala 4 miesia na uniwersytecie w Auckland (historie i kulture maoryska) a teraz jezdzi i zwiedza. Jej celem jest miescina a raczej osada Harihari, gdzie ma pracowac na prywatnej farmie przez 3 dni: (www.wwoof.co.nz). Ludzie „woofer” jak sie samo nazywaja pracuja za darmo na farmach, w hotelach czasem w restauracjach w zamian za wikt i nocleg, Mozna pracowac 3 dni lub 2 tygodnie., podaje tez inny adres gdzie sa ogloszenia o prace: www.heplex.net.nz
www.republika.pl/maniecka
blogi: www.transazja.pl

pozdrawiam
Małgosia
Maniecka Malgorzata
 
Posty: 1007
Dołączył(a): Wt wrz 02, 2003 9:42 pm
Lokalizacja: Warszawa/Chiny (Hengyang City)

Re: AUTOSTOPEM PO ANTYPODACH

Postprzez Maniecka Malgorzata » Śr lut 17, 2010 4:56 am

Piatek, 12.02.2010
Po szybkim sniadaniu opuszczamy posiadlosc rodziny Ra, ja zupelnie nieswiadoma calej sytuacji dowiaduje sie o niej dopiero w samochodzie.Glupio, ze tak wyszlo z tymi ludzmi i szkoda, bo moglby byc to mily pobyt u sympatycznej rodziny. Najpierw wstepujemy jeszcze do Greymuth do informacji turystycznej i do supermarketu a pozniej juz jedziemy do Hokitika (40 km) malego miasteczka, ktore przypomina miasteczko z Dzikiego Zachodu. Mieszka tu 4000 ludzi. W centrum znajduje sie piekna wieza zegarowa oraz ciekawe muzeum maoryskie (sa tu stare fotografie). Miasto slynie z malych fabryczek zielonego kamienia; jadeitu z ktorego produkuje sie tu bizuterie. A w sklepie z welna mozna zobaczyc i sfotografowac stare maszyny do przedzenia welny i tkania materilow uzywane nawet do dzis.

W kiwi centre sa zywe ptaki kiwi (wstep 14$) i 150 letni wegorz. W poblizu potykam Polaka na rowerze, gdy oboje fotografujemy kosciol. Jest razem ze swoim ojcem a pochodzi z Gliwic, niemalze z moich stron.

Pogoda jest wspaniala, kierujemy sie wiec nad jezioro Kaniere oddalone od miasta o 14 km. Robimy sobie jedno godzinny treking wzdluz brzegu jeziora idac sciezka przez las deszczowy.
Mamy tez okazje zobaczyc odbywajace sie tu akurat przyjecie weselne. Mieszkancy tego kraju czesto urzadzaja wesela wlasnie na plazy nad woda.

Nastepnym celem jest Ross oddalone 30 km od jeziora. Jest to mala osada, mieszka tu zaledwie 350 mieszkancow ale kiedys wydobywano w jej okolicach zloto. Zachowalo sie mnoswto pamiatek po tamtych czasach i wytyczono ciekawy szlak turystyczny trwajacy 1h i pozwalajacy odwiedzic te miejsca.

Po drodze mamy piekne widoki ale Sylvia nie chce sie juz zatrzymywac, jest zmeczona i pragnie jak najszybciej dostac sie na farme. Izraelczyk wysiada po drodze a ja jade z nia, bo kolo farmy byl kiedys hostel i zaplanowalam sie tam zatrzymac. Niestety okazuje sie po przybyciu na miejsce, ze juz zostal zlikwidowany, ale gospodyni godzi sie mnie przenocowac za 10 NZD. Jest juz za pozno abym jechala dalej zwlaszcza, ze zbiera sie na deszcz.

Gospodyni mieszka tu wraz z mezem i 2 dzieci. Hoduja pszczoly, maja duzy ogrod i gospodarstwo agroturystyczne. Przyjmuje woofowcow bo potrzebna jej pomoc. Jedno z dzieci wymaga karmienia a drugie ma dopiero 2 latka totez jest bardzo nimi zajeta. Na farmie poznaje jeszcze 2 Francuzow, ktorzy juz sa tu 3 dni i wlasnie skonczyli swoja prace.

Gospodyni nie ma czasu na przygotowanie kolacji, proponuje, ze moge ja zrobic na co ona ochoczo przystaje. Kolacja jest bardzo udana i koniec koncow wcale nie musze placic za nocleg. Dom jest stary, pelen bibelotow i staroci ale przez to jest bardzo przytulny.
Okolice sa pelne pastwisk z pasacymi sie krowami i konmi.

W miedzyczasie znowu leje deszcz ale gospodarz proponuje nam wykapanie sie w goracej, siarczanej wodzie. O 11ej w nocu jedziemy jakies 5 km w glab lasu i idziemy jeszcze 15 minut przez busz by dotrzec do brzegow rzeki kolo ktorej sa dziury z goraca woda. Musimy je poglebic bo sa za plytkie. Widok 5 osob kopiacych doly przy swietle latarek prawie ze o polnocy to niecodzienny widok. Siedzimy w tej wodzie dobre pol godziny a deszcz kropi nam na glowy. Woda jest wrecz goraca, ma jakies 42C. Dopiero grubo po polnocy wracamy do domu. Ide jeszcze pod prysznic bo jestem pelna piachu. Tu na zachodnim wybrzezu sa tez malenkie muszki, ktore niesamowicie gryza a plyny i kremy wcale nie pomagaja. Spie w budynku po bylym hostelu w 2.os. pokoju razem z Sylvia.

Sobota, 13.02.2010
Znowu pochmurny i deszczowy poranek i wszyscy wstaja pozno. Po sniadaniu (gospodarze sa b.goscinni) wyruszam znowu w trase a moim celem jest Franz Josef Town i Lodowiec Franza Jozefa. Juz po 10 minutach siedze w samochodzie angielskich turystow i jak zwykle musze opowiadac o moich przygodach w NZ.
Po godzinie jestesmy na miejscu. F.J. Town to niewielka osada z mnostwem hosteli, moteli, restauracji i sklepow. Oczywiscie jest informacja turystyczna. Instaluje sie w Chateau Franz (dorm 6 os. z lazienka 28$) i od razu kieruje sie do Lodowca. Stad jest 5 km, podjezdzam okazja i choc pogoda nie jest specjalne nie chce ryzykowac, ze bedzie jeszcze gorsza. Tu na Zach. Wybrzezu potrafi padac przez 265 dni w roku.

Z parkingu idzie sie korytem polodowcowym do czola lodowca a czas na przejscie tam i spowrotem wynosi 1.5h. Mimo zlej pogody jest sporo turystow. Momentami dosyc mocno zacina deszcz. Wierzcholki gor tona we mgle a tylko jezor lodowca jest widoczny dosyc dobrze. Wszystkie loty helikopterami w dniu dzisiejszym zostaly odwolane. Mimo wysokiej ceny bardzo duzo turystow placi przelot nad lodowcem i szczytami gor.

Wracam znowu okazja i tu z dala od lodowca pogoda jest zupelnie inna. Spotykam 2 Niemki, ktore poznalam w Punakaiki a po chwili Polakow na rowerach. Wojtek i Tomek sa w NZ tylko 2 tygodnie po czym leca na tydzien do Australii w odwiedziny do rodziny. Umawiamy sie na wspolne spedzenie wieczoru, oni musza znalezc nocleg a ja tymczasem wracam do hostelu.

O 18ej kazdego dnia jest darmowa zupa jarzynowa. Zupa nie jest rewelacyjna, mimo wszystko jest wielu chetnych. Caly wieczor spedzam w towarzystwie przesympatycznych Polakow, i zostaje nawet zaproszona do indyjskiej restauracji.

Niedziela, 14.02.2010
Rano moge jeszcze zobaczyc sie z Wojtkiem i Tomkiem a kiedy odjezdzaja zmieniam hotel bo w moim nie bedzie dzis miejsca. Przenosze sie na przeciwko do hostelu Montrose Backpackers (dorm 4 os. bez lazienki 26 $) z darmowym internetem do ktorego caly czas jest kolejka.

Dzisiejszy dzien poswiecam na dotarcie do lodowca Fox. Musze najpierw dostac sie do Fox Town (23 km) co wcale nie jest trudne i po 15 minutach od wyjscia z hostelu siedze juz w samochodzie mieszkanca Fox Town. Stad jest jeszcze 5km do parkingu skad prowadzi szlak pod lodowiec, ale moj kierowca jest tak mily, ze zawozi mnie na samo miejsce.

Dzisiejsza pogoda jest duzo lepsza od wczorajszej ale mimo slonca nie mozna zobaczyc szczytu Mt. Cook i innych i lodowca w calej krasie. Droga w obie strony zajmuje tylko 1h. W powietrzu lataja co chwile helikoptery wozace turystwo. 10 minutowy przelot kosztuje 95$ a 20 minutowy 180 NZD.

Wracam okazja do osady i kieruje sie w strone jeziora Mathesa . Jest oddalone o 6 km od Fox Town. Zabieraja mnie turystki, ktore spaly ze mna w jednym pokoju w Punakaiki. Z jedna z nich, z Malezji obchodzimy jezioro dookola (1.5h) lecz nie dane nam zobaczyc szczytow MT. Cook w lustrze wody jeziora. Pogoda jest fantastyczna jednak szczyty gor siedza w chmurach. W lasach nad jeziorem zyje mnostwo ptakow a po jeziorze plywaja kaczki.

Okolice jeziora i Fox Town to pastwiska pelne krow i koni. W NZ produkuje sie mnoswo mleka i serow. Jednak mleko wcale nie jest takie dobre jakby sie zdawlao a swiezego prawie nikt nie pije, nawet ci co hoduja krowy. Uczylam moja gospodynie z Harihari jak zrobic mleko zsiadle bowiem ma dostep do siezego mleka. Nigdy jeszcze nie jadla mleka zsiadlego, maslanki ani bialego sera zrobionych z takiego mleka.

Bez problemu zatrzymuje samochod, tym razem sportowy by dotrzec spowrotem do F.J.Town. Za kierownica siedzi Wloch z Rzymu bedacy w rocznej podrozy dookola swiata. Na NZ ma tylko 2 tygodnie. Zatrzymujemy sie nawet 2 razy by porobic zdjecia. Sympatyczny facet i spotykam go potem jeszcze wieczorem w F.J.Town.

Wieczor jest chlodny mimo slonca ale chmury nadal zaslaniaja szczyty Mt. Tasman, Cook i Aoraki. Sama miejscowosc polozona jest tylko na wysokosci 100 m n.p.m.
Dzis jem skromna kolcje: zupe z torebki. W kuchni niesamowity rejwach i bardzo przyjemne zapachy. Przybyla grupa Chinczykow i szykuja sobie uczte bo dzis chinski nowy rok, zaczyna sie Rok Tygrysa.

Poniedzialek, 15.02.2010
Od rana jest piekna pogoda i nareszcie moge zobaczyc szczyty gor. Dzisiejszym moim celem jest Wanaka oddalona na poludnie o 300 km stad. Musze podejsc kawalek do krzyzowki, za most bo dopiero tu jest rozjazd. Od razu zatrzymuje sie auto a w nim 2 emerytowanych policjantow z Wielkiej Brytanii. Niesamowicie symaptyczni i wyrazaja sie bardzo pochlebnie o Polakach pracujacych w Anglii. Jada tylko do Fox Town i wysiadam w samym centrum, wiec znowu ide za miasto, tym razem 2 km az do kolejnegoi rozjazdu.

Stojac przy drodze i smazac sie w sloncu, bo juz zaczyna grzac, podziwiam szczyty gor. Po 15 minutach siedze w toyocie Niemcow z Drezna (ona jest pracownikiem socjalnym a on ksiedzem) tez zmierzajacych do Wanaki. Uprzedzaja mnie iz beda sie zatrzymywac w wielu miejscach i jada wolno, a przeciez mnie to jest bardzo na reke, bo tez chce zwiedzac i fotografowac.

Podjezdzamy kilka km do punktu widokowego na lodowiec Fox. Ten punkt to mala przecinka w lesie i mozna by go w ogole nie zauwazyc ale lodowiec prezentuje sie dosyc okazale przy dzisiejszym sloncu. Drugim ciekawym miejscem jest zatoczka Bruce. Tu turysci stawiaja nad brzegiem morza z kamykow i patykow male budowle wygladajace calkiem ciekawie. Plaza jest kamienista i takie jest tez dno morza dlatego nikt sie tu nie kapie.

W Haast (mieszka tu tylko 300 mieszkancow) zatrzymujemy sie na kawe. Tu organizowane sa safari po rzece Waiatato i Haast. Dalej droga wije sie wzdluz rzeki Haast, prowadzac przez liczne mosty (sa szerokie tylko na jeden samochod) dochodzac do przeleczy Haast. Po drodze zahaczmy o 2 wodospady znajdujace sie prawie przy drodze: Thunder Creek i Fantail. Od drogi porowadza do nich wytyczone sciezki przez las. Droga z Haast do Wanaka zostala zbudowana dopiero w 1965 roku.

Zjezdzajac z przeleczy roztacza sie przed nami widok na jeziora wcisniete miedzy pagorki i klify: Wanaka i Hawea. Oba maja niesamowicie turkusowa wode a nad ich brzegami gniezdza sie niezliczone ilosci ptactwa.
Koncowka drogi prowadzi wzdluz jeziora Wanaka i juz o 4ej po poludniu dojezdzamy do celu. Tu rozstaje sie z Niemcami i instaluje sie w hostelu X Base Wanaka – lozko w Sali 10 os. 25 NZD. Jest nas tylko 4 osoby w sypialni, lazienki sa na zewnatrz tak jak i kuchnia, sala TV i pralnia (3-4 $ za pralke i tyle samo za szuszarke). Budynek przypomina wielki betonowy bunkier. Hostele tej sieci mozna znalezc w wielu miejscach w NZ i Australii. Sa tu bary i internet (4-6 $/1h).

Wanaka (3500 mieszkancow) polozone na poludniowym brzegu jeziora Hawea staje sie coraz bardziej popularnym celem turystycznym, gdzie mozna uprawiac sporty i znalezc cos ciekawego dla siebie przez caly rok. Miasto nie jest tak zatloczone jak niedalekie Queenstown a ma tak samo ciekawa okolice i mnostwo atrakcji dla turytsow.

Nad brzegiem jeziora wyleguja sie turysci, niektorzy zarzywaja kapieli a inni karmia kaczki i inne ptaki, gdy sie tam przechadzalam poznym popoludniem. Widoki na okoliczne gory i park narodowy Mt. Aspiring zapiera dech w piersiach.

Wtorek, 16.02.2010
Wanaka slynie z licznych tras dostosowanych do pieszych wedrowek znajdujacych sie w parku narodowym Mt. Aspiring. Zaplanowalam odbyc jeden z nich: Rob Roy Trek prowadzacy w okolice lodowca Rob Roy i szczytu o tej samej nazwie (ponad 2600 m n.p.m.).
Ponoc to jeden z najciekawszych tras w parku, prowadzacy przez pastwiska, wiszacy most nad rzeka Matukitiki i wspinajacy sie sciezka przez las az na wysokosc 730 m, gdzie mozna podziwiac lodowiec i splywajaca z niego wode. Tworza sie tu liczne, male wodospady a z nich powstaje rzeka Matukituki, ktorej dolina nalezy tez do parku.

Pasa sie tu niezliczone ilosci krow, owiec a nawet i jeleni a te trzyma sie dla miesa i poroza.
Do parku jest stosunkowo daleko z miasta bo az 52 km z czego polowa drogi to droga nie utrwardzona. Dojechanie do parku zajelo mi ponad godzine (3 samochody) a w polowie drogi mialam niemile spotkanie ze stadem krow, ktore zainteresowaly sie nagle moja osoba. Stalam na zupelnym pustkowiu a samochody pojawialy sie rzadko. Dojechalam tu z obsluga paralotniarzy, ktorzy skrecali do swojego klubu.

Faktem, mialam na sobie czerwona kurtke (nie wiem czy to ma znaczenie), wiec szybko zdjelam ja z siebie, ale stado caly czas szlo w moja strone i to coraz szybciej. Kiedy zobaczylam zblizajacy sie samochod zaczelam gwaltownie machac, kierowca zatrzymal sie, ale mnie nie zabral choc mial miejsce i jechal w ta sama strone. Juz sie zastanawialam, gdzie uciekne przed krowami, kiedy nadjechal nastepny samochod i ten juz mnie zabral ze soba. Cala sie trzeslam ze strachu, gdy jeszcze opowiadalam moim „wybawcom” o zdarzeniu. Byc moze krowy by mnie nie zaatakowaly, ale tego nie bylam pewna. Niedaleko znajdowala sie brama prowadzaca na pastwisko wiec tam bym uciekla i ja zamknela. Tu wszystko jest ogrodzone i czesto sa bramy, zamkniete i otwarte a wlasciciele stad poruszaja sie na 4- o kolowych motorach i maja do pomocy psy o czym juz wczesniej pisalam.

Powrot jest juz duzo latwiejszy. Na parkingu spotykam milego kierowce, kotry zabiera mnie juz bezposrednio do Wanaki. Wstepuje jeszcze szybko do kafejki internetowej po czym zabieram bagaz z hotelu (2$ za przechowalnie) i ruszam w droge do Queenstown. Stad jest tylko niecale 70 km a droga wiedzie przez przepiekne tereny gor Crown. Sa tu liczne tereny narciarskie, nie takie ma sie rozumiec jak w Alpach w Europie.

Kierowca, ktory wiezie mnie az do Frankton (pracuje przy obsludze ratrakow) i nawet zatrzymuje sie na przeleczy Crown Range Summit (1076 m) skad roztacza sie widok na jezioro Wakatipu nad ktorym polozone jest Queenstown. Jest to najwyzej polozona droga asfaltowa w NZ.

Z Frankton mam tylko ok. 10 km do celu. Na ruchliwym skrzyzowaniu na stacji benzynowej zagaduje kierowce, ktory godzi sie zawiezc mnie juz na samo miejsce. Pierwsze wrazenie po wjechaniu do miasta to tak jakbym znalazla sie w jednym z kurortow alpejskich a ludzi jest tu o wiele wiecej niz w Wanaka. Samych mieszkancow jest tylko 8500 a turystow pewnie 5 razy tyle. Znalezienie noclegu zajmuje mi ponad poltorej godziny. W kilku hostelsach, ktore odwiedzam nie ma wcale miejsc. Wszedzie full a wiekszosc turystow rezerwuje sobie noclegi duzo wczesniej.

Znajduje dopiero wolne lozko w X Base Backpackers w dormie 8 osobowym dla kobiet za 30 NZD (Sanctuary). Na powitanie dostaje recznik, bon na kieliszek szampana, szampon i krem nawilzajacy. Niesamowicie duzo tu turystow i w zw. z tym jest bardzo glosno do poznych godzin nocnych. Poczatkowo chce wziasc lozko w dormie 8 os. za 27 $ ale jest tam taki tlok, ze nawet nie mam gdzie postawic plecaka wiec decyduje sie na sanctuarium dla kobiet. Przy kazdym pokoju jest wezel sanitarny a do kazdego lozka jest metalowa klatka na bagaz, ktora mozna zamknac na klodke oraz lampka nocna.
Hostele sieci X Base mozna znalezc w wielu miejscowosciach w NZ i rowniez na wschodnim wybrzezu w Australii. Wszedzie sa bary a w godzinach od 20 – 21 obowiazuje „Happy Hours”.
www.republika.pl/maniecka
blogi: www.transazja.pl

pozdrawiam
Małgosia
Maniecka Malgorzata
 
Posty: 1007
Dołączył(a): Wt wrz 02, 2003 9:42 pm
Lokalizacja: Warszawa/Chiny (Hengyang City)

Re: AUTOSTOPEM PO ANTYPODACH

Postprzez Maniecka Malgorzata » Pn lut 22, 2010 8:06 pm

Sroda, 17.02.2010
Budze sie bardzo pozno a to z powodu brezentowej zaslony na oknie, ktora wcale nie przepuszcza swiatla i w pokoju jest jak w grobie. Na dodatek moje wspolokatorki balowaly w nocy a kiedy wrocily to zapalily swiatlo wcale sie nie przejmujac tym, ze jest srodek nocy. Wybilam sie ze snu no a potem wcale nie moglam usnac. Nie przyszlo im do glowy by zapalic lampki nocne przy lozku.

Pogoda jest piekna i postanawiam pojsc na zwiedzanie miasta. Queenstown to perla NZ i kazdy turysta, czy mlody czy stary przybywa tu by zobaczyc to miasto i okolice zarowno latem jak i zima. A jest tu co robic: narty zima a latem; skoki na bungee jumping, lotnie w roznych odmianach, loty helikopterami, rejsy po jeziorze (najdluzsze w NZ), jazda konna, rowery, splywy po rzekach, wycieczki do winnic i niezliczone ilosci szlakow turystycznych dostosowanych do pieszych wedrowek.

W miescie jest przepiekny ogrod (Queenstown Gardens) znajdujacy sie nad brzegiem jeziora Wakatipu a zalozony zostal jeszcze w koncu XIX w. Mnostwo turystow spedza tu czas na spacerach, roznych grach np: Frisbee Golf.

Jest niesamowita ilosc restauracji i barow a takze kasyno. To miasto tetni zyciem zarowno dniem jak i noca. I moj hotel rowniez. W barze na dole dudni muzyka przenikajaca przez sciany do wszystkich pomieszczen. Hotel ten jest jak bunkier a ludu w nim jest ogrom. Do kuchni nie da sie wejsc i to z powodu tlumow przygotowujacych sobie tam jedzenie jak rownierz a powodu balaganu, ktory zostawiaja po sobie.

Po poludniu psuje sie pogoda, chmury zakrywaja niebo a slonce gdzies znika i robi sie chlodno a potem zaczyna padac. Ponoc nie padalo od 3 tygodni wiec ten deszcz jest tu potrzebny. Ludzie natychmiast chowaja sie po barach i knajpach albo penetruja sklepy. Szczgolnie duzo jest tu sklepow tzw. sportowych a wybor towarow jest przeogromny. Wiekszosc z nich jest wyprodukowana w Chinach. Jednak to duza lepsza jakosc towarow niz to co ja tam widzialam.

Leje coraz bardziej wiec postanawiam pojsc wczesniej do lozka i poczytac. Mimo szumu dobiegajacego z baru udaje mi sie nawet zasnac.

Czwartek, 18.02.2010
A kiedy budze sie nad ranem nadal pada. Nie tylko pada ale leje jak z cebra. A przede mna nastepny cel: Te Anau (180 km) polozone w Parku Narodowym Fiordland. By wydostac sie z miasta musze przejsc spory kawalek w czasie ktorego niezle mnie moczy . Udaje mi sie szybko znalezc samochod, ktory zabiera mnie do Franktown (ok. 10 km) odbicie na Te Anau.

I tu stoje w deszczu, na wietrze ponad godzine a przejezdzaja dziesiatki aut. Ruch na prawde jest spory. Nie rozumiem dlaczego nikt nie chce mnie zabrac. Przeciez nie wszyscy jada do Franktown. Zaczynam marznac i zastanawiam sie czy sie aby nie wrocic do hotelu, kiedy nareszcie ktos sie zatrzymuje.

Dwie turystki z Niemiec, mlode dziewczyny, choc mialy zawalone tylne siedznie zmilowaly sie nade mna. Okazalo sie ze tez jada w to samo miejsce, wiec juz nie musialam zmieniac samochodu i sterczec na jezdni w taka pieska pogode.

Po drodze pogoda sie poprawia a kiedy dojezdzamy na miejsce swieci slonce. A prognoza byla wrecz tragiczna. Na szczescie zdazylam juz wyschnac i mam nadzieje, ze sie nie rozchoruje.

Hostel w ktorym sie zatrzymuje to; Lakefront Backpekers Logde polozony blisko jeziora Te Anau. Za lozko w dormie 6 os. z lazienka place 27$. Jest tu wspaniala atmosfera, obsluga pomocna i goraca polecam ten hostel.

Jezioro jest drugim co do wielkosci (po Taupo) w tym kraju i to tu odkryto rodzimego ptaka tahake w jedej z odnog jeziora. Przez 50 lat uwazano go juz za zupelnie wymarlego.

Te Anau to bardzo mala miescina i wlasciwie to punkt z ktorego wszyscy turysci wyruszaja na zwiedzanie Milford Sound (rodzaj fiordu) oraz Doubtful Sound. Stad tez mozna wyruszyc na kilkudniwe trekingi po Fiordland National Park. Park ten jest Mekka dla lubiacych wedrowki krotkie i dlugie. Te Anau zostalo uznane za stolice wedrowek.

Niedaleko centrum informacji turystycznej znajduje sie male centrum ptactwa (Te Anau Wildlife Centre) w ktorym mozna zobaczyc ptaki zamieszkale NZ. Centrum miesci sie nad brzegiem jeziora skad roztacza sie widok na okolice. I znowu po poludniu zmienia sie pogoda, zrywa sie niesamowity wiatr tak silny, ze na jeziorze powstaja silne fale a ja zakladam po raz pierwszy czapke w tym kraju i gruby polar. A wieczorem znowu wszystko sie uspakaja i wychodzi slonce.

Wykupuje wycieczke statkiem po fiordzie Milford Sound (68 NZD, 2h 15 min) na jutrzejszy dzien i mam nadzieje, ze pogoda mi dopisze. Wg. prognozy ma byc taka jak i dzis. Do M.S. mam 119 km do przejechania przepiekna trasa tzw. Milford Highway z pieknymi widokami po drodze, musze zatem wyruszyc rano, choc rejs mam dopiero o 16ej. Celowo wybralam ten ostatni, bo ponoc jest najlepszy a nie ma juz tlumow turystow przybywajacych autobusami nawet i z Queenstown.

Piatek, 19.02.2010
Dzieki turyscie spiacemu nade mna udaje mi sie wstac nawet po 6ej a juz o 7.30 stoje na drodze wyjazdowej z Te Anau. Pogoda jest cudowna i udalo mi sie nawet zobaczyc wschod slonca. Stoje dobre pol godziny bo ruch o tej porze jest jeszcze dosyc slaby. W koncu zabiera mnie dwojka amerykanskich turystow: dziadek i jego wnuczka, obecnie studentka z Dunedin.

Ich rejs jest okolo poludnia totez nie bardzo maja czas i chyba ochote zatrzymywac sie wszedzie tam, gdzie wszyscy turysci robia zdjecia i gdzie ja rowniez chcialabym stanac. I tak kolo nosa przechodzi mi Mirror Lake w ktorego wodach odbijaja sie okoliczne gory Earl, widok na doline Eglinton i w wielu innych atrakcyjnych dla mnie miejscach.

Robimy pierwszy postoj przy Knobs Flat w dolinie o wysokich klifach na ktorych znajduja sie pozostalosci wapiennych skal i zjezdzamy w dol do doliny Hollyford. W bok od szosy ok. 10 km znajduje sie male muzeum pionierow (wstep 1$). Mozna sie tu rowniez przenocowac w drewnianych chatach i tu zaczyna sie 2 dniowy trek Touteburn. Jest kilka innych i robie krotki, pol godzinny przez most wiszacy do kaskad gorskiej rzeki. Jestem niemalze sama na sciezce w lesie.

Aby wydostac sie na glowna droge musze przejsc lasem ok 1.5 km po szutrowej drodze. Czasem tez ktos tu przejezdza jednak nie mam szczescia. Na drodze glownej jest dosyc spory ruch a wiekszosc samochodow nalezy do turystow lub sa to autobusy. Po 20 minutach zabiera mnie kierowca busa, ktory akurat zawiozl turystow na szlak gorski a jedzie do Milford S. debrac nastepnych.

Jak sie mozna domyslec o zatrzymywaniu sie nie ma mowy, kierowca musi byc na ustalona godzine u swojego celu ale gdy dojezdzamy do tunelu Homer (dlugosc 1207 m, polozony na wys. 700 m) mam to szczescie iz jest czerwone swiatlo i musimy czekac. Ruch w tunelu jest jednokierunkowy i swiatla zmieniaja sie co 10 minut dzieki czemu moge sfotgrafowac tunel i gory.

Z tunelu droga wijaca sie jak serpentyna prowadzi w dol. Kierowca wysadza mnie jakies 10 km przed M.S. przy The Chasm trek. Rzeka Cleddau spada przez przepasc z wysokosci 22 m rzezbiac w kamieniach niesamowite otwory. Przybywa tu bardzo duzo turystow a najwiecej autobusow z Chinczykami.Ponoc nie ciesza sie dobra opinia. Widzialam jak cala grupa wysiadala z autobusu i biegla za przewodnikiem z choragiewka. Wszyscy tak samo ubrani, te same pozy przy robieniu zdjec i te same zachowania tak dobrze mi przeciez znane. Rozmawialam z jedna osoba: prawie wszyscy z najbogatszej prownicji Chin: z Guandong a zaplacili za 8 dniowa wycieczke 20 000 RMB

Bez trudu dostaje sie do M.S. Trudno to nawet nazwac osada; jesttu lotnisko, stacja benzynowa, kilka moteli, inf. turystyczne a przede wszystkim przystan dla wielkich lodzi plywajacych po fjordzie. Jak zawsze informacjas turystyczna i restauracja i oczywiscie parkingi dla samochodow..

W hali portu sa 4 agencje tez sprzedajace bilety na poszczegolne rejsy a ceny sa te same jak w Te Anau. Najtansze sa rejsy poranne i popoludniowe – 68 $. Sa tez rejsy nocne w cenie od 386 $/os w kabienie 4 os. z 2 posilkami.

Juz pierwsze spojrzenie na fjord od strony przystani zapiera dech w piersiach. Wysokie klify, prawie prostopadle wystajace z wody, szczyty gor ( Mitre Peak 1682 i Mt.Pembroke 2014 m) gdzie niegdzie wodospady i granatowa woda fjordu. Pogoda nieco sie zmienia po poludniu, slonce raz po raz chowa sie za chmurami ale na szczescie deszczu nie ma.

Ponoc pada tu kazdego dnia (200 dni opadow w roku, srednia rocznych opadow 7 m) ale mnie sie najwyrazniej udalo, choc potem zalowalam, iz nie pojechalam na rejs o godzine wczesniej, gdy bylo lepsze swiatlo. Od kilku dni mialam spotkac sie ze znajoma z travelbitu (Agnieszka) i miala wlasnie dojechac na ten rejs.

Moj statek „Sinbad” to zupelnie nowa jednostka a pasazerow na ostatni rejs bylo moze ok. 30 osob. Na powitanie mozna sie bylo poczestowac kawa lub herbata. Dlugosc fiordu wynosi 16 km i plynie sie najpierw jego lewym a potem prawym brzegiem . Moj rejs obejmowal mala petle po morzu Tasmana (Nature Cruise) i kiedy opuscilismy fjord to fale tak mocno zaczely uderzac o burty iz nie mozna sie bylo utrzymac wcale na pokladzie. Fale dochodza tu nawet do 8 m.
Wszyscy pozakladali kaptury i kurtki, wiatr byl bardzo przenikliwy i wialo niemilosiernie. Dwa razy widzielismy foki wygrzewajace sie na kamieniach i delfiny towarzyszace nam przez jakis czas. Nie udalo sie niestety spotkac pingwinow.

W wodach fiordu zyje sporo ryb ale tylko do glebokosci 40 m, dalej juz nie dociera swiatlo. Jest tez mnostwo ptactwa , ponoc sa tez i morsy.

Juz na pokladzie organizuje sobie transport powrotny bo po 18ej nie bedzie jechalao duzo ludzi a utknac tu na noc raczej bym nie chiala. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu i uciesze czeka na mnie w porcie Agnieszka. Wracamy zatem razem i zatrzymujemy sie we wszystkich miejscach, ktore jeszcze sa dosyc dobrze oswietlone. Do hostelu docieramy dopiero o 21ej.
Decyduje sie na dalsza podroz samochodem wraz z Agnieszka. Niewiele mi juz czasu zostalo, jej rowniez. Ona wylatuje juz 27 lutego, wiec mam nadzieje, ze uda nam sie jeszcze sporo zobaczyc w ciagu tego tygodnia a do autostopu powroce za tydzien. Ostatnie czekanie kolo Queenstown w deszczu przez ponad godzine dalo mi w kosc.



Sobota, 20.02.2010
I znowu jest piekna pogoda. Ja zostaje w Te Anau a Agnieszka jedzie sama do Milford Sound na rejs bo wczoraj juz sie nie zalapala. Ide do biblioteki, moge tu za darmo skorzystac z internetu i mozna tez przyjsc z wlasnym komputerem a potem jade stopem do Manopuri. Jest to malenka miescina oddalona tylko o 20 km od Te Anau a polozona nad jeziorem o tej samej nazwie. Jezioro polozone jest wsrod gor i jest sporo mniejsze niz jezioro Te Anau.

Stad mozna dostac sie na rejs po Doubtful Sound (245$) ale tylko zorganizowanym transportem. Nie ma drogi prowadzacej nad ten fiord a jest ponoc cudowny, moze i ladniejszy niz Milford Sound i mniej turystyczny. Niestety duzo drozszy.

Wracam tez stopem do Te Anau, ale znalezienie transportu powrotnego zajmuje mi dobre pol godziny. Ide droga wzdluz jeziora i dopiero moze po 3 km za miejscowoscia zatrzymuja sie australijscy turysci. Zabieraja mnie i kolejna autostopowiczke stojaca nieco dalej.

Po poludniu spotykam sie z Agnieszka i wyjezdzamy w droge do Tuatapere, malej miesciny oddalonej niecale 100 km ( na poludnie) a polozonej na skraju Fjordland National Park. Tu korzystamy z noclegu u goscinnych Nowozelandczykow (CS) – Pete i Beth. Pete jest niesamowice zainteresowany Europa Wchodnia, uczyl sie nawet kiedys rosyjskiego i bardzo lubi Polakow.

Dom polozony jest ok 10 km od miasteczka, niedaleko dzikiego brzegu morza i wysokich klifow. Brzeg morza a raczej jego plaza oddzielona jest rzeka od ladu i dostanie sie na plaze wcale nie jest proste. W czasie przyplywu morze jest bardzo grozne, rzeka rowniez i utopilo sie juz tu sporo osob.

Wieczor spedzamy na spacerze po okolicy a potem na rozmowach przy domowej wodce pedzonej przez naszego gospodarza. Smakuje tak samo jak bimber, ktory pamietam z dawnych lat i jest bardzo mocny. Pijemy go razem z woda sodowa a robi ja sie z kranowy wkladajac butelke z woda do specjalnego urzadzenia produkujacego bombelki.

Noc spedzamy w wygodnych lozkach z pachnaca posciela a za koldry sluza nam przykrycia zrobione wlasnorecznie na szydelku przez nasza sympatyczna gospodynie.
www.republika.pl/maniecka
blogi: www.transazja.pl

pozdrawiam
Małgosia
Maniecka Malgorzata
 
Posty: 1007
Dołączył(a): Wt wrz 02, 2003 9:42 pm
Lokalizacja: Warszawa/Chiny (Hengyang City)

Re: AUTOSTOPEM PO ANTYPODACH

Postprzez Maniecka Malgorzata » N lut 28, 2010 7:35 am

Niedziela, 21.02.2010
Wstajemy, gdy gospodarze jeszcze spia i czym predzej idziemy nad morze. Jest cudowny poranek i znajdujemy nawet miejsce nadajace sie do przejscia przez rzeke na plaze. W tym miejscu rzeka jest jakby przerwana i sucha stopa dostajemy sie na druga strone. Plaza pelna jest drewna naniesionego przez przypyw i kamykow a w rzece plywaja kolorowe kaczki. Nawoluja sie krzykliwym glosem, probujemy sie do nich zblizac ale niestety uciekaja od razu.

Kiedy wracamy gospodarze proponuja nam prawdziwe angielskie sniadanie: jajka na bekonie. Nie pamietam, kiedy jadlam cos podobnego. Niestety czas ruszac w dalsza droge a naszym celem jest podroz wzdloz poludniowo wschodniego wybrzeza i Catlands (miejsca z mokradlami, lagunami, dzikimi plazami i zatoczkami i mnostwem zwierzat).

Po drodze mamy mnostwo punktow widokowych doskonale na ogol oznakowanych ale gdyby tak chciec sie wszedzie zatrzymywac to chyba trzeba by rok jechac i nawet wtedy nie jestem pewna czy daloby sie objechac wszystko. Obie lubimy fotografowac i co rusz jakis widok nas zachwyca no wiec stajemy.

Ot taka sobie mala wysepka Monkey Island na ktorej wcale nie ma malp a mozna dostac sie do niej ladem w czasie odplywu. Na wielkich glazach rozrzuconych dookola jest masa ptactwa a na horyzoncie widac park narodowy Fjordland i wyspe Steward.

Wjezdzamy tez do Riverton, malej spokojnej miesciny polozonej przed Invercargill. Tu jest kilka punktow widokowych a maly port rybacki i kutry wygladaja jak z obrazka w mini porcie.

Kawalek za Riverport w malym zagjniku robimy sobie postoj na kawe. Podrozowanie samochodem ma ta zalete, iz mozna sie wszedzie i o kazdej porze zatrzymac i rozlozyc z jedzeniem. Agnieszka ma maszynke gazowa na ktorej gotujemy wode. Czesto spotykamy samochody z przyczepami lub campervany i ludzi spedzajacych czas przy posilkach lub odbywajacych sjeste. W ostatnich dniach pogoda jest wrecz fantastyczna.

Miasto Invercargill przez ktore przejezdzamy prawie wcale nie ma drzew na ulicach i jest takie troche inne ale wiekszosc turystow zatrzymuje sie tu tylko by dokonac zakupow lub zjesc obiad. A zaraz za miastem mamy przepiekna lagune i mokradla (Waituna Wetlands) oddalone o 14 km od glownej drogi.

A kawalek dalej plaza z pingwinami i delfinami. Nastawilam sie na plywanie z delfinami ale przybylysmy chyba za pozno. W Curio Bay codziennie widuje sie ok. 20 delfinow i bardzo chetnie towarzysza one kapiacym sie i plywajacym turystom.

Robi sie pozno i postanawiamy zatrzymac sie na nocleg w Owaka. Agnieszka ma wykupiony internet na czas swojego pobytu w NZ i musimy sie zatrzymywac tam, gdzie dostepna jest ta siec. W hostelu w ktorym chcialysmy sie zatrzymac jest jakis problem z internetem a caly obiek przypomina szpital. Postanawiamy pojechac kawalek dalej do Balclutha, miesciny polozonej nad rzeka Clutha. To miasto zupelnie nie ma wyrazu i jest malo zachecajace ale na campingu (Balclutha Naish Motor Park) nie ma wcale wolnych miejsc.

Wlascicielka jednak jest tak mila, ze pozwala spac nam w kuchni; jedna osoba na kanapie a druga na materacu. Placimy po 15$/os. tak jak za miejsce pod namiot. Tu rowniez nie ma internetu, widocznie tego dnia sa jakies problemy z zasiegiem w calej okolicy. Kuchnie mamy dla siebie juz od 23ej az do 7ej rano. Tego dnia przebylysmy bez mala 300 km.

Poniedzialek, 22.02.2010
Dzisiejszym naszym celem jest Mt.Cook a raczej wioska polozona w poblizu najwyzszej gory NZ – Mt. Cook Village. By tam sie dostac mamy do przejechania ponad 400 km i to spory odcinek po kretych, gorskich drogach.

Juz na poczatku dnia wjezdzamy w okolice pelne sadow i punktow sprzedazy owocow po nizszej cenie niz w sklepie. Zaopatrujemy sie w owoce na kilka dni. Dla mnie to luksus, bo nie musze tego dzwigac na plecach. Przejezdzamy przez Aleksandre, piekne miejsce polozone w dolinie - tu odbywaja sie coroczne zawody w strzyzeniu owiec i wielkanocne odstrzaly krolikow. Potem w Omarame zaczyna sie dolina Waitaki z cudownymi krajobrazami i stad widac juz osniezony Mt. Cook (3755 m).

Jadac do wioski MT. Cook Villige mamy caly czas piekny widok na najwyzsze szczyty NZ . W parku narodowym Aoraki (Mt. Cook N.P.) sa az 22 szczyty z 27 majacych powyzej 3050 m n.p.m. Krajobrazy alpejskie a pogoda iscie poludniowa. Jest z pewnosica ok. 30 C.

Kiedy docieramy na miejsce okazuje sie, ze w hostelu YHO nie ma juz wolnych miejsc, ale mozemy zarezerwowac nocleg na nastepna noc i tu wykupic dzisiejszy nocleg w Glentanner Park. Dostalysmy 2 ostatnie lozka.

Pogoda jest bardzo sloneczna podjezdzamy jeszcze do doliny Tasmana i stad z parkingu robimy krotki trek do jeziora o tej samej nazwie. Znajduja sie tu male gory lodowe (topnieja w blyskawicznym tempie) i to tu krecono niektore sceny do filmu „Titanic”. A lodowiec Tasmana (najdluzszy w NZ) skurczyl sie w ciagu ostatnich lat az o 5 km. Zachodzimy tez do Niebieskich Jezior (Blue Lakes) znajdujacych sie w poblizu, ale kolor ich jest bardziej zielony lub nawet szarawy. Wedrowki po Tasman Valley sa bardzo popularne wsrod turystow i dosyc latwo dostepne (8 km od wioski).


Na nocleg musimy wrocic sie az 24 km do kompleksu Glentanner Park- lozka w dormie 10 os po 25 NZD. Lozka (pietrowe, skrzypiace) maja tylko przescieradla i poduszki a nie ma sie czym przykryc Jesli ktos nie ma spiwora to musi doplacic 8 NZD za koldre. Rowniez kuchnia jest tu nieco inaczej zorganizowana niz w poprzednich osrodkach. Naczynia, garnki itd. pozamykane sa w szafach i jesli chce sie je uzywac trzeba zaplacic 10 $ po czym po oddaniu kluczyka od szafy w ktorej znajduje sie sprzet kuchenny dostaje sie 5 $ zwrotu. Glownymi goscmi tego osrodka sa ludzie z przyczepami i namiotami majacy caly swoj sprzet.

Glenntaner Park polozony jest na polnocnym brzegu jeziora Pukaki i wieczorem, gdy zachodzi slonce mamy fantastyczny widok na gory. Mozna tu rowniez wykupic przelot nad lodowcem ale cena jest niesamowita – 450 $ za 40 minut lotu helikopterem.

Probuje posiedziec wieczorem w stolowce i troche uporzadkowac zdjecia i popisac relacje ale gniazdka z pradem sa tak umiejscowione, ze nie bardzo jest sie gdzie podlaczyc. Jest ich bardzo malo a stoly sa z dala od nich. W wielu miejscach mam spore z tym klopoty a nie umiem pisac na ziemi ani z komputerem na kolanach.

Wtorek, 23.02.2010
Grupa mlodych turystow z Izraela zrobila pobudke juz o 4ej nad ranem wiec o spaniu nie bylo mowy. Do tego zupelnie nie bylo czym oddychac bo pokoj nie posiadal okna.
Po sniadaniu wracmy do wioski Mt. Cook pod hotel YHO aby skorzystac z internetu. Agnieszka ma swoja siec a ja wykupuje (1h – 5 $) a potem juz kierujemy sie do doliny Hooker. Chcemy przejsc do czola lodowca Hooker a trasa prowadzi przez 2 wiszace mosty wzdluz strumienia Stocking
wsrod bujnej zieleni. Slonce grzeje mocno a wiatr jest niesamowity i jak sie potem okazalo osiagal predkosc 60 km/h. W niektorych momentach myslalam, ze nas doslownie zwieje.

Po poludniu, po rozlokowaniu sie w hotelu YHO (32$/os) ide do visitors centre w ktorym mozna poogladac krotkie filmy o hostorii zdobywania szczytu Mt. Cook, ratowania ludzi, flory i fauny itd. Mnostwo tu starych eksponatow i czuje sie jak w muzeum. Sa zdjecia z wypraw, zapiski a nawet stare aparaty fotograficzne i kamery uzywane w czasie dawnych wypraw. Mozna by tu spedzic pol dnia.
Jak zawsze sa i pamiatki i mnostwo prospektow.

To tu E.Hillary trenowal wspinaczke przed zdobyciem Mt. Everestu. Kawalek dalej znajduje sie najbardziej znany w NZ hotel „Hermitage” w ktorym urzadzono centrum tego slynnego alpinisty, planetarium i teatr trojwymiarowy. Stad roztacza sie wspanialy widok na Mt Cook, gore ktora pochlonela dotad okolo 200 istnien ludzkich, bo mimo iz nie jest wysoka uchodzi za jedna z trudniejszych.

W hostelu jest mnostwo turystwo i duzo jest Taiwanczykow, Chinczykow i turystow z HK. W kuchni niesamowity ruch bo kazdy szykuje sobie kolacje (kuchnia swietnie wyposazona), ale jest tu sporo pomieszczen wiec latwo znajduje jakis wolny kat dla siebie. Dzisiaj mamy luksus bo w naszym pokoju jest nas tylko 4 osoby.

Sroda, 24.02.2010
Kolejny nasz cel to Arthur’s Pass – przelecz polozona na wys. 924 m przy drodze laczaca Greymouth z Christchurch na polnocy Alp Poludniowych. Do przejechana mamy znowu spory kawalek, az 420 km i droga tez czesciowo bedzie prowadzila przez tereny gorskie.

Wyjezdamy dopiero po 9ej i znowu mamy sliczna pogode. Poczatkowo jedziemy wzdluz jeziora Pukaki (to droga ktora prowadzi do Mt. Cook Village i spowrotem, 47 km) a potem zaczyna sie kraina Mackenzie z jeziorem Tekapo z niesamowicie turkusowa woda a nad jego brzegiem wybudowano kamienny kosciol „Dobrego Pasterza” (miejsce popularne do zawierania slubow) oraz pomnik ku czci psa lessi, rasy psa tak bardzo tu popularnej i majacej duzy wlyw na rozwoj tej krainy.

W malenkim Darfield przy okazji tankowania samochodu (benzyna jest po 1.10 i 1.17 NZD za 1 litr) trafiam wreszcie na fryzjerke, ktora obcina mnie za jedyne 10$. Zaklad wyglada jak 50 lat temu i znajduje sie na tylach stacji benzynowej. Najtansze sciecie wlosow tu to 20 $ ale ja bez mycia i ukladania a poza tym mam ich tak malo, ze udaje mi sie uzyskac znizke. Ciagle nie moge sie przyzwyczaic do tych cen.

Przejezdzamy przez szeroka doline Waimakairi ale tu pogoda zaczyna sie juz zmieniac a kiedy docieramy na miejsce dopada nas deszcz.
Wies polozona jest na wysokosci 924 m i jest najwyzej polozona miejscowoscia w NZ. Zatrzymujemy sie w Mountain House YHO Backpackers Cottage (27$/os) w dormie 5 os. Jest tu tylko kilka osob i 3 Japonki, ktore sprzataja w zamian za zakwaterowanie (woofing). Jest zimno i wieje wiatr, ale mamy kominek w ktorym palimy, wiec mozna sie ogrzac i posiedziec w cieple i zagrac w karty.

Sama wioska jest bardzo mala i niewiele jest tu budynkow, ale tu zatrzymuje sie tez pociag relacji Christchurch – Greymouth (i odwrotnie).
www.republika.pl/maniecka
blogi: www.transazja.pl

pozdrawiam
Małgosia
Maniecka Malgorzata
 
Posty: 1007
Dołączył(a): Wt wrz 02, 2003 9:42 pm
Lokalizacja: Warszawa/Chiny (Hengyang City)

Re: AUTOSTOPEM PO ANTYPODACH

Postprzez Maniecka Malgorzata » Śr mar 03, 2010 4:27 am

Czwartek, 25.02.2010
Ranek zapowiada sie sloneczny lecz kiedy jestesmy gotowe do opuszczenia schroniska znowu zaczyna padac. A na dodatek wieje dosyc silny wiatr i nie ma mowy o zadnym pojsciu w gory nawet na krotko. Podjezdzamy 4 km w gore na wlasciwa przelecz Arthur’s Pass skad mamy interesujace widoki (i tak niezle jak przy takiej pogodzie) zarowno na zachodnia jak i wschodnia strone gor. Juz w zamierzchlych czasach Maorysi przechodzili ta przelecza z zachodniego na wschodnie wybrzeze w poszukiwaniu zielonego kamienia.

Zjezdzamy kilka km na strone zachodnia po licznych zakretach (Otira Gorge Road) i po nowym wiadukcie az do wsi Otira. Jadac spowrotem da sie dopiero zauwazyc jak kreta i stroma jest droga. Tuz na poczatku wiaduktu, wybudowanego dopiero 2 lata temu jest zakret smierci i punkt widokowy. Tu udaje nam sie spotkac tez tu kilka ptakow kea.

Wracamy zmarzniete do schroniska by jeszcze rozgrzac sie goraca herbata i postanawiamy wracac w dol w kierunku wschodnim. W niektorych miejscach jedziemy wzdluz torow slynnej koleii trans- alpejskiej Christchurch – Greymouth i troche mi zal, ze nia nie pojechalam ale teraz juz wlasciwie nie mam czasu no i nie mam gwarantowanej 100% pogody. A jechac nia w deszczu i mgle to zadna przyjemnosc. Mam okazje zobaczenia czesc tej trasy zza okien samochodu i to musi mi wystarczyc.

Gdy tylko dojezdzamy do Porters Pass i dolinyWaimakairi od razu zmienia sie pogoda i wszystko wyglada juz zupelnie inaczej. Przed nami pastwiska a trawa mieni sie trzema kolorami, pelno na niej bialych kropek - to tak z daleka wygladaja owce.

Po przejechaniu ok 120 km w wiosce Waddington nastepuje moment rozstania . Ja zmierzam na poludniowy wschod do Timaru (mam tam nocleg u faceta z CS) a Agnieszka do Christchurch bowiem juz w sobote opuszcza NZ. Jestem jej wdzieczna za te pare dni, ktore moglam spedzic razem z nia, bo na pewno zobaczylam duzo wiecej. A poza tym moglam pobyc z Rodaczka kilka milych chwil.

Jade nadal trasa widokowa nr 72 ale ruchu nie ma tu zbyt duzego i po drodze mam same male miesciny albo nawet i wsie. Po 15 minutach zatrzymuje sie stary samochod a w nim 2 bardzo sedziwych panow i nawet mam obiekcje co do sprawnosci kierowania pojazdem jednego z nich. Nie jedziemy jednak daleko bo tylko do Glentunnel i trafia mi sie goracy pie, chyba najlepszy pie (paj) jaki do tej pory tu jadlam. Jest to rodzaj zapiekanki w ksztalcie babeczki z nadzieniem, tym razem warzywny i jeszcze goracy.

Pies (paje) sprzedaje sie wszedzie i rozne sa ich nadzienia: miesne, warzywne, ziemniaczane i z grzybami. Mozna je dostac w malym sklepie spozywczym na wsi, w bistrze, kawiarni i restauracji a cena ich waha sie od 2 – 5 NZD. Zawsze podaje sie je cieple.

W Glentunnel stoje kolo szkoly i sklepu czyli w samym sercu miejscowosci. Nie dzieje sie tu absolutnie nic. Czasem podjedzie ktos pod sklep i pod pompe z benzyna. Ktos cos kupi w sklepie. Pogoda jest nadal swietna a ja smaze sie w sloncu. Po pol godzinie zatrzymuje sie miejscowy facet i zabiera mnie 40 km w okolice Mt.Hutt. Pomaga rozwijac i komputeryzowac gospodarstwa rolne.

Przecinamy wawoz Rakaia, ktory juz widzialam jadac w druga strone ale teraz jest jeszcze piekniejszy. W tej wlasnie okolicy jest sporo terenow narciarskich. Facet wysadza mnie na zupelnym pustkowiu przy malej krzyzowce ale po chwili (moze po 15 min) juz zatrzymuje sie nastepny a kiedy juz sie dobrze usadowilam to okazuje sie, ze on pomylil droge (zreszta sama mu to uswiadomilam i po co?) i musi zawrocic. A ja zostaje na drodze przy ktorej sa tylko pastwiska z baranami i huczy tak straszny wiatr, ze chce mi urwac glowe.

Tu stoje ponad godzine, juz zastanawiam sie czy aby nie wrocic do Mt. Hutt bo na prawde malo aut przejezdza i nikt nie ma ochoty sie zatrzymac. Jak zawsze w drugim kierunku jedzie wiecej samochodow.

Spostrzegam auto, ktore po przejechaniu obok mnie zawraca i zatrzymuja sie by mnie zabrac. To juz nie pierwszy raz zdarza mi sie taka sytuacja. Okazuje sie, ze za kolkiem jest Amerykanin a jego dziewczyna to Rosjanka. On tez mowi po rosyjsku. Wprawdzie nie jada daleko bo tylko 5 km ale wioza mnie do lepszego miejsca, do krzyzowki skad ich zdaniem bede miala od razu transport. On dostal tu prace jako pilot helikopterow no a ona mu towarzyszy. Oboje popijaja sobie piwo. Wielu kierowcow pije piwo w czasie prowadzenia samochodu i nikomu to nie przeszkadza.

Gdy wysiadam dostaje w prezencie duza puszke piwa i jestem mile zaskoczona takim gestem. Na skrzyzowaniu przy ktorym wysiadam od razu zatrzymuje sie nadjezdzajace auto i zabiera mnie do Mt. Somers (20 km). Tym razem jest to ksiadz i budowlaniec w jednej osobie. W niedziele odprawia msze a w tygodniu zajmuje sie budowaniem domow.

Od niego dowiaduje sie, ze mnostwo kosciolow sie zamyka i sprzedaje w prywatne rece bo jest coraz mniej wiernych a ludzie urzadzaja sobie w nich normalne domy. I wlasnie kiedy wysiadam w Mt. Somers na krzyzowce mam okazje zobaczyc taki dom – kosciol. Po prostu kosciol bez krzyza.

Ksiadz na koniec daje mi caly worek z walowka tlumaczac, ze nie zdazyl zjesc zabranego lunchu a jest juz przeciez w domu no a mnie sie przyda. No i faktycznie sie przydalo, bo przyszlo mi stac 1.5h i sklonna juz bylam szukac tu noclegu. Nie mialam ze soba jedzenia i bylam glodna. Zjadlam wiec kanapki i ciasto od ksiedza popijajc piwo od Amerykanina a po pwenym czasie z budynku obok przyszedl ktos z herbata i zaoferowal, ze odwiezie mnie na pobliski camping. Zaczl mzyc deszcz i niebo zaciagnelo sie chmurami. Wygladalo na to, ze bedzie potezna burza.

Na moje szczescie po 7ej zatrzymal sie kierowca, sympatyczny gosc majacy juz w srodku autostopowicza z Chile. Bylam zmarznieta i zmeczona i pol drogi przespalam. W strugach deszczu dojechalismy do Timaru a moj kierowca skontaktowal sie z Andy’m (moim gospodarzem) i podwiozl mnie pod sam jego dom.

Andy od razu zaprowadzil mnie do przeznaczonego dla mnie duzego pokoju w swoim domu. Zrobil mi goracej herbaty i poopowiadal mi o swojej podrozy po Europie. Byl nawet i w Czechach. Kazdy Nowozelandczyk, ktory odbyl podroz do Europy jest z tego bardzo dumny i prawie kazdy chcialby pojechac na inny kontynent. Tu w NZ mozna rzeczywiscie poczuc sie jak na koncu swiata.

Piatek, 26.02 2010
Andy pracuje w stoczni i to na czarno, ale tylko chwilowo. Pracuje przy rozladowywaniu statkow. Jak mi mowil wieczorem nie ma zamiaru placic podatkow. Chce znalezc prace, ale w chwili obecnej wcale nie jest o nia teraz latwo. Niedawno splacil caly dom i jest bardzo szczesliwy bo moze sobie spokojnie zyc bez dlugow.

Do pracy idzie dopiero na 10 ta a ja ruszam dalej w droge na poludnie do Waimate ale chce jeszcze zwiedzic sobie to jego miasto, zatem zabieram sie z nim do centrum i do portu. Timaru nie jest duze i centrum mozna obejsc na piechote. Jak na taka mala miejscowosc zakakujaco duzo jest tu kosciolow a najwiekszy z nich to bazylika katolicka stojaca przy przelotowej ulicy.

W centrum miesci sie tez biblioteka w ktorj moge skorzystac z darmowego internetu (pol godziny a z wlasnym komputerem bez ograniczen). Znajduje tez fajna japonska knajpke przy glownej ulicy i zjadam pyszne sushi na obiad (7.80 $).

Po kilku godzinach wracam na posesje Andy’ego bowiem w jego garazu zostawilam sobie plecak a jego dom znajduje sie na poludniu miasta juz przy trasie wylotowej. Po drodze przechodze jeszcze kolo ogrodu botanicznego.

Moim kolejnym celem jest Waimate, mala miescina oddalona tylko o 46 km od Timaru ale w sumie trace az 2 godziny nim dostaje sie na miejsce.
Probuje lapac samochody w trzech miejscach, bo wydaje mi sie, ze zle wybieram postoje do zatrzymywania aut. Ide ok. 3 km wzdluz szosy ale nie sie nie zatrzymuje i wkurzona wstepuje na kawe na pobliska stacje benzynowa. A kiedy ja opuszczam jaks kobieta sama mi proponuje podwiezienie do rogalezienia gdzie moja droga odchodzi od glownej szosy w glab ladu. Tu nie czekam nawet 10 minut. Grupka mlodych ludzi z Waimate, ktora juz przejechala kolo mnie zdecydowala sie zawrocic by mnie zabrac Sa bardzo weseli bo chyba popili sobie troche piwa. Skarza sie na straszna nude jaka panuje w ich miasteczku. Wcale sie nie dziwie skoro mieszaka tam tylko ok. 4000 ludzi.

W Waimate wszyscy sie dobrze znaja i na poczcie dowiaduje sie, gdzie moge znalezc moja znajoma z CS. Okazuje sie, ze nie ma tu budki telefonicznej na monety a ja nie mam karty telefo nicznej. Kate pracuje na basenie totez kieruje sie w jego strone. Na miejscu okazuje sie, ze niedawno wyszla ale jej zmienniczka dzwoni po nia i Kate zaraz sie zjawia. Jest niesamowicie kontaktowa osoba i mam wrazenie jakbysmy sie swietnie znaly.

Waimate lezy na skraju Hunters Mt. i ma dosyc ciekawa okolice. Sporo osob jezdzi na polowania wlasnie w pobliskie gory a ktos wpadl na pomysl by zalozyc maly ogrod wallaby, ktorych jest juz 40 sztuk.

Kate mieszka sama w duzym i zagraconym domu i ima sie roznych dorywczych prac oprocz sezonowej pracy na basenie. Kiedys miala maly lokal „Fish and Chips” ale biznes nie prosperowal za dobrze, wiec go odsprzedala. Teraz najczesciej pracuje w ogrodach badz pilnuje dzieci. Jej corka wyprowadzila sie do Wielkiej Brytanii i niedawno ja nawet odwiedzila. Po powrocie z Europy zaczela zapraszac do siebie turystow wlasnie poprzez CS.

Wieczorem Kate zobowiazala sie pilnowac 2 chlopcow kolezanki (sa autystyczni, 15 i 17 lat) i musi tez im cos ugotowac dlatego jade z nia do kolejnego juz domu w tym kraju. Chce byc razem z nia a poza tym oferuje sie, ze zrobie im goraca kolacje. Akurat jest mielone mieso i rozne warzywa wiec robie kotlety mielone, cukinie z pomidorami i czosnkiem, surowke z marchewki i jablek, zielona fasolke polana bulka z maslem i ryz.
Wszystkie warzywa pochodza z ogrodu matki chlopcow. Kolacja bardzo wszystkim smakuje i jest tego tyle, ze zostaje jeszcze na nastepny dzien. Tu na co dzien jada sie fast foody i nikt nie bawi sie w takie gotowanie. A ja bardzo lubie gotowac i moge sie tu na prawde wyzyc.

A poznym wieczorem, gdy chlopcy ida spac Kate zabiera mnie do najwiekszego pubu w miasteczku bedacego wlasnoscia jej brata. Pub miesci sie w jednym z najstarszych tu budynkow i jest tu tez hotel. Tu gramy w bilarda i pijemy piwo. Oprocz nas sa sami meszczyzni, najwidoczniej kobiety wola inaczej spedzac czas.
www.republika.pl/maniecka
blogi: www.transazja.pl

pozdrawiam
Małgosia
Maniecka Malgorzata
 
Posty: 1007
Dołączył(a): Wt wrz 02, 2003 9:42 pm
Lokalizacja: Warszawa/Chiny (Hengyang City)

Re: AUTOSTOPEM PO ANTYPODACH

Postprzez Maniecka Malgorzata » Pn mar 08, 2010 1:20 am

Sobota, 27.02.2010
Juz od dluzszego czasu nie wstaje wczesnie rano i budze sie stosunkowo pozno a to za sprawa ksiazek, ktore dostalam w New Plymuth od ................. i tak sa ciekawe, ze wieczorami nie moge sie od nich oderwac. A co za tym idzie caigle nie mam czasu na pisanie relacji a jak juz u kogos jestem (CS) to juz w ogole i zaleglosci zrobily mi sie straszne.

Kate przyjezdza po mnie kolo 10ej i jedziemy na pobliskie pole golfowe, gdzie ona uczestniczy w darmowym kursie zorganizowanym przez tutejszy klub. Kurs trwa 6 tygodni i zajecia odbywaja sie po 1h zawsze w soboty. Bardzo duzo kobiet bierze w nim udzial, ale ile potem faktycznie zapisze sie do klubu to sie dopiero okaze. Kate nie ma wcale takiego zamiaru a na razie ma rozrywke no i czegos sie nauczy.

Klub polozony jest za miastem i stad jest widok na okoliczne gory. Szczegolnie piekne sa stare drzewa na placu golfowym i nawet jest tu troche ptactwa.

Po kursie wstepujemy na pyszna kawe w miasteczku spotykajac 2 znajome Kate a potem zabieramy chlopcow (tych ktorych Kate pilnuje przez caly weekend) i jedziemy na farme wallaby. Farma jest w rekach prywatntch i wstep kosztuje 10$. Zwierzeta umieszczone sa na wybiegach po ktorych przybysze moga sie swobodnie poruszac i kazdy dostaje woreczek z sucha karma. Wallabys (nie wszystkie) jedza z reki, mozna je poglaskac a jedna sierotke 7 miesieczna wziasc nawet na rece.

Na farmie jest tez troche ptactwa, maly konik (biedak jest sparalizowany) i male muzeum oraz gadajaca papuga. Jest to urocze miejsce nie tylko dla dzieci, ja moglabym tam siedziec caly dzien a chlopcy tez byli zachwyceni. Dla nich to bylo niezle przezycie.

Lunch tym razem jest troche pozniej i jemy go w domu mamy Kate. Mam Kate ma juz 87 lat a jeszcze prowadzi samochod i robi wszystko sama kolo siebie. Zabieramy kolacje z wczoraj a ona gotuje ziemniaki i szykuje dodatkowa jarzyne a takze deser. Na co dzien jada sie tu lody ze smietana i puddingiem i ciasto z maslem dlatego tez wiekszosc ludzi ma nadwage.

Po obiedzie musze znowu ruszac w dalsza droge: zostal mi juz tylko tydzien a mam w planie jeszcze Dunedin, Oamaru, Kaikoura i Chistchurch. Wiadomo, ze bez samochodu poruszanie sie nie jest takie szybkie.

Kate zawozi mnie jeszcze nad morze by pokazac mi dzika i niebezpieczna plaze a potem juz wysiadam przy glownej trasie prowadzacej do Dunedin.Wizyta u Kate byla krotka, ale chyba najmilej ja bede wspominala i zaluje (ona zreszta tez), ze nie moglam zostac choc jeszcze jednego dnia dluzej.

I znowu czekam godzine, tyle samochodow przejezdza a ja nadal nie moge zrozumiec dlaczego nikt sie nie zatrzymuje. Czyzbym wygladala niebezpiecznie.? Wreszcie po dobrej godzinie zatrzymuje sie nowe auto i zabiera mnie az do celu czyli do Dunedin (ok. 170 km), czyli stanie sie oplacilo bo mam od razu caly przewoz. Jest tak mila, ze nawet po drodze zatrzymuje sie przy slynnych kulach (Moeraki Boulders). Sa to pozostalosci po wulkanie i wygladaja jak wielkie strusie jaja lub moze wielkie pilki lezace na plazy.

Do celu dojezdzamy dopiero kolo 20ej i ja wysiadam kolo dworca kolejowego. Nie ma tu automatu telefonicznego na monety, musze podejsc kawalek do centrum i dopiero tu udaje mi skontaktowc sie z kolejna osoba z CS, z Phil’em.

Phil przybiega po mnie po kilku minutach bowiem mieszka bardzo blisko centrum. Jest Anglikiem i przebywa od niedawna w NZ a wraz z nim jest jego przyjaciolka Asia, ktora robi doktorat tu na uniwersytetcie . Asia na moja czesc zrobila ruskie pierogi i ze smietana smakuja wysmienicie, nie pamietam juz kiedy jadlam tak pyszne pierogi.

Dunedin to miasto uniwersyteckie i tu znajduje sie najstarszy w NZ uniwersytet. Sciaga tu mlodziez z calego kraju i nie tylko. Miasto tetni zyciem bo wlasnie jutro zaczyna sie nowy rok akademicki.

Niedziela, 28.02.2010
Dzisiejsza pogoda jest beznadziejna, caly czas zanosi sie na deszcz, ale postanowilam zwiedzic miasto i udac sie na polwysep Otago, bowiem jutro znowu jade dalej. I tak wiekszosc dni w czasie mojego pobytu w tym kraju byla bardzo sloneczna, narzekac nie moge.

Centrum jest male, kompaktowe i mozna go zwiedzic raz dwa. Pelne jest kosciolow i starych budynkow a w centrum mnostwo jest barow japonskich i chinskich bo sporo tu tez Azjatow.
Miasto polozone jest na wzgorzach a najwieksza jego atrakcje stanowi polwysep Otago zapewniajacy mnostwo rozrywek outdoorowych.

Dworzec kolejowy ma juz ponad 100 lat i widoczny jest z kazdego punktu miasta. Gdy zwiedzam muzeum Otago i muzeum Osiedlencow (Settlers) to znowu nie moge wyjsc z podziwu jak swietnie przygotowano wystawy i gdybym tylko miala wiecej czasu to pewnie siedzialabym kilka godzin w kazdym (wstep wolny). Okolice muzeum Otago to rowniez okolice uniwersytetu i tu zamieszkuja tez studenci, co niektorzy. Widzialam domy wynajmowane studentom. To istne rudery, zapuszczone i zdewastowane przez nich a na ulicach walaly sie sterty smieci. Kiedy tak na to patrzylam to az nie moglam uwiezryc, ze jestem w NZ. To pierwszy taki obrazek w tym kraju. Wynajecie malego mieszkania w domku np. 2 pokoje z kuchnia i lazienka kosztuje tu 200 NZD tygodniowo.

Po poludniu udaje mi sie stopem dostac na polwysep Otago (26 km), najpierw do malowniczej wioski Porto Bello, gdzie robie mala przerwe i dalej tez bez trudu do konca polwyspu az do centrum albatrosow co wlasciwie bylo moim celem. Na polwyspie znajduje sie mnostwo malych miejscowosci ale im blizej cyple tym jest ich mniej. Tak wiec polwysep jest dosyc zagospodarowany i tez mnostwo tu pastwisk.

Centrum (jak zwykle) jest bardzo ciekawe i pelne informacji o tych ptakach, ale by dotrzec z bliska do ptakow trzeba zaplacic 20$ za pol godziny. Widze, ze wiekszosc ludzi nie kwapi sie do wydania 20 dolcow, stoja za siatka i obserwuja ptaki w locie. Ja robie to samo a najlepsze zdjecie to wypchany ptak w centrum albatrosow. Pogoda ni w zab sie nie poprawia. Zjezdzam kawalek w dol (oczywiscie stopem i tez z Niemcami) by dostac sie do centrum pingwinow. I tu okazuje sie, ze to wcale nie malo kosztuje.

Wycieczka malym busem na druga strone polwyspu (lacznie 1.5h) kosztuje 40$, rezygnuje. Widzialam juz pingwiny w zatoce Curie i bede jeszcze miala je w Oamaru. 40 $ dolarow to lekka przesada.

Stad tez bez problemow zatrzymuje samochod, turystow z Niemiec ktorzy sa dopiero drugi dzien w NZ i maja niezle klopoty z ruchem lewostronnym. Podwoza mnie na przedmiescia a ja juz na piechote dochodze sobie do centrum.

Wieczor spedzam z moimi gospodarzami, sa zajeci i szkoda, ze znowu nie mam czasu bo mozna by sie gdzies razem wybrac.Ale pewnie gdybym tu byla 3 miesiace tez by mi nie starczylo na wszystko czasu. Zawsze tego czasu jest za malo.

Poniedzialek, 1.03.2010
Opuszczam Dunedin przy brzydkiej pogodzie, w nocy chyba padalo ale za to przy wjezdzie widzialam miasto w promieniach slonca. Stad nie jest tak latwo wydostac sie z miasta i dlatego tez jade autobusem z centrum (2.50$) do Pine Hill, ktore znajduje sie juz kawalek za centrum, wlasciwie na wylocie z miasta. Moj bagaz wprawdzie zmienjszyl sie troche (po drodze zostawiam niepotrzebne ciuchy a moim gospodarzom dalam w prezencie LP „NZ”) ale dalej mam co dzwigac a szczegolnie ten moj komputer. Mialam pozbyc sie spiwora, ale juz niejednokrotnie mi sie przydal a wazy tylko 650 g.

Wyslanie paczki do kraju jest bardzo drogie i nawet tzw. paczka economy kosztuje za 2 kg – 52$ a za 3 kg – 70.38 $. Absolutnie nie oplaca sie nic stad wysylac. Pocztowki kosztuja srednia 1 dolara a zanczek 1.80$. Wybor jest niesamowity tylko kto zagwarantuje ze w naszym kraju ktos na poczcie nie rabnie.

Tym razem juz po 10 minutach siedze w samochodzie pana, ktory jedzie do Waimate do starego kosciola a jest konserwatorem zabytkow. Od razu pomyslalam o Kate, a jakbym tam pojechala, pewnie by sie ucieszyla. No ale patrzac na kalendarz to na prawde juz nie mam czasu. Jaka szkoda. Kierowca znowu mi opowiada o kosciolach i o tym o czym juz wiem, ze sie je przeksztalca na prywatne domy. Dowiaduje sie rowniez, ze panstwowa sluzba zdrowia jest do niczego i gdy sie chce cos zalatwic: badania, szpital to czeka sie tak jak w PL a gdy sie zaplaci ma sie usluge juz na drugi dzien. A wiec nie jest to raj.

Po drodze zatrzymujemy sie by kupic najlepszy w okolicy pie i znowu dostaje pyszny kawalek na lunch. Ludzie niektorzy tu na prawde sa bardzo serdeczni.

Kiedy wysiadam w Oamaru pogoda poprawia sie i robi sie przepieknie. W visitors centre zostawiam sobie bagaz (b.mila obsluga) i ide na zwiedzanie miasta. Jest to jedyne miasto w stylu wiktorianskim w NZ i na prawde jest pelne pieknych, starych budowli. Mieszka tu ponad 50 artystow majacych swoje roznorakie pracownie i jest chyba az 17 hoteli z czasow gdy Oamaru tetnilo zyciem gdy zawijalo tu mnostwo statkow.

Tu mozna zobaczyc najmienjsze pingwiny swiata w ich naturalnym srodowisku, a osrodek zanjduje sie w porcie juz na samym koncu cypla. Sa 2 mozliwosci ogladania tych stworzen; w dzien za 10 $ lub wieczorem gdy wracaja z morza za 22$. Wybieram pierwsza opcje jako ze nie chce czekac az do wieczora. Oczywiscie znowu jest cale centrum w ktorym mozna dowiedziec sie wszystkiego o tych stworzeniach a na jego tylach sa gniazda. W niewielu z nich siedza pingwiny i mozna zobaczyc tylko ich glowy, wychodza dopiero noca. Jest tez specjalny podglad do kilku gniazd.

Ide jeszcze kawalek brzegiem wzdluz klifow bo mam nadzieje spotkac foki. Niestety brzeg jest coraz wezszy az zupenie sie konczy a fok nie ma wcale. Wracam okazja do centrum, jestem zmeczona i spiesze sie jeszcze do biblioteki by skorzystac z internetu. Na ogol biblioteki zamykaja o 17.30. W Oamaru biblioteka jest w samym centrum, zabieram wiec duzy plecak z inf. turystycznej i kieuje sie do biblioteki a po jej zamknieciu na kolacje do „Chinczyka” Potrawy chinskie tu nijak sie nie maja do prawdziwej chinskiej kuchni a wiekszosc dan smazona jest na glebokim tluszczu a nie na woku.

Kolo 18ej jestem na drodze. Tak pozno nie bylam jeszcze nigdy w trasie ale mam nadzieje, ze bedzie dobrze. I jest, bo juz po chwili zatrzymuje sie facet jadacy az do Ashburton (170). Jest kierowca ciezarowek i opowiada mi o swojej pracy. Wraca od swojej corki z poludnia wyspy i jest niesamowicie dumny bowiem zostanie dziadkiem.

Chcialam noca jechac az do Kaikoury (na polnoc od Christchurch) ale on mi to wybija z glowy, wiec zatrzymuje sie na nocleg kolo Ashburton. Szukamy noclegu w miescie, nie udaje sie nic znalezc taniego. Kierowca jest tak uprzejmy ze wiezie mnie spowrotem na poludnie az do Tinwald Domain do Ashburton Holiday Park gdzie nocuje za 13$ w sali 8 os. Jest to rodzaj campingu a dodatkowo maly budynek z 2 salami jest przeznaczony dla takich turystow jak ja, ale w chwili obecnej jestem tu zupelnie sama. Lazienki sa na zewnatrz, jest rownierz i internet.

Moge tu w spokoju i ciszy troche popisac, choc wieczorami najczesciej chce mi sie spac. Wiekszosc gosci idzie juz o 22ej spac. Tu spotykam kilka autobusow urzadzonych jak przyczepy campingowe i dowiaduje sie, ze niektorzy ludzie bedacy juz na emeryturze wcale nie maja domow. Kupuja taki autobus i zyja sobie w nim podrozujac po calym kraju. Przed niektorymi autami widzialam nawet kolorowe krasnale, takie jak u naszych sasiadow zza Odry. Tu mam najpiekniejszy zachod slonca. Cale niebo jest jakby w plomieniach, jeszcze czegos takiego nie widzialam. Usypiam grubo po polnocy oczywiscie z ksiazka.

Wtorek, 2.03.2010
Budzi mnie piekny poranek i juz po 8ej jestem w trasie. Musze najpierw przedostac sie na druga strone Ashburton, na polnoc. Podwozi mnie sympatyczny kierowca malej ciezarowki jadacy z towarem akurat w tamtym kierunku. Nawet nie mam czasu sie dobrze rozejrzec a juz zatrzymuje sie mloda dziewczyna sportowym autem. Okazuje sie, ze jedzie az do Christchurch. Wiec dla mnie w sam raz. Ma dopiero 19 lat a juz jest na ostatnim roku studiow (zaczela szkole w wieku 3 lat w Anglii), studiuje spiew i chce wyjechac do Europy by tam dostac prace. Jedzie jak szlona i ciagle wyprzedza a jesli nie moze to wisi na ogonie aut, ktore jada przed nia.

Spieszy sie bo zarwala zajecia i jest juz spozniona, ale w poniedzialek tez nie poszla do szkoly a wszystko przez swojego chlopaka. Wysiadam na przedmiesciach Christchurch, na stacji benzynowej i tu jem lunch – pie i kawa. Stad podwozi mnie starsza pani do nastepnej krzyzowki skad musze przejsc 2 km az za wielkie centrum handlowe. Ciezko tu o jakies miejscie do zaparkowania ale w zatoczce dla autobusow zatrzymuje sie sympatyczny pan i wiezie mnie az 20 km przez liczne rozjazdydo Belfast. Tu dopiero jest konciec miasta i zaczyna sie wlasciwa autostrada. Mimo duzego ruchu stoje godzine i nic sie nie dzieje a slonce mocno mi przygrzewa.

W koncu zmieniam miejsce, cofam sie kawalek w glab ulicy, gdzie jest sporo miejsca do zaparkowania i od razu lapie okazje – 2 panie zdazajace do Amberley (40 km). Obie przybyly z Europy ponad 20 lat temu, jedna z Anglii a druga z Holandii i zalozyly tu rodziny. Pracuja w bibliotece i wlasnie wracaja z jakiegos szkolenia w Ch. Nawet zapraszja mnie do swojej biblioteki ale ja mam jeszcze spory kawalek drogi przed soba a jest juz pozno.

Kolejny kierowca podwozi mnie tylko 10 km do rozjazdu; tu rozchodza sie drogi, jedna w glab ladu a druga na polnac wzdluz wybrzeza. To wlasnie ta ostatnia jest moja trasa. I wcale nie jedzie nia duzo pojazdow. Wiekszosc skreca na zachod. Po 20 min. zatrzymuje sie wreszcie pojazd, ktory zabiera mnie do Cheviot (55 km).Kierowca jest rolnikiem, ma 4 dzieci a zona pracuje w miejscowej szkole podstawowej. Ponadto bada owce czy „zaciazyly” i sam tez ma 500 owiec na farmie. Opowiada mi o swojej pracy.

Jedziemy przez ciekawe tereny, pelne wawazow jednak wcle nie mam okazji do wyjecia aparatu. Samo Cheviot to straszna dziura i w szkole jest tylko 160 dzieci ale basen maja. To jest porzadek. Wszystkie dzieci zaczynaja nauke w NZ w wieku 5 lat w dniu swoich urodzin. W klasach wiec jest niezly bigos. Nie wiem jak nauczyciele sobie radza, moze jest ich w klasie wiecej.

Z Cheviot juz po chwili zabiera mnie wielka ciezarowka, volvo z przyczepa co bylo zawsze moim marzeniem. A kierowca, istna gadula opowiada mi o swojej pracy tu w NZ i w Australii gdzie spedzil 14 lat. Siedzac wysoko w kabinie ma sie zupenie inne widoki niz zza szyb malego pojazdu. Taka ciezarowka to prawdziwy krazownik szos. Inne pojazdy przy nim to jak male lupinki.

I tak po 16ej docieram wreszcie do celu. W sumie przejechalam 280 km a zajelo mi to ponad 7 godzin. Makabra. A do Kaikoura jechalam po to by zobaczyc wieloryby, foki i delfiny.
Tu mialam umowiony nocleg u goscia z CS ale po dwukrotnym telefonie do niego stracilam ochote na dalsze czekanie i dzwonienie i postanowilam pojsc do hostelu..

Nim znalazlam nocleg tez uplynelo troche czasu a lazenie z 2 plecakami w upale nie nalezy do przyjemnosci. W koncu wlasciciel hostelu „Lazy Shag” przyjezdza po mnie do innego hostelsu do ktorego zaszlam a nie bylo tam miejsc. Bardzo mnie to ucieszylo bo hostel znajduje sie z drugiej strony miejscowosci, na polnocy przy trasie wylotowej na polnoc.

W dormie 6 os z lazienka. place 23 $ za lozko. Jeszcze wieczorem wykupuje wycieczke statkiem na nastepny dzien na ogladanie wielorybow i delfinow (145$).
Robie maly spacer po miescie, biblioteka jest w okolicach visitors centrum ale tu internet jest platny: 6$/h i jak sie dowiaduje ze wzgl. na to, ze to taka malenka biblioteka. W hostelu mam za 4$ i moge uzywac wlasny komputer co oczywiscie jest mi bardziej na reke. A w
pokoju jestem dzis zupelnie , to sie nazywa luksus.

Sroda, 3.03.2010
Pobudka o 6ej bowiem zbiorka na stacji kolejowej przy ktorej znajduje sie centrum wielorybow jest o 7.15. Gdybym wiedziala, ze wyjazd nastapi dopiero o 8ej wcale bym sie tak nie spieszyla. Na stacji kolejowej miesci sie centrum wielorybow i tu dopiero placi sie za wycieczke a w czasie oczekiwania jest pokazywany film o wielorybach. Czesc turystow je sniadanie w kawiarence a niektorzy buszuja po pamiatkach. I to wlasnie jest celem spedu ludzi duzo wczesniej.

O 8ej nastepuje przejazd autobusem na druga strone polwyspu do malenkiego portu w ktorym zacumowane sa katamarany. Nowoczesne, zwrotne stateczki moga pomiescic ok. 50 osob. Od poczatku rejsu mamy wyklad na temat wielorybow i innych stworzen morskich zyjacych w tej okolicy. Pokazywane sa tez zdjecia na komputerze. Mimo mikrofonu glos zagluszany jest przez silnik i nie wszystko da sie dobrze uslyszec.

Po godzinie mozemy wyjsc na poklad i zobaczyc jednego wieloryba namierzonego echo sada. Nie robi on na mnie zbyt wielkiego wrazenia, chyba jestesmy troche daleko a slonce razi w oczy i nie bardzo moge go sobie dokladnie obejrzec. Mimo wszystko udaje mi sie zrobic kilka zdjec i nakrecic krotki film. Po 15 minutach przed zanurzeniem sie w wodzie, wieloryb pokazuje swoj ogon i niknie na 45 minut w glebinach morskich. Morze dochodzi tu do 1600 m.

Plyniemy tez blizej brzegu gdzie dokazuje cala chmara delfinow a jest ich ponoc ok. 300.
Widowisko jest niezle, zupelnie jak w cyrku. Plyna wzdluz lodzi, przed nia i skacza krecac w powietrzu piruety. Jest to na prawde cudowne przedstawienie i dla tych delfinow warto bylo tu przyjechac. A do tego jest przepiekna pogoda i mam cudowny widok na pobliskie gory i droge prowadzaca wdluz brzegu morza.

Po 2.5 h schodzimy na lad gdzie czeka autobus by odwiezc pasazerow do centrum wielorybow. Ja postanawiam pojsc na 1.5 godzinny trek brzegiem polwyspu az do Kaikoury , tej wlasciwej. W czasie wedrowki mozna zobaczyc mnostwo ptakow i foki wygrzewajacych sie w sloncu na skalach oraz podziwiac cudowne widoki.

Trek zajmuje mi duzo wiecej czasu niz jest to na planie, po pol godzinie schodze sciezka nad morze i wedruje kamienista plaza. I rzeczywiscie udaje mi sie spotkac kilka fok, natomiast juz na przyladku Kean jest ich calkiem sporo i mozna sie do nich zblizyc na odleglosc 1 metra. Wszystkie sa bardzo rozespane i nie reaguja na obecnosc ludzi a zreszta juz sa do nich zapewne przyzwyczajone. Na kazdym kroku sa tabliczki informacyjne o florze i faune tego obszaru. Do przyladka Kean mozna podjechac autem.

Do miasta wracam stopem bo jest jeszcze spory kawal od przyladka Kean. Dzis musze zrobic pranie i jakies zakupy w pobliskim supermarkecie. Wszystkie hoteliki maja pralki a koszt jednego prania wynosi przewaznie 4$. Pranie odbywa sie w zimnej wodzie (tak jak w Chinach). Suszarki kosztuja tyle samo, ale jesli tylko jest ladna pogoda i sa warunki to wieszam swoje rzeczy na sznurkach. W rekach tak jak w Azji nikt tu nie pierze a ponadto czesto nie byloby gdzie tego prania powiescic. A wieczor spedzam wraz z moimo wspollokatorami, tym razem pokoj jest pelen.

Czwartek, 4.03.2010
Dwojka Japonczykow z mojego pokoju robi pobodke juz o 5ej wiec sila rzeczy i ja sie budze i postanawiam wyruszyc wczesniej na trase. Dzis juz wracam do Christchurch by tam spedzic ostatnie dni, ktore pozostaly mi do opuszczenia NZ.

Musze wydostac sie z Kaikoury na trase wiec znowu czeka mnie mala wedrowka. Ale tym razem mam farta. Ida wzdluz jezdni staram sie zatrzymywac nieliczne o tej porze samochody i juz po 20 minutach od opuszczenia hotelu siedze w samochodzie kobiety, ktora zdaza do Christchurch (200 km). Ciesze sie niezmiernie, bo nie musze juz zmieniac aut i azoszczedzi mi to duzo czasu.

Kobieta jest nauczycielka i znowu opowiada mi o szkole i jej problemach (gdzie ich nie ma?).
W szkolach sa 4 semestry i po kazdym czyli po 10 tygodniach sa 2 tygodnie ferii a do tego dochodza ferie zimowe i wielkanocne po 2 tygodnie i wakacje 6 tygodni. Jest tu wiec tak na prawde przesadnie duzo wolnego, a malo nauki. A poziom tez jest duzo nizszy niz w PL.
W zw. z tym, ze dzieci zaczynaja roznie klase pierwsza (wedle dnia swych urodzin) sa 3 poziomy w klasie a po roku sa przesuwane do innych klas.

Juz po 2.5h jestem w Ch. I wysiadam blisko centrum. Moja znajoma (Ania) u ktorej mam sie zatrzymac pracuje tuz za Placem Katedralnym. Zostawiam u niej bagaz i ruszam na zwiedzanie centrum miasta. Cathedral Sq. to dusza i serce miasta, tu zatrzymuje sie zabytkowy tramwaj i autobusy zdazajace na lotnisko (7$). Niestety na srodku placu rozstawiono budy z przekaskami i pamiatkami i bardzo to psuje obraz tego pieknego zabytku.

Centrum Christchurch jest bardzo male i mozna go obejsc na piechote w kilka godzin. Wszystko jest takie bardzo angielskie: koscioly, szkoly, puby i stare budynki. Mnostwo jest barow z azjatycka kuchnia bo sporo tu jest Azjatow.

Rzeka Avon plynaca przez centrum miasta zacheca do spacerow wzdluz jej brzegow i odpoczynku w cieniu okolicznych drzew. Wzorem innych ludzi klade sie na trawie i ucinam sobie drzemke. Pogoda jest cudowna, a nawet jest goraca.

O 5ej spotykam sie z Ania i jedziemy do jej domu znajdujacego sie nie daleko od centrum. Ania jest czynna dzialaczka w tutejszym klubie polonijnym i opowiada mi o Polakach mieszkajacych w tym miescie i dzieciach przybylych do NZ w 1944 r czyli tzw. dzieciach z Pahiatua. Ogladam tez godzinny film – dokumentacje pokazujaca dokladna historie tych dzieci. Podobno w tym miescie mieszka 160 Polakow.

Piatek, 5.03.2010
W tym dniu zaplanowalam udac sie do Antarctica Centre, ktore miesci sie blisko lotniska. Razem z Ania jade do centrum i w visitor centre nabywam bilet wstepu - 55 $ (a dla studentow i ludzi pozwyzej 55 roku zycia bilet kosztuje 46$). W ramach biletu jest darmowy przewoz minibusem z placu Katedralnego i trwa on 20 minut a kierowca szczegolowo opowiada o mijanych zabytkach.

Przed wejsciem do centrum znajduja sie pojazdy, takie mini ciezarowki na gasiennicach zwane Hagglund uzywane na Antarktydzie i mozna sie nimi przejechac po nierownym terenie do jakiego ten pojazd zostal skonstruowany. Pokonuje tez 1.5 m szczeliny i strome pagorki.

Zaraz po wejsciu do centrum jest czesc poswiecona stacji badawczej NZ bazie Scotta. Mozna tu „przezyc” wszystkie 4 sezony w 7 minut ze swiatlem i dzwiekiem i poczuc sie prawie tak jak na Antarktydzie.

Kolejna ciekawostka jest komora z prawdziwym sniegiem i „burza” do ktorej wchodzi sie w puchowych kurtkach i specjalnych gumowych butach by nie pobrudzic sniegu. Pracownicy centrum wypytuja kazdego turyste o kraj pochodzenia a kiedy slysza Polska to smieja sie, ze na m nie potrzeba kurtek.

W komorze panuje temp. -8 C a wiatr wieje z predkoscia 42 km/h i do tego gasnie swiatlo. Mozna tez na koniec zjechac ze szklanej slizgawki a ja w swoich sztucznych spodniach wyjezdzam az za bande.

Bardzo ciekawe sa male niebieskie pingwiny (blue pinguins) i mozna je zobaczyc z odlegosci zaledwie kilku metrow. Ponadto mozna zobaczyc namiot i sanie uzywane przez pierwszych polarnikow i obejzec 17 minutowy film pokazujacy ten cudowny kontynent,

I znowu mozna by tu spedzic caly dzien, ja opuszczam centrum po 3 h i dojezdzam do ogrodu botanicznego by udac sie do muzeum Canterburry. Tu rowniez jest dzial poswiecony Antarktydzie i jej odkrywania i jest mnowstwo pamiatek po wielkich odkrywcach – sprzety, listy, fotografie.

Ciekawa jest tez rekonstrukcja starej uliczki tego miasta wraz ze sklepami do ktorych mozna wejsc a sprzedawcy (kukly) pozdrawiaja swoich klientow. Chyba najciekawszy jest sklep z zabawkami z dawnych czasow.

W muzeum jest tez dzial poswiecony sztuce maoryskiej i azjatyckiej a takze tzw. Paua Shell House – domek pelen kolorowych muszli paua zostawionych przez malzenstwo nowozelandczykow, ktorzy kolekcjonowali je cale zycie.

Gdy opuszczam muzem leje i to dosyc mocno. Pogoda wyraznie sie zmienila a temperatura spadla. Zabytki wygladaja teraz zupelnie inaczej. Probuje jeszcze fotografowac ale w tym deszczu nie jest to mozliwe.

Wieczorem Ania ma zaplanowane wyjscie a ja zostaje sama na jej gospodarstwie i mam zamiar troche tu popichcic.

Sobota, 6.03.2010
Ostani dzien w NZ jest bardzo sloneczny i zapowiada sie pieknie. Jedziemy do New Brighton (tu Ania i jej corki maja cos do zalatwienia) dzielnicy znajdujacej sie we wschodniej czesci miasta nad oceanem. Jest tu dlugie molo na ktorym sporo ludzi a wlasciwie to cale rodziny gl. z Filipin lowia ryby. Spotykamy Polakow z Christchurch i ich gosci z Wellington.

Na plazy sa tlumy, bowiem akurat odbywaja sie zawody surfingowe dla dzieci. Plaza jest piaszczysta a piasek zolciusienki niczym nad Baltykiem. Po drodze do Littleton przejezdzamy przez Ferrymead i tu wstepujemy na kawe do kawiarni prowadzonej przez Polakow. Spotykamy sie tu rowniez z innymi Polakami

Trasa prowadzaca do Littelton jest bardzo malownicza; pocztkowo prowadzi wzdluz brzegu oceanu a potem po gorkach ze szczytu ktorych roztacza sie panorama na okolice. Littelton to port i pierwsze miejsce dokad przybywali pierwsi kolonisci i ich droga prowadzila wlasnie przez przelecz do Ferrymead, gdzie zaczeli sie osiedlac.

Wracajac do domu przejezdzamy przez jedna z najbogatszych dzielnic miasta: Kashmir a stad widac juz miasto.Niestety dzis powietrze tu nalezy tu do najbardziej zanieczyszczonych ze wzgl. na smog.

Wieczorem mam okazje uczestniczyc w ogladaniu meczu rugby. Jest to narodowy sport tego kraju a dzisiejszy mecz to wielkie wydarzenie w miescie. Dla dzieci Ani, Oli i Zosi to jest dopiero przezycie i sa niesamowicie podeksytowane tym wieczornym wyjsciem. Zosia zaklada specjalna czapke i maske na twarz i nie jest ona jedyna osoba na stadionie, ktora sie przebrala. Wielu kibicow ma oprocz dziwacznych nakryc glowy i kolorowych koszulek pomalowane twarze. Udaje mi sie nawet sfotografowac kilka z nich.

Mecz zaczyna sie kawalkada jezdzcow na koniach – Krzyzowcow, bo tak nazywa sie lokalna druzyna. Atmosfera jaka tu panuje jest zupelnie inna niz w Europie. Kibice, mimo iz pija alkohol (mozna go tu kupic) zachowuja sie bardzo kulturalnie i w granicach rozsadku. Reaguja troche tak jak Chinczycy a ciesza sie z wbitych goli jak dzieci. Nie ma krzykow i bijatyk. Pelna kultura.

Po meczu kibice grzecznie rozchodza sie do aut, tworza sie korki ale ruch po dluzszej chwili sie rozladowywuje a my przejezdzamy jeszcze obok Victoria parku by popatrzec na lampiony powieszone tam z okazji swieta lampionow zamykajacego ostatnie dni obchodow chinskiego nowego roku.

I tym wydarzeniem zakonczyl sie moj pobyt w NZ. Jutro z samego rana wylatuje do Melbourne.
www.republika.pl/maniecka
blogi: www.transazja.pl

pozdrawiam
Małgosia
Maniecka Malgorzata
 
Posty: 1007
Dołączył(a): Wt wrz 02, 2003 9:42 pm
Lokalizacja: Warszawa/Chiny (Hengyang City)

Re: AUTOSTOPEM PO ANTYPODACH

Postprzez Maniecka Malgorzata » Pt mar 12, 2010 4:40 am

Niedziela, 7.03.2010 AUSTRALIA
Moj samolot jest juz o 7ej rano a wiec pobudka o 4.30 i juz kolo 5.30 jestem na lotnisku. Ania byla tak uprzejma, ze mnie odwiozla i jestem jej bardzo wdzieczna, ze chcialo sie jej wstac tak wczesnie rano. O tej porze drogi sa puste wiec szybko dojechalysmy na miejsce (20 minut).
Moj pomysl podrozy po Australii chodzil za mna juz od dziecka ale dopiero teraz moge spelnic swoje marzenie. Po podrozy w NZ gdzie wlasciwie lapanie stopa nie nastreczalo wiekszych problemow jestem pelna optymizmu aczkolwiek zdaje sobie sprawe, ze nie bedzie to proste przy tych odleglosciach. Ten kraj rowniez do najbezpieczniejszych nie nalezy.
Rozne sa opinie na ten temat.

Wize zalatwilam bez problemow przez internet. Jest to darmowa wiza turystyczna uprawniajaca do pobytu 3 miesiecznego, bez prawa do pracy.

Nie musze wymieniac pieniedzy jako ze juz w Chinach zaopatrzylam sie w dolary australijskie (AUD). 1 AUD – 2.57 zl. Czasmi bede tez uzywala znaku $, chodzi o dolar australijski.

Przed nadaniem bagazu okazalo sie, ze musze oddac pojemnik z gazem pieprzowym, ktory caly czas woze ze soba (tak na wszelki wypadek). Nie wolno go uzywac w Australii i ponoc w NZ tez nie no a tak w ogole to niepotrzebnie sie przyznalam, bo moze by go nie dostrzegli.

Wylatujac z NZ nalezy uiscic oplate lotniskowa w wysokosci 25 NZD. Za bilet liniami Pacific Blue zaplacilam 239 NZD czyli 174 USD. Samo lotnisko w Christchurch jest male i chyba duzo gorsze od Okecia. W samolocie nie ma nic za darmo, wszystkie potrawy czyli fast foody (ohyda) od 6 $ wzwyz a lurowata kawa az 3$. Lot trwa 3.40 minut (2423 km) i wiekszosc drogi wlasciwie przesypiam.

Melbourne wita mnie deszczem i niska temperatura. W kolejce do odprawy paszportowej stoi spora ilosc Chinczykow. Odprawa celna jest prawie taka jak w NZ, turysci rodzielani sa wg. tego co zadeklarowali i oczekiwanie trwa ponad 1.5 h ale ze jest 2 h roznicy w stosunku do NZ (tu jest o 2 h wczesniej) to nie trace czasu. Na szczescie nie musze rozbebeszac calego plecaka i nie zauwazyli moich brudnych.

Najtansza opcja przedostania sie z lotniska do centrum jest skybusem za 16 $ a gdy ma sie w planie jakies dalsze loty w przeciagu 3 miesiecy mozna kupic tez bilet powrotny i wtedy calosc wynosi 26$. Autobus jedzie tylko 20 minut do centrum i zatrzymuje sie na stacji Southern Cross, prawie ze w centrum miasta.

Na poczatek zatrzymuje sie u Paula z CS, ktory mieszka w Cliffton Hill, kilka stacji metrem z Southern Cross. Bilet calodniowy w niedziele kosztuje 3.10 $, w tygodniu 6.80 $ a tygodniowka ok. 30 AUD i mozna jezdzic metrem, autobusami i tramwajami.

Metro bardzo podobne do kolejki podmiejskiej jezdzi co chwile (rowniez dookola centrum) i bez problemow docieram do domu w Cliffton Hill. Okazuje sie, ze moj gospodarz pojechal na regaty a jego syn pelni honory domu. Nie zabawiam tu dlugo, zrzucam plecak i przebieram buty, gdyz pogoda sie poprawia i robi sie upalnie. Syn gospodarza daje mi klucz od domu wiec jestem zupelnie niezalezna.

Melbourne, miasto liczace ponad 4 miliony ludzi jest stolica stanu Wiktoria i drugim pod wzgl. wielkosci miastem w Australii. To stolica artystyczna kraju i wielka mieszanka narodow. Mowi sie tu ponad 170 jezykami a na ulicach widac tlumy obcokrajowcow przy czym znowu chyba przewazaja Chinczycy.

Dookola centrum jezdzi zabytkowy (darmowy) tramwaj, ktorym mozna dotrzec do najwazniejszych zabytkow tego miasta a trasa tego tramwaju ulozona jest na wzor wiedenskiej Ringstrasse. Zaklady tramwajarskie wspolpracuja z tramwajami w Wiedniu.

W centrum miasta jest dzielnica chinska, Chinatown gdzie zjadam obiad. Udaje mi sie znalezc moje ulubione danie „Mala Tofu” czyli tofu z miesem mielonym na ostro (5.50 AUD).
Ceny w Australii sa wyzsze niz w NZ bo i zarobki sa wysokie. Filizanka kawy kosztuje od 3.50 $ - 4.50 a taniej mozna napic sie np. w Mc Donalds za 2.75. Przecietne danie w jednej z licznych tu azjatyckich restauracji kosztuje 8-12 $.

Po poludniu wstepuje tez do wielkiej biblioteki (Victoria library) by skorzystac z darmowego internetu (15 minut). Tu tez sa niesamowite tlumy a jesli ma sie swoj komputer mozna siedziec do woli przy odpowiednio dostosowanych stolikach.

Pogoda jest zmienna, na przemian sloneczna i deszczowa wiec troche chodze a troche poruszam sie tramwajami co w sumie jest bardzo wygodnym rozwiazaniem. Kursuja one czesto w obu kierunkach i glos z tasmy opowiada o zabytkach, ktore sa widoczne z okien tramwaju. Uderza mnie straszny brud panujacy w centrum, a jest niesamowicie zasmiecone i nie ma porownania z NZ, gdzie bylo doslownie sterylnie. Np. przed biblioteka grupki mlodziezy siedzi sobie na trawie, je i pali papierosy zostawiajac resztki, ktore wiatr rozwiewa juz po okolicy. Chinczycy zachowuja sie dokladnie tak jak u siebie w kraju.

Docieram tramwajem tez do portu Victoria Harbour i nowoczesnej dzielnicy polozonej nad woda Waterfront City ale nawet nie wysiadam z tramwaju, gdyz znowu leje. Wracam w kierunku rzeki Yarra a w tramwaju poznaje sympatycznego pana, ktory zaprasza mnie na piwo do jednego z najstarszych pubow Chloe’s na przeciwko Flinders Station. Akurat tak sie sklada, ze musi poczekac godzine na swoj pociag i jest chetny do pogawedki ja zreszta tez. Mam okazje zobaczyc jak wyglada taki pub i napic sie dobrego, australijskiego piwa.

Kiedy opuszczam pub jest juz za ciemno by udac sie nad rzeke, kieruje sie wiec jeszcze do supermarketu by kupic cos do zjedzenia (banany 1 kg 3 $, chleb toastowy 2.75, bulka – 0.45 c, zupki w proszku 1 $, 1kg jablek 4-5 $, 2 jogurty – 2.50 $, avokado – 2.75 $, 6 jajek – 2.60 $). Nie sa to ceny z najtanszego supermarketu jakim tu jest niemiecki Aldi, nie mialam okazji trafic na niego i zapewne jest gdzies za miastem. Wszedzie pelno jest supermarketow o nazwie Coles, ktore maja wlasnie takie ceny.

I znowu w deszczu wracam na swoja kwatere, ktora jest zupelnie pusta. Mieszkanie w domu szeregowym przypomina wielkie, nowoczesne studio i mam nawet swoj pokoj. Nie jest tu za czysto i wszedzie walaja sie porozrzucane rzeczy.

Poniedzialek, 8.03.2010
Cala noc strasznie lalo ale o poranku pogoda zmienia sie i swieci slonce. Niektore ulice i tunele zostaly pozalewane a takie ulewy sa ponoc tu rzadkoscia. Dzisiejszy dzien spedzam w towarzystwie moich znajomych Polakow (Marty i Toska), ktorzy odbieraja mnie rano spod mojej kwatery. Mieszkaja w innej czesci miasta, blizej lotniska i najpierw jedziemy do ich domu. Tosiek mieszka w Australii juz od 30 lat a Marta dolaczyla do niego przed 2 laty a znamy sie sprzed lat jeszcze z Wiednia.

Mamy w planie wycieczke za miasto i nawet juz go opuszczamy, jednak straszna burza zmusza nas do powrotu do domu. Tosiek jest swietnym kucharzem i szykuje mieso na grylu. Typowe BBQ po australijsku; mieso z kangura i mlodej baraniny. Mieso z kangura jest slodkawe i bardzo smaczne a baranina doslownie rozlpywa sie w ustach.

Caly czas leje i mieszkancy miasta zbieraja deszczowke do pojemnikow, gdyz sa problemy z woda ot chocby do podlewania ogrodkow. Z drugiej strony ten deszcz jest tu bardzo potrzebny bo ziemia jest bardzo sucha a przeciez nie tak dawno plonely tu cale przestrzenie lasow i zginelo mnostwo zwierzat. Tegoroczne lato jest wyjatkowo deszczowe i zimne.

Wczesnym wieczorem wracam na swoja kwatere, gdzie zastaje nareszcie mojego gospodarza. Opowiada mi o odbytych regatach w okolicach Tasmanii (wlasnie jutro lece na ta wyspe) i swoich podrozach po Europie. Na co dzien zajmuje sie fotografowaniem i sprzedaza obrazow.

Wtorek, 9.03.2010
Zaplanowalam sobie zaraz po przyjezdzie do Melbourne tygodniowy pobyt na Tasmanii a potem juz dalsze zwiedzanie kontynentu australijskiego. Bilet zakupilam w Tiger Airways (75 AUS w obie strony, limit bagazu - 7 kg plus laptop) przez internet choc chcialam plynac poczatkowo promem. Okazalo sie jednak, ze prom w jedna strone kosztuje 85 AUD.

Zostawialm czesc rzeczy u Marty i mam teraz duzo lzejszy plecak. Juz z rana opuszczam goscinny dom Paula i kieruje sie znowu do centrum miasta (3.10 $ bilet na kolejke – przejazd 2 godzinny) gdzie mam zamiar spedzic kilka godzin. Moj samolot odlatuje dopiero o 17ej, a o 15ej mam sie stawic na lotnisku do odprawy.

Dojezdzam do Southern Cross (stad mam autobus na lotnisko) z zamiarem zostawienia bagazu w przechowalni ale cena zwala mnie z nog – 12 $, rezygnuje i postanawiam chodzic z plecakiem. Pogoda znowu jest piekna, wsiadam wiec w tramwaj i jade na zwiedzanie portu.
Przy brzegu zacumowanych jest sporo nowoczesnych jachtow tak samo jak i nowoczesna dzielnica o nazwie Waterfront City. Stad mozna podziwiac panorame City.

Pogoda znowu nagle sie zmienia, niebo zakrywa sie chmurami i robi sie zimno wracam wiec do centrum i wstepuje do biblioteki by juz tym razem skorzystac ze swojego komputera, ktory mam ze soba.

Docieram na lotnisko po 15ej ale i tak musze stac jeszcze w kolejce. Ponoc linie Tiger nie maja dobrej opinii na kontynencie australijskim ale sa tanie i duzo ludzi nimi wlasnie lata.
Lot do Launceston trwa tylko godzine. Postanawiam po wyjsciu z lotniska zlapac okazje co udaje mi sie juz po kilku minutach. Turysci z Melbourne jadacy taksowka z lotniska sa tak uprzejmi, ze zabieraja mnie do miasta. Miasto (drugie co do wielkosci po Hobart na tej wyspie) wcale nie jest takie male a moj dzisiejszy nocleg u 3 kolezanek z CS jest daleko na peryferiach. Nie ma szans bym dotarla tam na piechote. Na dodatek czesc drogi prowadzi ostro pod gore.

Zupelnie przypadkowo spotykam kobiete z psem, ktora oferuje sie zawiezc mnie pod wskazany adres. Dziewczyny z CS mieszkaja na „dziko” w pustym domu, ktory sobie znalazly 4 miesiace temu i przystosowaly do zamieszkania. Zywia sie tym co znajduja w smietniakch supermarketow (oczywiscie wszystko jest popakowane), bo jak wiadomo wyrzuca sie tam duzo przydatnych rzeczy.

Chca wybrac sie na rok do Azji i w ten sposob zaoszczedzic pieniadze na podroz (maja tez i prace). Zdecydowalam sie na ten nocleg z czystej ciekawosci. Dom jest oczywiscie bez swiatla i wody, tylko z kranem na zewnatrz i panuje w nim niezly balagan. Wyglada na to, ze dziewczyny wcale nie sprzataja. Tego wieczoru zebralo sie az 6 osob z CS i wszyscy spalismy na materacach. Dziewczyny czesto przyjmuja gosci, maja sporo jedzenia i chetne sa posluchac opowiesci ze swiata oraz nawiazac nowe kontakty. Wszyscy spimy na materacach rozlozonych w 3 pokojach.

Sroda, 10.03.2010
Zwijam sie juz z rana do miasta. Jedna z dziewczyn jedzie do pracy i zabiera mnie do centrum.
W jej samochodzie panuje tez taki syf, ze nie wiem jak mam usiasc. W centrum, w kawiarni przy glownej ulicy zostawiam sobie plecak i ide na zwiedzanie, gdyz po poludniu udam sie dalej w droge.

Launceston (70 000 mieszkancow) jest drugim pod wzgl. wielkosci miastem na Tasmanii. Jest to miasto historyczne posiadajace duzo pieknych budynkow z XIX i XX w. Tez sporo jest tu kosciolow a wieza zegarowa widoczna jest z daleka. Rowniez uniwersytet tasmanski miesci sie wlasnie w tym miescie.

Miejscowosc poolozona jest nad rzeka Tamar, ktora tworza 2 mniejsze rzeki: North i South Erk. Nieopodal ujscia poludniowego Erku znajduje sie wawoz Cataract (Cataract Gorge) o bazaltowych scianach . Ide tu na godzinny treking robiac kolko do pierwszego basenu i wracajac drugim brzegiem. Jest tez wyciag krzeslekowy dla pragnacych podziwiac panorame
wzgorz z gory.

W drodze powrotnej do centrum zahaczam o kilka kosciolow oraz zjadam lunch i odbieram bagaz. Moim nastepnym celem sa gory Cradle znajdujace sie w srodku wyspy. Na Tasmanii jestem tylko tydzien, wiec kazdego dnia po zwiedzaniu musze przemieszczac sie dalej.

Aby wyjsc na odpowiednia droge musze dostac sie do zachodniej czesci miasta, gdzie zaczyna sie autostrada. Nawet nie ma tu specjalnie miejsca do zatrzymania sie ale szczescie mi dopisuje, bo juz na poczatku autostrady zatrzymuje sie mala ciezarowka i zabiera mnie ok 50 km.

Po wyjezdzie z miasta zaczynaja sie pagorki porosniete eukaliptusami. Przejezdzamy przez male miejscowosci a facet wysadza mnie w okolicach swojego domu i obiecuje, ze za pol godziny bedzie jechal dalej do Railton i jesli jeszcze bede tam stala to mnie zabierze. I faktycznie w ciagu pol godziny przejezdzaja tylko 3 samochody a w druga strone ok. 15 ale nikt mnie nie zabiera.

Ta okolica jest zupelnie pusta. Kilka domow i pastwiska pelne krow i i owiec a Railton ma doslownie 2 ulice. Tu po 5 minutach mam dalszy transport, az do Sheffieled (miasto murarzy) i wiem, ze stad bedzie mi trudno zlapac dalszy transport. Kolejny kierowca, tym razem kobieta podwozi mnie jakies 15 km. Przed nami widok na Roland Mt. dominujacy nad cala okolica. Kobieta wysadza mnie przed domem swojej kolezanki do ktorej wlasnie jedzie, mam chwile by zrobic zdjecie i juz zatrzymuje sie nastepne auto – tez kobieta za kierownica ale wiezie mnie tylko maly kawalek do jakiegos kompleksu hotelowego. Tu po 10 minutach zatrzymuja sie turysci z Sydney i wioza mnie juz do smaego parku choc to im wcale nie podrodze. Tez narzekaja na wysokie ceny i nie stac ich na dluzszy urlop niz na 1 tydzien pobytu na wyspie.

Zatrzymuje sie w komplekscie Discovery Holiday Parks w czesci dla turystow z plecakami i za lozko w dormie 4 os. place 42 AUS. Kompleks miesci sie 3 km przed wejsciem do parku na przeciwko Transit Terminal, gdzie znajduje sie Visitors Centre (informacja turystyczna).

Turystow, takich jak ja jest doslownie kilku a za to sporo jest przyczep i busow. W kuchni mozna sobie przygotowac jedzenie lecz o wlaczeniu komputera zarowno w pokoju jak i kuchni mozna pomarzyc. Po prostu nie ma gniazdek a jak juz sa to bardzo daleko. Bateria mojego komputera wytrzymuje tylko ok. 2 h totez ciagle jest mi potrzebne gniazdko. A tu w pokojach brak takowych i trzeba ladowac komputer w kuchni. Zreszta nie tylko ja mam takie problemy.
Dzis mialam okazje zobaczyc wallaby na wolnosci, ktorych cala masa jest w tutejszych lasach. Wieczorem temperatura spada do 11C i robi sie calkiem zimno, tak samo jest rano a w ciagu dnia jest zaledwie niecale 20 C ale gdy przygrzeje slonce to jest nawet goraco. Ze wzgl. na niskie temperature i duzo deszczowych dni wcale nie przyjezdza tu wielu Australijczykow, ale ci z ktorymi rozmawiam sa zachwyceni tutejsza przyroda i plenerami. Dzis wieczorem zaczyna troche kropic ale wg. prognozy wywieszonej w kuchni ma byc jutro piekna pogoda.

Czwartek, 11.02.2010
Faktycznie prognoza sie sprawdza i tuz po 8ej opuszczam hostel. W informacji turystycznej zostawiam sobie bagaz i autobusem darmowym – Shutlle bus (w ramach zakupionego wczesniej biletu na wejscia do parkow narodowych – 30 AUD/2 miesiace)docieram do jeziora Dove polozonego u stop Cradlae Mt. Autobusy jezdza co 10 – 15 minut juz od 8ej az do ok. 18 wiec nawet nie oplaca sie podjezdzac samochodem, za ktory trzeba zaplacic powyzej 40 dolarow. Wstep do tego parku kosztuje 16.50 $ ale juz przy wejsciu do 3 innych oplaca sie nabyc bilet na wszystkie parki znajdujace sie na Tasmanii. W czasie przejazdu autobusem kierowca opowiada rozne ciekawostki o tym zakatku Tasmanii.

Jezioro Dove i okolica sa jednym z najpiekniejszych i najpopularniejszych miejsc w gorach Cradle (cradle po ang. znaczy kolyska). Sa tu szlaki krotkie, kilkugodzinne i kulkudniowe. Teren jest dobrze oznakowany. Wystepuje tu cala masa roslin i drzew oraz ptakow charalterystycznych tylko dla tej wyspy a w czasie jazdy autobusem udaje mi sie zobaczyc nawet wombata.

Obejscie jeziora zajmuje 2 h a ja zahaczam jeszcze o malenkie jeziorko Lylli znajdujace sie niedaleko. Rano nie ma wielu turystow, pojawiaja sie dopiero gdy ja juz koncze wedrowke. Kazdy turysta zobowiazany jest do wpisania (do specjalnej ksiazki) nazwy trasy oraz czasu wyjscia i powrotu tak by w razie potrzeby wiadomo bylo gdzie go szukac. Wlasnie 3 dni temu zaginal kolejny czlowiek. Pogoda w tych gorach potrafi zmienic sie w ciagu 5 minut i sa one niebywale zdradzieckie.

Schodze kawalek do Snake Hill ale by dostac sie autobusem z powrotem musze pojechac w odwrotna strone tzn. w kierunku jeziora i dopiero w dol. W porze lunchu jest juz taka masa turystow, ze trudno jest o miejsce.

Czuje sie nieco zmeczona, wiec wypijam kawe i dopiero zabieram plecak by udac sie w dalsza droge – na Zachodnie wybrzeze do Strahan (150 km). Kolo Transit Terminal przychodzi mi stac 45 minut, mimo sporego ruchu nikt sie nie zatrzymuje, az w koncu jakas kobieta zabiera mnie do kolejnej krzyzowki, tylko 10 km. Jest wystraszona moimi planami, bo sama kiedys byla autostopowiczka i uwaza, ze to bardzo niebezpieczna sprawa w dzisiejszych czasach i nielegalna w Australii.

Stoje sama na krzyzowce w zupelnej pustce i troche mam pietra, musze przyznac. Ruch niewielki, wookolo pelno wielkich drzew z nagimi galeziami na ktorych usiadly czarne, wrzeszczace ptaki (currawang). Boje sie wezy, ktore sa tu ponoc bardzo jadowite. Czasem przejezdza jakies auto ale wszyscy skrecaja w strone Sheffield. Po 20 minutach zatrzymuja sie Francuzi, turysci i zabieraja mnie az do Strahan.
Maja duzy karawan z wielka szoferka wiec bez trudu znajduje miejsce ze swoim bagazem i jak sie okazuje widzieli mnie juz dzis w autobusie jadacym znad jeziora.

Widoki po drodze sa niesamowite, gory i lasy ale niestety zatrzymujemy sie tylko 2 razy. Po 3h lacznie od ropoczecia podrozy znajduje sie u celu. Tu w Strahan moge zanocowac tylko w jedynym hostelu dla backpakersow tez w Discovery Holiday Parks i lozko kosztuje 38 $. Mam kabine podobna do kajuty 2 os. i jestem w niej sama. Lazienki i kuchnia sa na zewnatrz.

Wioska Strahan lezy na Zachodnim Wybrzezu Tasmanii i jest jedynym miejscem cywilizacji w tej czesci wyspy.
www.republika.pl/maniecka
blogi: www.transazja.pl

pozdrawiam
Małgosia
Maniecka Malgorzata
 
Posty: 1007
Dołączył(a): Wt wrz 02, 2003 9:42 pm
Lokalizacja: Warszawa/Chiny (Hengyang City)

Re: AUTOSTOPEM PO ANTYPODACH

Postprzez leninjs » N mar 14, 2010 1:35 am

a my jezdzimy stopem po Australii teraz jak na razie 1 strzal w dziesiatke z Sydney do Port Macquarie stalismy na drodze w okolicy Browera okolo 10 min zatrzymal sie pickup z 2 mlodymi koleszkami i juz w 1 dzien przejechalismy ponad 400 km, dzis znowu na drodze na polnoc... zobaczymy jak drugie podejscie:)

pozdrawiam
kuba
leninjs
 
Posty: 48
Dołączył(a): Pt lis 10, 2006 12:47 am

Re: AUTOSTOPEM PO ANTYPODACH

Postprzez Maniecka Malgorzata » N mar 14, 2010 9:06 pm

Bardzo sie ciesze, ze tak dobrze Wam idzie i mam nadzieje, ze na kontynencie bedzie lepiej niz tu na Tasmanii. Choc wczoraj calkiem niezle bylo: pojechalam z Hobart do Port Arthur i wieczorem wrocilam spowrotem.
www.republika.pl/maniecka
blogi: www.transazja.pl

pozdrawiam
Małgosia
Maniecka Malgorzata
 
Posty: 1007
Dołączył(a): Wt wrz 02, 2003 9:42 pm
Lokalizacja: Warszawa/Chiny (Hengyang City)

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Australia i Oceania oraz Antarktyda

Travelbit on Facebook