Kenia styczeń 2010. Wspomnienia

Moderator: #Moderatorzy

Kenia styczeń 2010. Wspomnienia

Postprzez gienek_pa » Pn lut 01, 2010 5:19 pm

ZDJĘCIA

Dawno temu gdy opisywałem swoje wrażenie z podróży do Sri Lanki obiecywałem, że następne opisy będą za rok. Niestety sprawy dnia codziennego uniemożliwiły mi wyjazd na wakacje w 2009r. Ci co mają ochotę przeczytać to co kiedyś zwiedziłem mogą zajrzeć TU lub TU

Swoją podróż do Kenii zacząłem planować na początku 2009r. Im więcej czytałem o tym kraju tym większą miałem ochotę żeby go zwiedzić. Na różnych stronach internetowych znalazłem informacje na temat bezpieczeństwa, zdrowia i waluty.

Postanowiłem zacząć o zadbanie o zdrowie podczas podróży. Poleciałem do lekarza rodzinnego z prośbą o przypisanie mi profilaktyki anty malarycznej i jakiegoś szczepienia przeciwko choróbskom tropikalnym. Zobaczyłem w oczach Pani doktor konsternację a po chwili wypisała mi skierowanie do poradni chorób tropikalnych. Telefonicznie umówiłem się na wizytę. Okres oczekiwania w kolejce ponad miesiąc. Ale co tam. Miałem przecież jeszcze czas. Po wizycie u lekarza pozostało oczekiwanie na jakieś fajne last minute. Upatrzyłem sobie ofertę Itaki „Śniegi Kilimandżaro” i z niecierpliwością czekałem aż ta oferta będzie oferowana w rozsądnej cenie. Niestety przeliczyłem się. Oferta zniknęła na miesiąc przed planowanym wylotem. Czasu było coraz mniej i zacząłem panicznie rozglądać się za czymś inny. Pomimo bardzo niepochlebnych opinii zdecydowałem się na hotel Kenya Bay z trzydniowym safari. Szybciutko złożyłem rezerwację a po otrzymaniu umowy przelałem pieniądze i cierpliwie oczekiwałem na wylot. W przed dzień wigilii zadzwoniła do mnie Pani z portalu http://www.wakacje.pl i poinformowała mnie, że biuro podróży odwołało imprezę. Byłem normalnie załamany i zdruzgotany. Urlop już miałem wyznaczony a tu na kilkanaście dni przed wylotem odwołują imprezę. Co tu robić. Znów zacząłem panicznie szukać kolejnej oferty. Niestety nic nie było w dobrej cenie a mój budżet przewidziany na podróż nie był zbyt wysoki. Zdecydowałem się na stacjonarny pobyt w hotelu Keny Bay z kupnem safari na miejscu. Podpisałem umowę opłaciłem wycieczkę. Przyszła kolej na kupno USD. Z tego co dowiedziałem się u organizatora imprezy to banknoty nie mogą być starsze niż z 2002r. Przeleciałem wszystkie kantory w mieście i znalazłem ten który oferował najkorzystniejszy przelicznik.
Na kilka dni przed wylotem byłem przygotowany w 100%. Zabierałem ze sobą poza ubraniem i kasą:

- aparat fotograficzny z telekonwertem
- kamerę Video 8mm
- GPS z mapą świata i mapą afryki wschodniej (Kenia, Uganda, Tanzania)
- 12 dodatkowych akumulatorków AA (jak się później okazało niepotrzebnie aż tyle)
- przejściówkę do gniazd kenijskich
- rozgałęziacz na trzy gniazda
- mapę Kenii
- przewodnik po Kenii

Przyszła w końcu godzina wyjazdu. Zapakowałem bagaże do samochodu i w drogę. Choć przez całą drogę sypało to bez większych problemów dotarłem na Parking Okęcie przy ulicy Szyszkowej 48 w Warszawie KLIK Zaparkowałem samochód poczekałem kilka chwil w ogrzewanym pomieszczeniu aż zbiorą się pozostałe osoby które były umówione na podobną godzinę jak ja i Pan z parkingu zawiózł nas wszystkich na lotnisko. Jak się później okazało ci Państwo też lecieli do Kenii na wakacje.
Bez większych problemów znalazłem stoisko biura podróży Exim Tours i stanąłem jako pierwszy w kolejce po odbiór dokumentów. Obok stoiska mego biura podróży było stoisko Itaki i kolejka wijąca się aż po kres lotniska ;).
Formalności na lotnisku przebiegły bez najmniejszych zgrzytów.

Obrazek

Po kilku chwilach siedziałem w samolocie linii lotniczych EuroCypria i patrzyłem jak obsługa lotniska odmraża samolot polewając go jakąś białą pianą. Po odmrażaniu samolot pokołował w kierunku pasa startowego, poczułem jak siła bezwładności wpiera mnie w fotel i w oknie widziałem jak ziemia jest coraz niżej.
Lot do Kenii przebiegał dwu etapowo z międzylądowaniem w Kairze. Ci którzy są ciekawi którędy leciał samolot mogą spojrzeć na ślady z podróży. Proszę tylko nie zwracać uwagi na wysokość lotu. Powyżej 10 000m npm mój GPS Oregon 300 zgłupiał i zaczął podawać idiotyczną wysokość. Pewnie twórcy oprogramowania nie przewidzieli, że ten odbiornik będzie używany w samolocie lub ja poprawnie nie potrafiłem ustawić tego odbiornika.

Pierwszy etap podróży Warszawa -> Mombasa do międzylądowania w Kairze KLIK

Drugi etap podróży Warszawa -> Mombasa od międzylądowania w Kairze KLIK

Nad Europą niebo było całkowicie zachmurzone więc totalnie nic nie było widać. Nad Morzem Śródziemnym chmur zaczęło ubywać. Gdy samolot wleciał nad afrykę niebo było czyściutkie. W dole rozpościerała się Sahara. Krajobraz był brunatny aż po sam horyzont. W końcu głos Pani stewardesy (obsługa w samolocie była polskojęzyczna) poinformował, że za chwilę będzie międzylądowanie w Kairze. W oknie samolotu zauważyłem to miasto. Z góry to wyglądało tak jakby na pustyni stały budynki wielorodzinne rodem z PRLu ;). Szare kwadraciki na ciemnobrunatnym piasku. Odrażający widok. Niestety w czasie międzylądowania nie można było opuszczać samolotu w czasie którego samolot był tankowany i załadowywany nowym żarciem. Zmieniła się też załoga. Na szczęście nadal obsługa była polskojęzyczna.
Samolot wystartował planowo. Siedziałem i z niecierpliwością czekałem kiedy ten lot dobiegnie końca. Nogi bardzo mocno dawały znać o sobie a to dopiero krótszy odcinek drogi. Od Kairu do Mombasy jest dalej niż z Warszawy do Kairu. Obserwowałem w oknie krajobraz który był bardzo monotonny. Na szczęście w oknie pojawiły się piramidy co mnie trochę ożywiło i co jakiś czas w dole pojawiał się Nil który błyszczał w świetle słońca jak srebrny wąż. Ależ to wielka rzeka. Gdy samolot lądował w Mombasie była bardzo ciemna noc. Lotniska na całym świecie są ładnie oświetlone a tu tylko z rzadka była jakaś lampka. Z samolotu schodami zszedliśmy do stojącego obok autobusu który zawiózł nas wprost na lotnisko które było bardzo niepozorne w porównaniu z naszym Okęciem. W drzwiach stał jakiś murzyn w maseczce na ustach i przywitał nas radosnym JAMBO. Tak właśnie zaczynał się mój pobyt na czarnym lądzie

CDN...
gienek_pa
 
Posty: 31
Dołączył(a): Śr paź 21, 2009 8:20 am

Kenia styczeń 2010. Wspomnienia

Postprzez gienek_pa » Wt lut 02, 2010 6:42 pm

Od wesołego murzynka w drzwiach lotniska dostaliśmy po dwie kartki. Jedna duża formatu A4 druga mała. Trzeba było je uzupełnić. Oczywiście o jakimś stoliku czy krześle można zapomnieć. Co prawda było coś w stylu stolika ale przy około 180 osobach które wysiadły z samolotu raczej można było zapomnieć o dopchaniu się tam. Usiedliśmy z żoną na podłodze i zaczęliśmy uzupełniać te kwestionariusze. Warunki były strasznie niesprzyjające. O klimatyzacji na lotnisku można oczywiście zapomnieć. Zdjąłem z siebie resztki zimowego ubrania ale i tak byłem zlany cały potem. Po jakimś czasie udało się wypełnić rubryki i odniosłem papierzyska wesołemu murzynkowi. Myślałem, że dostanę teraz wizę. Niestety przeliczyłem się. Otrzymałem kolejne dwa papierzyska do wypełnienia Obrazek. Ta ich biurokracja jest strasznie uciążliwa. W końcu przyleciałem do Kenii na wakacje a nie po to, żeby tam zamieszkać. Po co tyle tego pisania. Gdy już uzupełniliśmy kolejne kwestionariusze to stanęliśmy w kolejce po wizę. Było trzy stanowiska które wydawały wizy. Boże drogi. Normalnie człowieka szlak może trafić. Nigdy nie widziałem, żeby się ktoś tak srał z robotą jak Kenijczycy. W sumie od przylotu do wydania wizy minęło jakieś trzy godziny. U nas, żeby ktoś tak wolno pracował to zostałby zwolniony z pracy w trybie błyskawicznym. W tym momencie zrozumiałem znaczenie słowa polepole (w suahili znaczy powoli) które jest dewizą życiową większości afrykańskich murzynów. Aż strach pomyśleć co byłoby, żeby w kolejce po wizę nie stali tylko pasażerowie naszego samolotu tylko jeszcze dodatkowo dziesięciu innych Obrazek Po otrzymaniu wizy radośnie przekroczyliśmy magiczną bramkę i odebraliśmy swój bagaż. Na szczęście była już późna noc więc nie było na lotnisku chętnych do pomocy lokalnych tragarzy. Bez problemu odnaleźliśmy kolejnego wesołego murzynka który stał z tabliczką Rainbow Tours. Obok niego stała jedna z naszych rezydentek. Załadunek bagażu na dach busa przebiegł o wiele sprawniej niż wydawanie wizy. Po chwili jechaliśmy do hotelu i słuchaliśmy podstawowych informacji o Kenii. Pani rezydent opowiadała o malarii. O tym, że ona nie stosuje profilaktyki chemicznej tylko środki odstraszające komary i zawsze śpi pod moskitierą i jeszcze nigdy nie złapała malarii. Nic dziwnego, że nie łyka leków. Przecież każdy wie, że można je stosować tylko przez pewien krótki czas. Oczywiście nie wspomniała o tym, że malaria to nie przeziębienie i wcale nie tak bardzo łatwo jej się pozbyć. Niektóre jej gatunki wytwarzają "hypnozoity" które zagnieżdżają się chyba w wątrobie i nie za bardzo da się ich pozbyć. Te hypnozoity powodują nawroty choroby przez całe życie. Popularnie mówiąc tą chorobę da się zaleczyć a nie wyleczyć. Będzie ona powracać co jakiś czas do końca życia. Rozmawiałem kiedyś z gościem który załapał taką niewdzięczną odmianę malarii. Mówił, że jak się ją zaleczy to wszystko jest ok aż do czasu kiedy choróbsko znów da o sobie znać. Biedaczysko męczy się z tym już kupę lat i prawdopodobnie nigdy tego się nie pozbędzie.
W końcu dojechaliśmy do hotelu. Oczywiście w hotelu dalsza biurokracja. Trzeba wypełniać kolejne papierki. Gdy wypełnialiśmy zawiłe formularze pojawiła kelnerka z jakimś sokiem. Był bardzo pyszny i po wypiciu jego od razu poprawił mi się humor. Przyszedł hotelowy tragarz i zaprowadził nas do pokoju. Po wejściu do pokoju od razu zauważyłem komara. Urządziliśmy z żoną wielkie polowanie. Na szczęście skutecznie. Krwiopijca skończył swój żywot na podeszwie mojego klapka. Pokój był mały skromny ale za to czysty co nie zawsze jest takie oczywiste w hotelach 3* w dzikich krajach. Na wyposażeniu był telewizor i lodówka i sejf gratis.

Obrazek

Łóżko było szerokie i wygodne. Jak na mój gust mogłoby być jeszcze trochę dłuższe.

Obrazek

Po założeniu moskitiery dotykało się zawsze do niej głową lub nogami co znacznie zmniejszało jej skuteczność. Szybciutko poleciałem pod prysznic, potem przez pewien czas męczyłem się jeszcze z założeniem moskitiery i zasnąłem jak kamień. Obudziłem się następnego dnia dokładnie w takiej samej pozycji jak zasypiałem. Na szczęście zmęczenie po wielogodzinnym locie należało do historii.

CDN...
gienek_pa
 
Posty: 31
Dołączył(a): Śr paź 21, 2009 8:20 am

Kenia styczeń 2010. Wspomnienia

Postprzez gienek_pa » Śr lut 03, 2010 11:39 am

Po obudzeniu się z wielkim problemem wyplątałem się z moskitiery, szybciutki prysznic i powolne i mozolne zwijanie moskitiery. Wbrew pozorom nie jest to zbyt łatwe a trzeba wykonać to w miarę starannie, żeby żaden komar nie zaszył się po jej wewnętrznej stronie. Po tym wszystkim wyszedłem na balkon. Poczułem gorący podmuch wiatru który niósł bryzę znad oceanu. Moim oczom ukazał się widok hotelowego podwórka

Obrazek

Dla tych co jeszcze tego nie zauważyli. Wystarczy kliknąć na zamieszczone przeze mnie w poszczególnych postach obrazki aby zobaczyć je w pełnych rozmiarach.

Poleciałem szybciutko na śniadanko. Po drodze mijałem obsługę hotelu. Wszyscy byli uśmiechnięci, bardzo mili i na powitanie mówili Jambo. To słowo będzie nieustannie mi towarzyszyć aż do końca mego pobytu w tym pięknym kraju. Hotelowe jedzenie nie było jakieś zbytnio egzotyczne tak jak w Sri Lance ale za to bardzo smaczne. Szybciutko zapomniałem o przestrogach, żeby wdrażać się w lokalne jedzenie bardzo powoli i od razu „naładowałem się aż po sam korek” Obrazek Na szczęście nie zaszkodziło mi i nie miałem żadnych dolegliwości żołądkowych. Nie czułem też żadnych skutków profilaktyki anty malarycznej. Wyszliśmy z żoną na plażę i od razu zostaliśmy napadnięci przez tłum tubylców którzy chcieli nam coś sprzedać. Ku mojemu zaskoczeniu nie byli tak strasznie natrętni jak arabscy sprzedawcy w Tunezji. Jeśli miałbym porównywać nachalność Arabów z Tunezji i Kenijczyków na plaży to Kenijczycy mają poziom natrętności 1/10 tego co Arabowie Obrazek. Chodziliśmy i oglądaliśmy ofertę lokalnych sprzedawców. Upatrzyłem sobie kamienną misę z rysunkiem Afryki. Pytam się gościa za ile mi ją sprzeda. Gość pyta się szylingi, usd, euro? Odpowiadam usd. Gość bierze karteczkę i długopis i pisze od tyłu: zero trzy. Cooo!!! Trzydzieści dolców za to gów...? Obrazek Chyba cię gościu pogięło pomyślałem sobie. Nie nie kupuję tego odchodzę z nadzieją, że sprzedawca mnie zawróci. Długo czekać nie musiałem. Sprzedawca pędzi za mną z karteczką i prosi żebym napisał mu swoją cenę. Odpowiadam mu 3USD. Gość zaczął lamentować jaki to on jest biedny i jak cała jego rodzina głoduje i że on bardzo kocha wszystkich Polaków a w szczególności mnie bo jeszcze nigdy nie spotkał takiego miłego mzungu. Obrazek No to mu zacząłem lamentować, że jaki to jestem biedny, że całe życie odkładałem na tą wycieczkę bo bardzo kocham wszystkich Kenijczyków i bardzo chciałem poznać ten naród a w szczególności kocham jego bo nigdy nie spotkałem tak bardzo miłego Kenijczyka Obrazek Po wypróbowaniu przez sprzedawcę wszystkich trików marketingowych i moich zdolności w targowaniu się stanęło na tym, że kupiłem od niego dwie misy za łączną cenę 10USD. Każdy był zadowolony i rozeszliśmy się w pokoju. Oczywiście było też sporo propozycji safari od miejscowych. Ja osobiście kupiłbym od nich safari ale moja, żona bała się więc nie chciałem się upierać. Postanowiliśmy, że kupimy safari u rezydentki. Przyszedł wieczór. Było bardzo cieplutko. Blask księżyca odbijał się w łagodnie falującym oceanie. Całym sobą chłonąłem afrykańskie ciepło. Tak bardzo mi tego brakowało w polskie zimowe miesiące

Obrazek

Siedzieliśmy sobie na murku gdy podszedł do nas jakiś tubylec. Opowiedział nam o sobie, że jest z Sudanu, że przekroczył nielegalnie granicę, żeby sprzedawać pamiątki turystom i z tego utrzymywać rodzinę, że policja jego ściga ponieważ w Kenii nie można sprzedawać nielegalnym imigrantom. Gość zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Mówił z sensem i nie wciskał pierdół typu ja kocham wszystkich Polaków i jestem twoim największym przyjacielem. Nie chciał żeby mu coś dać ani żebyśmy coś kupić od niego. Bardzo miło mi się z nim dyskutowało. Potem zapytał jak to jest w Polsce. Zaczęliśmy mu opowiadać, że w Polsce też nie jest zbyt kolorowo. Większość ludzi musi ciężko tyrać od świtu do zmroku, żeby mieć co włożyć do garnka i żeby móc utrzymać rodzinę. Że ci co tutaj przyjeżdżają to tylko nieliczni którym z różnych względów powiodło się w życiu, że większości Polaków niestety nigdy w życiu nie będzie stać na taką wycieczkę. Zdziwił się. Najwidoczniej kłóciło się to z jego wyobrażeniem życia mzungu. Potem zapytał się czy u nas jest teraz zimno. Odpowiedziałem, że tak. Teść przysłał smsa, że w Białymstoku w nocy było -31º C. Zdziwiło to go jeszcze bardziej niż to, że nie każdego mzungu stać na to, żeby przyjechać do Kenii. Po chwili zastanowienia zapytał bardzo zdziwionym głosem. Jak wy żyjecie skoro jest aż tak bardzo zimno? Chyba musicie ogrzewać swoje domy bo inaczej pozamarzalibyście w nocy. Potwierdziłem to skinieniem głowy. Potem zapytał czy nam rząd płaci za ogrzewanie domów bo to przecież musi być bardzo kosztowne. Odpowiedziałem, że niestety nie ma tak dobrze i nam rząd nic nie daje. Niestety sami musimy płacić za ogrzewanie swoich domów. Sudańczyk pożegnał się z nami i pośpiesznym krokiem poszedł przed siebie ponieważ zbliżał się patrol policji. To bardzo miło z ich strony, że w nocy dbają o bezpieczeństwo na plaży. Patrol składał się z dwóch policjantów i policjantki. Obydwaj mundurowi mieli ze sobą karabiny maszynowe M16 a Pani miała przy sobie broń krótką. Dochodziła już prawie północ więc trzeba było iść spać. Jutro z rezydentką jechaliśmy zwiedzać Mombasę.


CDN...
gienek_pa
 
Posty: 31
Dołączył(a): Śr paź 21, 2009 8:20 am

Kenia styczeń 2010. Wspomnienia

Postprzez gienek_pa » Cz lut 04, 2010 2:43 pm

Hotel Kenya Bay znajdował się T U T A J

Potem zamieszczę i podam link do pliku ze wszystkimi waypointami ciekawych miejsc zarejestrowanych GPSem.

Jak już napisałem wcześniej hotel położony był nad samiutką plażą i jak widać na mapie to z hotelu było znacznie bliżej do Nyali niż Mombasy. Plaża hotelowa wypełniona była po brzegi handlarzami wszystkim co tylko turysta może chcieć kupić

Obrazek

Piasek na plaży bardzo drobny i jasny. W słoneczny dzień miał prawie kolor naszego śniegu. Ocean miał strasznie duże odpływy i przypływy. Dziwne bo Sri Lanka leży przecież na tym samym oceanie a tam przypływów i odpływów prawie wcale nie było. Przypływ/odpływ przesuwał się każdego dnia o około pół godziny. Woda potrafiła się cofnąć prawie o kilometr odkrywając błotniste dno gęsto porośnięte algami. Część tych alg była wyrzucana przez morze na plażę powodując że plaża wyglądała zwyczajnie zasyfiona. Co prawda miejscowi je grabili w kupki lub rządki ale, żeby wpaść na pomysł żeby je zabrać i wywieźć to już przekraczało poziom ich wyobraźni. Czekali aż ocean zabierze te kupki z powrotem. Niestety zabrane kupki zgrabionych alg nie przepadały bezpowrotnie w morskich głębinach tylko po dość krótkim czasie były wywalane z powrotem na plażę z dodatkiem nowo urwanych alg. Takie działanie tubylców powodowało tylko to, że tych alg na plaży ciągle przybywało. Jeśli oni podchodzą w identyczny sposób do innych prac to nic dziwnego, że kraj jest dość biedny.
Tego dnia mieliśmy jechać zwiedzać Mombasę. Z rana od razu po śniadanku wsiedliśmy do busa i w drogę. Pierwszym punktem programu była fabryka pamiątek z drewna która znajdowała się po drugiej stronie Mombasy. KLIK

Po otwarciu linku do danej lokalizacji z lewej strony są opisane poszczególne waypointy. Należy kliknąć na Obrazek który wskaże nam na mapie opisywaną lokalizację

Jadąc do fabryki pamiątek nasza Pani rezydent opowiadała o Kenii. Mówiła o tym jak pomoce humanitarne które trafiają do tego kraju z Europy są rozkradane na poszczególnych szczeblach. Gdy docierają one do tych potrzebujących to zazwyczaj niewiele już zostaje. Pewnie ci potrzebujący też chętnie sobie coś ukradliby ale nie mają niestety takiej możliwości ;) Obrazek. Opowiadała też o tym jak pewnego razu przyszła od Unii Europejskiej dość duża pomoc przeznaczona na poprawę warunków edukacji dzieci. Niestety wszystko zostało rozkradzione i informacja o tej pomocy miała nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Traf chciał, że o tej pomocy i o tym co się z nią stało dowiedziały się media. Kenijczycy choć są przyzwyczajeni do korupcji i do tego, że kradzież to takie samo zajęcie jak każde inne i nie ma w tym nic złego, to wiedzą, że edukacja to klucz do lepszej przyszłości ich dzieci. Informacja o tym, że wysokie władze, pomoc humanitarną przeznaczoną na poprawę bytu ich dzieci przeznaczyli na poprawę własnego i tak już dobrego statusu materialnego wzbudziła w nich ogromną złość. Chwycili za meczety, kije bejsbolowe oraz inne przedmioty pierwszej potrzeby ;) i w kraju wybuchły zamieszki które oczywiście zostały szybciutko i brutalnie stłumione przez wojsko i policję. Życie w tym kraju powróciło do dawnego wolnego tempa (polepole) Obrazek
Słuchając opowieści rezydentki obserwowałem zmieniający się za oknem krajobraz. W Nyali w większości przeważały wielkie luksusowe wille ogrodzone wysokim murem zakończonym ostrym tłuczonym szkłem. Takie zabezpieczenia domów przez mieszkających tam ludzi dobitnie świadczy o poziomie przestępczości jaki panuje w tym kraju. Mijaliśmy ludzi którzy pozornie bezcelowo stali przy drodze

Obrazek

Zwróciłem uwagę na transport. Najbardziej popularnym środkiem przewozu ludzi są chyba matatu ale poza nimi zdarzają się też tuk tuki, oraz taksówki motocyklowe. Te ostatnie są chyba najbardziej dziwnym sposobem komunikacji miejskiej. Motocyklista wiezie zwyczajnie pasażera z tyłu za sobą na najzwyklejszym w świecie motocyklu. Moją uwagę zwrócili tzw. wózkowi. Są to osoby które zajmują się przewozem towarów. Często wody w kanistrach. Odbywa się to w ten sposób, że gostek zwyczajnie pcha przed sobą wyładowany po brzegi różnym towarem dwu kołowy wózek. Musi to byś strasznie ciężka praca. Dojechaliśmy do celu. Pani rezydent oprowadzała nas pomiędzy barakami w których siedzieli ludzie i dłubali w drewnie różne piękne przedmioty.

Obrazek

Opowiadała ona iż produkcja jest wyspecjalizowana to znaczy, że jeden Pan rzeźbi jedną nogę od słonia inny tulów jeszcze inny głowę itp... .

Efekt końcowy jest przeważnie bardzo imponujący

Obrazek

W pewnym momencie jeden z rzeźbiarzy zaproponował nam kupno plasterków z [url=http://pl.wikipedia.org/wiki/Mahoń]mahoniu[/url]. Bardzo mi się one spodobały. Niestety nie było ich w ofercie sklepiku fabryki więc postanowiłem je kupić od pracownika płacąc mu po dolarze za 1 szt. Używam je teraz w domu jako ekskluzywne podkładki pod szklanki z herbatą. Po zwiedzaniu fabryki przyszła kolej na zakupy w ich firmowym sklepiku

Obrazek

Produkty są tam tańsze niż te oferowane na plaży. Handlarze z plaż najczęściej zaopatrują się właśnie w tej fabryce.
Potem przyszła kolej na zwiedzanie świątyni hinduistycznej. Co prawda świątynia w której byliśmy była o wiele mniej okazała niż ta którą pamiętam ze Sri Lanki ale na pewno była warta zobaczenia. Świątynie hinduistyczne są bardzo kolorowe w środku i na zewnątrz. Moją uwagę przykuły obrazy które przedstawiały wyobrażenie piekła. Namalowane były tam konkretne kary za konkretne przestępstwa.

Obrazek

Po świątyni przyszła kolej na słynne kły z Mombasy. Co prawda z bliska robią one o wiele mniejsze wrażenie niż z daleka ale na pewno są pozycją godną zobaczenia.
Obrazek

Następnie pojechaliśmy zwiedzić afrykański bazar.

Znajduje się on w TYM miejscu Mombasy.

Można tam było kupić dosłownie wszystko.

Obrazek

Kolejny punkt wycieczki to Fort Jesus. Prawdę powiedziawszy niezbyt mi się on podobał. Na początku od razu rzuca się w oczy tablica pamiątkowa.

Obrazek

a potem fajne armaty

Obrazek

Po wyjściu z Fortu Jesus poszliśmy wymienić USD na szylingi kenijskie. Nieopodal znajdował się kantor który oferuje bardzo dobry przelicznik. Przynajmniej tak twierdziła nasza przewodniczka Obrazek . Co najważniejsze ten kantor skupuje też stare dolary po normalnym kursie. Znajduje się on w TYM miejscu. Po wymianie i przeliczeniu wyszedł mi kurs 10PLN = 244,9KsH. Teraz mogliśmy już swobodnie dokonywać zakupów w każdym miejscu Kenii. Na początek zaopatrzyliśmy się w wodę i pocztówki. Ich wybór w Kenii jest naprawdę bardzo spory. Następnie przyszedł czas na spacer ulicami starówki. Bardzo mi się podobała ta część miasta. Była schludna i posprzątana. Sprzedawcy siedzieli przed sklepami i grzecznie zapraszali nas żebyśmy weszli i spojrzeli na towar. Zero chamstwa takiego jak u Arabów w Tunezji.

Obrazek

Zwiedzanie starówki zakończyliśmy w starym porcie. Oczywiście mieliśmy tam pokaz ciężkiej pracy tubylców. Dziesięciu stoi jeden ledwo się rusza Obrazek

Obrazek

Następnie załadowaliśmy się do busika i pojechaliśmy zobaczyć słynne promy które łączą Mombasę z Likoni. Bardzo ciekawy widok. W sumie pływa tam tych promów cztery i każdy za każdym razem jest załadowany po brzegi ludźmi i samochodami. Jak już prom dobije do brzegu to wygląda to tak jak wędrówka do ziemi obiecanej tylko, że w przyśpieszonym tempie. Wszyscy biegną co jest rzadkim widokiem wśród Kenijczyków. Pierwszych kilkadziesiąt osób ma szansę na złapanie matatu.

Obrazek

Na tym zakończyliśmy zwiedzanie Mombasy. Moim zdaniem wycieczka była rewelacyjna i wszystkim ją polecam. W drodze powrotnej poprosiliśmy naszą Panią rezydent, żeby się zatrzymać obok Nakumattu (lokalny hipermarket) a potem już wróciliśmy prościutko do swoich hoteli.

Przebieg trasy naszego zwiedzania można zobaczyć T U T A J

CDN...
gienek_pa
 
Posty: 31
Dołączył(a): Śr paź 21, 2009 8:20 am

Re: Kenia styczeń 2010. Wspomnienia

Postprzez gienek_pa » Pn lut 08, 2010 2:51 pm

Przyszedł w końcu dzień w którym jechaliśmy na Safari. To było 7 stycznia. Wyjeżdżaliśmy jeszcze przed świtem. W recepcji hotelu było przygotowane dla nas coś w stylu śniadania. Nie było tego dużo ale pozwalało na przegryzienie co nieco. W hotelu Kenya Bay poza nami była jeszcze jedna para polaków. Fajnie się z nimi dogadywaliśmy. Busik miejscowego biura podróży zajechał po nas jak jeszcze ciemno było. Załadowaliśmy się do niego i w drogę. Kierowca mówił po polsku. Szkoda, że nie jechała z nami nasza Pani rezydent Agnieszka. Powiem tylko, że nigdy w żadnym biurze podróży nie spotkałem się z taką profesjonalną obsługą żadnego rezydenta. Inni rezydenci powinni się uczyć podejścia do klienta od Pani Agnieszki z Rainbow Tours. Jest ona wzorem profesjonalnego zachowania rezydenta.
Na początku przejazd do Mombasy i tam postój i oczekiwanie na grupę z południa. Oni zawsze się spóźniali ponieważ przeprawa promowa zawsze długo trwa. W końcu przyjechali. Przesiadła się od nich do nas jeszcze jedna para i w drogę. W busach było po 6 osób. Po drodze podziwiałem zmieniający się krajobraz Kenii. Droga aż do samego parku była asfaltowa

Obrazek

Po drodze zatrzymaliśmy się na siku w TYM miejscu. Ubikacja jest za darmo ale urządzone jest to w ten sposób, że żeby do niej się dostać to trzeba przejść przez calutki sklep z pamiątkami. Sklep zaopatrzony oczywiście ekstra i można w nim na przykład wypić kawę.

Obrazek]

Przyszedł czas na dalszą drogę. Po kilku godzinach jazdy w końcu dotarliśmy na miejsce. Brama parku Tsavo East prezentowała się imponująco.

Obrazek

Podszedł do nas strażnik parku i przeprowadził wykład na temat zachowywania się w parku narodowym. Nie można wysiadać z samochodu, nie można otwierać okien itp... . Potem chciał nam sprzedać kapelusze z takim sznureczkiem pod brodą. W sumie to mocowanie kapelusza przydałoby się bo tego dnia strasznie "piździło" i mogło skończyć się to zwianiem czapki z głowy. Wszystkie kapelusze były w kolorze safari. Mieliśmy dość nagadywania gościa bo tylko odwlekał nasz wjazd do parku, więc zrobiliśmy sobie jaja z tego strażnika i każdy pojechał po nim ile tylko chciał. Zapytałem się jego "ej facet a masz te kapelusze zielone w czerwone serduszka". Gość oczywiście nie w ząb po polsku więc zacząłem mu tłumaczyć: "Masz te kapelusze green w serduszka red?" Gość nie łapał ani trochę o co mi chodzi a ludzie którzy byli w autobusie wybuchnęli śmiechem i włączyli się do dyskusji. Jedna pani zaczęła zalewając się śmiechem mówić do niego: "A ja chcę różowy kapelusz. Masz różowy kapelusz? Rozumiesz co do ciebie mówię? Masz pink kapelusz? Taki sam jak trzymasz w ręku tylko piinnkk." Wszyscy zalewali się śmiechem Obrazek Obrazek Obrazek a strażnik chyba zrozumiał, że sobie jaja z niego robimy więc odwrócił się obrażony i poszedł pozostałym wciskać kapelusze. W końcu przejechaliśmy przez bramę Tsavo

Obrazek

i z niecierpliwością wypatrywaliśmy zwierząt. Na początku nic nie było i zaczęliśmy się wkurzać, że jedyne co tu można spotkać to zapalenie płuc bo piździ jak u nas w Polsce w kieleckim w listopadową noc. Potem spotkaliśmy na termitierze jakąś jaszczurę. Dosyć fajnie to wyglądało.

Obrazek

Długo długo nic aż w końcu w oddali wypatrzyliśmy jakieś zebry. Szkoda tylko, że tak daleko.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Potem w oddali wypatrzyliśmy majestatycznie kroczącego słonia

Obrazek

To całkiem blisko siedzącą gazelę. Kto wie co to za gatunek gazeli? Jakoś nie mogę sobie skojarzyć.

Obrazek

Następnie jakiś struś pałętał się sobie w oddali

Obrazek

A potem przy samej drodze całe stadko gazeli

Obrazek

Obrazek

Jedna z Pań powiedział do kierowcy. Ej kierowco my nie chcemy już gazeli ani patrzeć na zwierzęta z daleka. Pokaż nam coś większego z bliska. Stało się tak jakby wypowiedziała magiczne zaklęcie. Przejechaliśmy kolejny krzak a tu stoją żyrafy. Byliśmy zachwyceni. Wszystkie zwierzęta w parku są takie zdrowe, lśniące, pluszowe. Prawie jak zabawki. Tylko, że się ruszają. Zdjęcia tego widoku nie oddają.

Obrazek

Obrazek


Obrazek

Potem po drodze spotkaliśmy jakąś wiewiórę

Obrazek

W międzyczasie wyjrzało słoneczko i zrobiło się cieplutko. Od razu wszystkim poprawił się humor. W oddali wypatrzyliśmy żyrafy. Ustawiły się jak do pocztówki :skromny:

Obrazek

Potem całkiem blisko samochodu zaczął wyłaniać się zza krzaka wielki czerwony słoń.

Obrazek

Zaczęliśmy się śmiać, że czas skończyć z alkoholem bo już widzimy różowe słonie ;)

Za tym słoniem wędrowało całe stadko

Obrazek

Widać było jak trąbą wkładają sobie trawę do buzi i przeżuwają.

Obrazek

Obrazek

Jadąc dalej spotkaliśmy pawiany. Podobno są to największe psotniki w afryce. Potrafią wejść do samochodu lub domu i zabrać wszystko co im się tylko podoba.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zbliżała się pora lanczu więc skierowaliśmy się w stronę Ledge Voi. To tu mieliśmy spędzić noc na sawannie. Po drodze mijaliśmy malownicze skały.

Obrazek

Ach ta afrykańska czerwona ziemia. Nie wiem czemu ale w tym safari to właśnie ta wszędzie będąca czerwona ziemia zrobiła na mnie największe wrażenie. Oczywiście po lanczu dalszy ciąg zwiedzania Tsavo East.

CDN...
gienek_pa
 
Posty: 31
Dołączył(a): Śr paź 21, 2009 8:20 am

Kenia styczeń 2010. Wspomnienia

Postprzez gienek_pa » Wt lut 09, 2010 12:26 pm

W końcu dojechaliśmy do Lodge Voi. Znajdowało się ono w T Y M miejscu. Był to bardzo malowniczo położony hotel. Zbudowano go na wysokiej górze z której rozciągał się widok na Park Narodowy Tsavo East.

Obrazek klik aby powiększyć

Stałem nad urwiskiem i przez kilkanaście minut patrzyłem na zapierający dech w piersiach pejzaż. Z letargu wyrwał mnie ponaglający głos żony Chciała ona już iść na obiad. Dochodząc do stołówki do moich nozdrzy doleciał zapach który spowodował natychmiastowe wydzielanie się soków trawiennych. Poczułem ostry głód.
Hotelowa stołówka była urządzona w ten sposób, że z jednej strony nie miała ściany tylko taras widokowy na którym ustawione były stoliki. Jedząc można było patrzeć na położony o jakieś 90m niżej wodopój do którego ciągle przychodziło jakieś zwierzę. Po obiedzie chwila przerwy. Rozpakowaliśmy w pokoju swoje rzeczy. Niestety pokoje nie były tak bardzo imponujące jak zewnętrzna część lodży. Ja podłączyłem kamerę do ładowania i poszedłem trochę po plątać się i pstryknąć kilka fotek. Przy wyjściu na hotelowe podwórko stał zaparkowany duży samochód terenowy którym przyjechała grupa z Niemiec. Miał on po otwierane wszystkie szyby. Pewnie zrobili to, żeby samochód zbyt mocno nie nagrzał się. Nie przewidzieli niestety jednego. Idąc w kierunku samochodu dostrzegłem, że jest w nim pawian i z wielką satysfakcją przegląda zawartość wszystkich zakamarków kabiny samochodu jednocześnie wyrzucając przez okno wszystko to co uznał, że jest mu nieprzydatne. Zacząłem klaskać w dłonie i pokrzykiwać. Niestety pawian zignorował moje próby wypędzenia go ze środka i nie przerywał przeczesywania samochodu. Dopiero gdy zacząłem zdecydowanym krokiem iść w jego kierunku to wyskoczył z kabiny przez okno na dach samochodu a stamtąd na dach lodży i tyle go widziałem.
Podczas robienia pamiątkowych fotek musiałem przepędzać pałętające się pawiany bo to ciekawskie zwierzęta i zbyt mocno nie boją się ludzi

U dołu za krzakami widoczne wodopoje
Obrazek


W każdym oknie była wstawiona siatka. Niestety nie chroniła ona przed najmniejszymi owadami.
Obrazek

Widok na wodopój
Obrazek

Przed wejściem do lodży był bardzo ładny w idoczek
Obrazek

W końcu znów ruszyliśmy szukać zwierząt. Jechaliśmy przez płaski teren urozmaicony od czasu do czasu jakąś górką

Obrazek
Moją uwagę przykuła akacja która ozdobiona była setkami ptasich gniazd

Obrazek

Mijaliśmy stada znanych już nam gazel i nic ciekawego nie działo się. Od czasu do czasu trafiał się jakiś bawolec czyli tak zwana antylopa krowia.

Obrazek

Siedzieliśmy znudzeni rządni zobaczenia czegoś ciekawego. Wtem usłyszałem w radiu kierowcy simba. Od razu się ożywiłem. Kierowca szybko zawrócił i pognał w znanym tylko dla niego kierunku. Wyjechaliśmy z parku i zobaczyliśmy kilka samochodów które na coś czekały. Podjechaliśmy bliżej. Zobaczyłem lwa który schował się w krzakach. Czekaliśmy cierpliwie. Niestety lew nie miał zamiaru ruszyć tyłka zza krzaków. W końcu zawiedzeni pojechaliśmy. Gdy przejechaliśmy na sąsiednią drogę spostrzegliśmy naszego lwa a może lwicę. Kto to wie. W parku Tsavo lwy bardzo często nie mają grzywy więc tak do końca nie wiadomo czy to samiec czy samica. Początkowo lew powoli oddalał się od nas.

Obrazek

aż w końcu zatrzymał się

Obrazek

Było widać pod skórą jego potężne mięśnie. Tak na oko to jakieś 200kg żywej wagi. Człowiek w starciu z taką bestią nie miałby żadnych szans.

Obrazek

Lew rozejrzał się, zawrócił i zaczął iść w naszym kierunku.

Obrazek

Zacząłem nerwowo przyglądać się jak działa mechanizm zamykania dachu w samochodzie. Przecież wystarczyłby jeden sus aby ten lew znalazł się w środku samochodu. Szybki i łatwy pokarm. Siedzieliśmy jak sardynki w puszce a obok nas przechodziło pewnie głodne zwierze. Na szczęście okazało się, że ten lew nie lubi konserw ;) Lew przeszedł dwa metry przed samochodem i poszedł sobie do drugiego lwa który jak się później okazało stał z drugiej strony samochodu lecz wszyscy byli w stresie i nikt tego nie zauważył.

Obrazek

Już wiem czemu nie można wysiadać z samochodu podczas safari. To że my nie widzimy zwierząt to wcale nie oznacza, że one nie widzą nas. Obydwa lwy wolnym krokiem zaczęły oddalać się od nas aż w końcu zniknęły w trawach.
Zastanawiam się, jak żyją ludzie w pobliskich wioskach. Przecież te parki nie są w jakikolwiek sposób ogrodzone. Te spotkanie z lwami które przed chwilą opisywałem było poza granicami parku.
Ruszyliśmy dalej choć to nie właściwe określenie. Kierowca jeździł cały czas w kółko co będzie widoczne na załączonym pod koniec tego opisu śladzie z podróży. Jeżdżąc tam i z powrotem spotkaliśmy jeszcze pasącego się bawoła który z zainteresowaniem nam się przyglądał.

Obrazek

Bawoły to podobno bardzo agresywne zwierzęta. Temu na szczęście nie chciało się nas atakować ;)

Potem wróciliśmy do lodży na kolację. Po kolacji usiedliśmy ze znajomymi z naszego hotelu i raczyliśmy się własnoręcznie przyrządzonymi drinkami z kupionego w hotelu soku pomarańczowego i lokalnej wódki. Żadne tam jakieś przywiezione badziewie typu whisky tylko lokalna safari vodka. W końcu pojechałem do tego odległego kraju, żeby zapoznawać się z ich lokalną kulturą ;) a nie raczyć się tym co bez problemu mogę kupić w Polsce. Nie posmarowałem się wszystko odpędzającym łącznie z murzynami, środkiem na komary o zawartości DEET 100% który przywiozłem ze sobą z Polski więc całego mnie pożarły podczas wieczornego drinkowania. Miejsce które wybraliśmy było cudowne. W dole wodopój ze zwierzętami a obok nas basen. Żyć nie umierać.

Po wszystkim poszliśmy spać. Niestety pokoje nie były zbyt ekskluzywne. W nocy okazało się, że moskitiera była porwana i coś po mnie łazi, gryzie a na dodatek bzyczy nad uchem. Wstałem wysmarowałem się cały DEET 100% i poszedłem spać. Nie lubię tego bo ten środek jest oleisty i jest się całym lepkim ale po jego użyciu ma się spokój na jakieś 12h. Rano obudziłem się rześki i wypoczęty. Szybko poleciałem na śniadanie. Dziś wyjeżdżaliśmy na dalsze poszukiwanie zwierząt.

Drogę którą pokonaliśmy podczas pierwszego dnia safari można zobaczyć T U T A J

CDN...
gienek_pa
 
Posty: 31
Dołączył(a): Śr paź 21, 2009 8:20 am

Re: Kenia styczeń 2010. Wspomnienia

Postprzez goroh » Wt lut 09, 2010 1:59 pm

Jadąc dalej spotkaliśmy pawiany. Podobno są to największe psotniki w afryce. Potrafią wejść do samochodu lub domu i zabrać wszystko co im się tylko podoba.


Kiedys ogladalem jakis dokument o tych stworzeniach(Discovery albo NG). Potrafia zawinac tez niemowlaki z chat.
Jak sie miedzy soba tluka tez kew sie ostro leje. Ja mialem wrazenie ze makaki to wredne istoty, ale chyba daleko im do pawianow...
pzdr
goroh
 
Posty: 585
Dołączył(a): Cz gru 15, 2005 2:04 pm
Lokalizacja: Zhengzhou (Chiny)

Re: Kenia styczeń 2010. Wspomnienia

Postprzez gienek_pa » Śr lut 10, 2010 1:32 pm

Wyruszyliśmy na safari skoro świt. Teraz to już przygotowaliśmy się do zwiedzania jak należy czyli długie spodnie i porządny polar. Żaden zimny wiatr nie był nam straszny. Jak wyjeżdżaliśmy z lodży to dobrze nawet nie rozwidniło się. Na początku dostrzegliśmy stado słoni w oddali

Obrazek

Potem jadąc zauważyliśmy samotną żyrafę i zaczęliśmy krzyczeć aby nasz kierowca zatrzymał się. Usłyszeliśmy "nie teraz" i pomknęliśmy przed siebie. Wiedzieliśmy, że szykuje dla nas coś specjalnego. Zatrzymaliśmy się i naszym oczom ukazała się rodzinka lwów. Było tam dwie dorosłe samice i trójka młodych. Niestety były one w znacznej odległości od nas i mój Canon PowerShot A720 nawet z dokręconym telekonwerterem nie pozwalał na wykonanie dobrej jakości zdjęć. Ech muszę kiedyś kupić sobie jakąś lustrzankę. Wszystkie lwy wpatrywały się w jeden punkt.

Obrazek

Obrazek

Zastanawiałem na co one tak patrzą. Okazało się, że nieopodal pasie się stado bawołów.

Obrazek

Ucieszyłem się bo myślałem, że za chwilę będę świadkiem polowania na bawoły. Niestety przeliczyłem się. To bawoły zapolowały na lwy. Dorosły duży samiec zaczął iść zdecydowanym krokiem w kierunku lwów a te odwróciły się i z podkulonymi ogonami oddaliły się w tylko dla siebie znanym kierunku.
Po tym zdarzeniu pojeździliśmy jeszcze trochę po Tsavo spotykając tylko małe roślinożercy. Spotkaliśmy też najmniejszą antylopę świata. Wygląda to tak jak nasza sarenka tylko, że wielkości królika. Niestety nie uwidoczniłem jej na zdjęciu. Mam to nagrane filmie. Potem oczywiście śniadanko. Po śniadanku chcieliśmy, żeby nasz kierowca zawiózł nas nad rzekę Tsavo bo chcieliśmy zobaczyć krokodyle. Ten uparł się, że nie powiezie bo to zbyt daleko. Nie to nie. Ech to podejście do pracy czarnych. Nic dziwnego, że ich kraj jest taki biedny. Odbiło się to bardzo niekorzystnie na jego napiwku. To było już koniec safari. I gdzie tu te dwa dni o których jest napisane w programie wycieczki opracowanym przez Raibow Tours? Wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy w kierunku Mombasy. Po drodze rozmawialiśmy o chorobach tropikalnych przenoszonych przez owady. Głównym tematem rozmowy była mucha tse tse która zamieszkuje też Kenię.

Obrazek

Przenosi ona pasożyty o nazwie świdrowce. Do zarażenia dochodzi w podobny sposób jak malarią. Czyli mucha nas gryzie a z jej śliną do naszego krwiobiegu dostają się świdrowce które powodują chorobę o wiele groźniejszą niż malaria.
Tą chorobą jest śpiączka afrykańska. Przebieg choroby jest następujący. Na początku jest temperatura, potem powiększają się węzły chłonne. Dalej dochodzi do zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych co prowadzi do śpiączki i w końcowym etapie do śmierci. Nic przyjemnego. Gdy tak rozmawialiśmy o tych choróbskach to przypomniałem sobie jak kiedyś czytałem powieść w Pustyni i w Puszczy. Był tam taki fragment gdy Staś spotyka faceta którego tragarzy pogryzły muchy tse tse. Zapadli ono w śpiączkę a potem po kolei budzili się i w szale biegli w las gdzie umierali okrutną śmiercią. Brrr. Dobrze, że mi nic takiego nie przytrafiło się. Gdy czytałem ta książkę to marzyłem o tym, żeby odwiedzić choć część tych miejsc którymi wędrowali Staś i Nel. Od przeczytania książki minęło jakieś 25 lat i powoli zaczynam realizować swoje marzenia z dzieciństwa. Co prawda to nie dokładnie ten sam region ale przynajmniej mniej więcej w tym samym kierunku Obrazek
Gdy tak opowiadaliśmy sobie makabryczne objawy tropikalnych choróbsk dojechaliśmy do pierwszego przystanku, czyli sklepiku powiązanego z kibelkiem. Był to inny sklepik niż ten do którego zajeżdżaliśmy jadąc na safari ale położony bardzo blisko niego. Znajdował się on w T Y M miejscu. Po załatwieniu wszystkich swoich potrzeb zawróciliśmy i pojechaliśmy do wioski masajskiej. Znajdowała się ona w T Y M miejscu.
Przywitał nas wódz wioski i zebrał po 25USD od osoby. Potem oprowadzał nas po wiosce, pokazywał i opowiadał jak żyją.

Masajowie to dumny naród.

Obrazek

Nie są takimi dziadami jak ci naciągacze z plaży. Ich dzieci podobnie jak nasze są bardzo ciekawskie i lubią słodycze

Obrazek

Na początku oprowadzał nas po wiosce. Chodziliśmy od chaty do chaty i zapoznawaliśmy się z mieszkańcami.

Obrazek

Wszyscy byli bardzo mili

Obrazek

Obrazek

Potem przyszła kolej na zwiedzanie chaty masajskiej. Głównym budulcem ich domów jest krowie gówno i glina. Na początku budują szkielet chaty z gałęzi a potem obsmarowują go miksem krowich kup i gliny (prawie jak w naszej reklamie: dodaj kupę do kakao.... czekoladę masz wspaniałą... terravita terravita.... czekolada znakomita.... Obrazek ) Potem ten miks kup i gliny wypala się na słońcu i powstają twarde ściany i dach nieprzepuszczalne dla deszczu. W środku takiej chaty panuje prawie całkowity mrok. Po wejściu i przejściu długim przedpokojem trafiamy do sypialni

Obrazek

Łóżko nie wygląda na zbyt obszerne i wygodnie szczególnie, że śpi na nim kilka osób. Zazwyczaj w domu jest dwie takie sypialnie. Jedna dla mężczyzn a druga dla kobiet. Gdy parę małżeńską najdzie ochota na Obrazek to pozostali domownicy wychodzą z chaty a oni mogą robić wszystko na co tylko mają ochotę i wcale nie muszą zachowywać się cicho bo mają całą chatę wyłącznie dla siebie Obrazek
Obok sypialni jest kuchnia a w niej coś w stylu naszej kuchenki indukcyjnej

Obrazek

Oczywiście w kuchni jest też ekstra kredens.

Obrazek

Gdy oglądałem chatę to przypomniał mi się film "Biała Masajka". Opowiada on o kobiecie która wyszła za wojownika Samburu. Gościówa była zaradna więc i w afryce nie cierpiałaby biedy. Szybko rozkręciła interes, otworzyła sklep i starała się zapewnić swojej rodzinie dobrobyt. Kupiła nawet samochód. Jej mąż był typowym Afrykaninem. Totalnie nic nie robił a na domiar złego trwonił i rozdawał znajomym to co udało się zarobić żonie. Jedyne określenie na takiego typowego mieszkańca afryki to śmierdzący leń, łajdak i totalny nierób. Na dodatek był bardzo zazdrosny i regularnie urządzał żonie awantury. Jak nie trudno domyśleć się ich małżeństwo tego nie wytrzymało. Bohaterka filmu zabiera dziecko i wraca do europy.
Oglądając te chaty europejczykom wydaje się "o jej jacy ci Masajowie są biedni" Czy oni są rzeczywiście biedni? Bogaczami na pewno nie są ale głodu i niedostatku też nie cierpią. Nieźle zarabiają na turystach a życie zgodne z tradycjami to ich świadomy wybór. Co do chat to w Afryce nie ma potrzeby stawiania solidnych konstrukcji o izolowanych ścianach. Tam nie ma potrzeby chronić wnętrza przed zimnem. Fakt, że nie mają łazienek i wody bieżącej ale po dziś dzień w Polsce w sporej ilości mieszkańców podlaskich wiosek nie ma łazienek ani wody bieżącej. Za potrzebą chodzą do wychodka a wodę do domu przynoszą wiadrami. Sam do niedawna mieszkałem na wsi w takich warunkach. Ludzie z miasta zazdroszczą jak to się żyje wspaniale mieszkańcom wsi ponieważ nie płacą ZUSu tylko KRUS. Zazdroszcząc im nie biorą pod uwagę faktu, że rolnicza emerytura to niecałe 700zł na rękę.
Kontynuowaliśmy zwiedzanie wiosek. Następnym naszym celem była masajska szkoła do której chodzą ich dzieci.

Obrazek

Obrazek

Budynek szkoły pełnił dwie role. W dni świąteczne służył jako kościół a w pozostałe dni jako szkoła. Masajowie są chrześcijanami więc na szczytowej ścianie z gałęzi był zbudowany krzyż. Konstrukcja budynku była trochę inna niż chat. Przede wszystkim był wyższy co umożliwiało chodzenie w postawie wyprostowanej. Ściany były zrobione podobnie jak w chatach czyli miks krowich kup i gliny natomiast pokrycie dachu było z falistej ocynkowanej blachy. W szkole było widno i przestronnie
Obrazek

Wódz wioski opowiadał, że ta szkoła to coś w rodzaju naszej podstawówki. Wynajmują oni prywatnego nauczyciela który codziennie przyjeżdża do wioski. Po skończeniu szkoły podstawowej dalsze etapy nauki odbywają się w mieście. Zresztą bardzo podobnie jak w Polsce. Zazwyczaj na wsiach są tylko podstawówki ewentualnie gimnazja. Szkoły średnie to już zazwyczaj tylko w miastach.
Podobnie jak w Polsce na szkolnym podwórku było mnóstwo dzieci.

Obrazek

Z tą różnicą, że w Polsce zazwyczaj dzieci mają bardziej kompletne ubrania. ;)

Obrazek

Po zwiedzaniu szkoły przyszła kolej na naukę zapalania ognia za pomocą drewna o różnej twardości. Pod spód wkłada się mocno wysuszoną kupę słonia na niej kładzie się jedno drewno a drugim kawałkiem drewna mocno się pociera o to dolne. Pochwalę się, że prawie udało mi się rozpalić ogień. Z drewna zaczął wydobywać się dym i pewnie kupa słonia zapłonęłaby ogniem gdyby Masajowie mi nie przerwali

Obrazek

Po wszystkim tańczyliśmy z Masajami do białego rana ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

O tak właśnie tańczyłem z Masajami ObrazekObrazekObrazekObrazek. Co prawda słabo mi wychodziło ale zabawa była pierwsza klasa.

kliknij aby obejrzeć film

Po imprezie gdy wszyscy już wytańczyli się do woli zapoznaliśmy Masajów z naszą prasą ilustrowaną która przedstawia życie dnia codziennego mzungu. Obrazek

Obrazek

a następnie jedna z uczestniczek naszej wycieczki pokazała na zdjęciach mieszkańcom wioski jak wygląda Polska zimą i jak wyglądają u nas wnętrza domów. Spotkało się to z ich strony z wielkim zainteresowaniem. Było miło ale przyszedł czas ruszać do hotelu. Pożegnaliśmy się, pomachaliśmy Obrazek i ruszyliśmy w drogę powrotną. Po dojechaniu do miejscowości Maritini okazało się, że na głównej drodze był chyba jakiś wypadek bo był totalny korek. Nasz kierowca postanowił ominąć ten korek bocznymi drogami i skręcił w ulicę Magongo RD. Wjechaliśmy do dzielnicy biedoty. Wszyscy mówią o dzielnicy biedoty w Mombasie która nazywa się Likoni ale Likoni w porównaniu z miejscem do którego wjechaliśmy to wzór dostatku i dobrobytu. Kto wie. Może kierowca chciał nam pokazać jak wygląda życie w przedmieściach Mombasy. Miejscowość Maritini znajduje się tuż obok lotniska w Mombasie a dzielnica którą opisuję jest w T Y M miejscu. Mieszkańcy tego miejsca nie są uśmiechniętymi murzynkami jakich można spotkać obok nadmorskich kurortów. Na ich twarzach rysuje się nienawiść, oczy są pełne wściekłości. Gdy przejeżdżaliśmy wśród nich to pokazywali na nas palcami i wykrzykiwali ze wściekłością "mzungu coś tam coś tam". Jedna Pani pstryknęła im fotkę. Reakcja tubylców była natychmiastowa. Od razu chwycili za kamienie i zaczęli rzucać w nasz busik. Aż strach normalnie się zrobiło. Nie daj boże samochód zepsułby się w tym miejscu to każdy z nas skończyłby przecięty na pół maczetą.
Ulica wyglądała tak, że po obu stronach stały jakieś rozpierdolone szopy a w nich jakieś pseudo sklepiki. Wokół tych sklepików były góry śmieci

Obrazek

Potem żartowaliśmy ze znajomymi, że już wkrótce Kilimandżaro nie będzie najwyższym szczytem w Afryce. Niedługo przerosną go hałdy śmieci na przedmieściach Mombasy. Zamiast siać nienawiść i rzucać kamieniami to lepiej wzięliby się dziady jedne do roboty. Proponuję zacząć od posprzątania wszędzie będącego tam syfu. Jak byłoby u nich ładnie posprzątane to może zaczęliby przyjeżdżać turyści a jak zapewne wszystkim wiadomo turyści zawsze zostawiają jakieś pieniądze.
Na szczęście przejechaliśmy tą dzielnicę w jednym kawałku. Potem była dzielnica średniej klasy i zupełna zmiana krajobrazu. Ulica ładnie wysprzątana, od czasu do czasu jakiś sklepik. Domki skromne ale zadbane. Ciekawe czemu u ludzi ze średniej klasy jest ładnie posprzątane a w dzielnicy biedoty taki syf? Czyżby w dzielnicy średniej klasy sprzątał sam stwórca a o biedakach zapomniał? Moim zdaniem to nie tak. Średnia klasa zwyczajnie chce pracować a jak ktoś pracuje to i nie będzie tak bardzo biedny. Zawsze zarobi na swoje i najbliższych utrzymanie. Natomiast mieszkańcy slamsów zamiast wziąć życie w swoje własne ręce i zacząć pracować to czekają aż ktoś im da lub ktoś zrobi za nich co widać po ich otoczeniu. Zawsze może trafi się jakiś ciut bogatszy człowiek którego będzie można przeciąć na pół maczetą i zabrać mu kasę. To o wiele łatwiejsze niż uczciwa praca.
Do hotelu dotarliśmy około godziny szesnastej. Akurat zdążyliśmy na podwieczorek. Daliśmy kierowcy napiwek w wysokości 5USD od osoby. Mieliśmy dać po 10 USD ale z uwagi, że nie chciał nas zawieźć nad rzekę Tsavo to dostał tylko połowę tego. Po jego minie nie widać było wielkiego zadowolenia. Zresztą my też do końca nie byliśmy zadowoleni z jego usług. Tak skończyło się nasze dwu dniowe safari w parku narodowym Tsavo East. Drogę którą przebyliśmy drugiego dnia można zobaczyć w T Y M miejscu.

CDN...
gienek_pa
 
Posty: 31
Dołączył(a): Śr paź 21, 2009 8:20 am

Re: Kenia styczeń 2010. Wspomnienia

Postprzez gienek_pa » Śr lut 10, 2010 1:36 pm

goroh napisał(a):
Kiedys ogladalem jakis dokument o tych stworzeniach(Discovery albo NG). Potrafia zawinac tez niemowlaki z chat.
Jak sie miedzy soba tluka tez kew sie ostro leje. Ja mialem wrazenie ze makaki to wredne istoty, ale chyba daleko im do pawianow...
pzdr


Ogólnie rzecz biorąc małpy to wielkie psotniki, potrafią przenosić choroby groźnie dla ludzi i lepiej trzymać się od nich z daleka
gienek_pa
 
Posty: 31
Dołączył(a): Śr paź 21, 2009 8:20 am

Re: Kenia styczeń 2010. Wspomnienia

Postprzez gienek_pa » Pt lut 12, 2010 1:40 pm

Następny dzień po safari upływał mi w błogim lenistwie aż do godziny 16 bo o tej właśnie godzinie mieliśmy jechać zwiedzać farmę krokodyli która znajdowała się o T U T A J
Busik przyjechał po nas o czasie. Załadowaliśmy się do niego i w drogę. Przed farmą krokodyli jest posąg wielkiego krokodyla z którym na sam koniec zwiedzania pstryknęliśmy zdjęcie. Weszliśmy do farmy. Naszym oczom po obu stronach ścieżki którą szliśmy ukazały się zagrody z krokodylami. W każdej zagrodzie były krokodyle tylko i wyłącznie w danym przedziale wiekowym.
Obrazek

W niektórych klatkach były potwory z wielkimi zębiskami które osiągały do 4 metrów długości.

Obrazek

Po farmie oprowadzał nas jej pracownik który opowiadał o zwyczajach i życiu tych gadów. Mówił, że krokodyle to wielkie lenie (chyba nie większe lenie niż ich opiekunowie) które potrafią leżeć w bezruchu godzinami. Lenistwo ich potęguje to, że nie muszą samodzielnie polować. Pokarm jest im podawany prawie pod sam pysk. Krokodyle mają w większości kolor popielato szary ale co jakiś czas zdarza się, że rodzi się krokodyl albinos

Obrazek

Pan przewodnik pokazał nam też młodego krokodylka. Podobno miał on tylko jeden dzień życia za sobą.

Obrazek


Słodkie maleństwo ale nie odważyłbym się mu wsadzić palca do pyska.

Obrazek

Na koniec zwiedzania sekcji krokodyli był pokaz ich karmienia. Aby pokazać nam jak krokodyle jedzą to pracownik farmy musiał wejść do ich zagrody. Oczywiście nie w roli pokarmu ;) Robił to bardzo ostrożnie. Na początku delikatnie uchylił furtkę zagrody, potem wziął długi drąg i zdzielił im najbliższego krokodyla kilkukrotnie w łeb. Gadzina zawarczała, zasyczała, pokłpała trochę zębiskami ale w końcu dała za wygraną i uciekła do wody. Podobnie postąpił z drugim krokodylem. Potem upewnił się, że w pobliżu nie ma żadnej gadziny i ostrożnie wszedł do ich zagrody z wiaderkiem pełnym mięska. Wszedł na podwyższenie na środku zagrody i delikatnie i powoli opuszczał kawałki mięsa na sznurku. Gdy krokodyl wyłaniał się z wody, żeby chwycić pokarm to Pan który opuszczał mięsko szybciutko je zabierał do góry. Nie przypuszczałem, że krokodyle potrafią być tak bardzo szybkie. Potrafiły wyskoczyć z wody i w ułamku sekundy pochwycić żarcie.
Obrazek

Ci którzy poczuli się głodni obserwując jak krokodyle jedzą mogli sobie kupić szaszłyk z krokodyla. Był drogi i bardzo malutki ale za to smakował wybornie.

Po karmieniu krokodyli przyszła kolej na zwiedzanie klatek z wężami. Było tam mnóstwo różnych pełzających gadów. Chętni mogli pstryknąć sobie zdjęcie z pytonem. O ile wcześniej trzymałem już krokodylka w ręku będąc na Sri Lance o tyle węża miałem okazję potrzymać po raz pierwszy. Zawsze myślałem, że węże są oślizgłe a tu niespodzianka. Nic podobnego.

Obrazek


Skóra węża jest bardzo delikatna ale na pewno nie jest oślizgła. Gdy trzymałem owiniętego pytona wokół szyi to ten chciał dać nogę.

Obrazek

Musiałem mocno go trzymać, żeby nie zrealizował swojego zamiaru. Gdy go mocno trzymałem i nie puszczałem to ten wkurzył się i zaczął zaciskać mi się na szyi. Na szczęście dane było mi napisać wspomnienia z Kenii.

Na koniec oczywiście pamiątkowe zdjęcie z wielkim krokodylem przed bramą farmy

Obrazek

i powrót do hotelu. Droga którą przebyliśmy w czasie wycieczki do farmy krokodyli wyglądała T A K

To była ostatnia wycieczka w pierwszym tygodniu pobytu w Kenii. Nastała nuda. Plaże na północ od Mombasy przypominają niestety bardziej bazar niż plażę.

Obrazek

Zwiedzać za bardzo w okolicach Mombasy też nie ma czego. Wszystko co było do zwiedzenia to już zwiedziłem. Niestety Kenijska kultura jest bardzo nikła. Totalnie nie ma tam żadnych zabytków. Wszystko co kiedykolwiek zbudowano to wykonali to przyjezdni. Arabowie, Hindusi lub Europejczycy. Żeby nie ludność napływowa to rdzenni Kenijczycy po dzisiejszy dzień biegaliby z maczugami za dzikimi słoniami, mieszkaliby w chatach z krowiego gówna tak jak to nadal robią niektóre plemiona a o wynalezieniu koła to nawet nikt nie pomyślałby. Obrazek Nawet najbardziej prymitywną technologię zawdzięczają ludności napływowej. Pewnie maczugi też sami nie wynaleźli Obrazek
Mijały kolejne dni w totalnej nudzie. Jedyną rozrywką była kąpiel w morzu lub basenie. Idąc do morza po wyjściu z hotelowego ogródka od razu zostawało się zaatakowanym przez kilku Kenijczyków którzy koniecznie chcieli, żeby coś od nich kupić lub coś im dać. Powoli zbliżał się dzień odjazdu Państwa którzy nam towarzyszyli podczas pobytu w Kenii. Oni przyjechali o tydzień wcześniej niż my. Pewnego razu gdy szliśmy z nimi plażą zaczęły zaczepiać nas Panie masażystki. Oczywiście nie mieliśmy ochoty korzystać z ich usług. Pewnie kenijski masaż jak wszystko pozostałe też byłby dennej jakości. Wpadli oni na pomysł, żeby nauczyć te Panie które upierdliwie starały namówić nas na masaż kilku polskich słów. Nie wiedziałem wtedy jeszcze o jakie im słowa chodzi. Powiedzieli masażystkom, że po polsku "Dzień dobry zapraszam na masaż" mówi się tak: "Dzień dobry chapam dzidę" Gdy to usłyszałem to naprawdę musiałem mocno powstrzymywać się, żeby nie parsknąć śmiechem. Gdybym tak zrobił to spaliłbym cały dowcip. Przyszła niedziela i nasi polscy znajomi odlecieli do Polski. Wieczorem do hotelu podobno przyjeżdżali nowi Polacy. Właśnie skończyło się im tygodniowe safari po Tanzanii i teraz przez calutki tydzień mieli mieszkać w Kenya Bay. Minęła niedziela zaczął się nowy tydzień. Z rana wybraliśmy się z żoną na spacer po plaży. Spotykamy na plaży masażystki ale inne niż poprzednio. Jedna z nich zapytała się nas czy jesteśmy z Polski. Potwierdziliśmy. Uśmiechnęła się od ucha do ucha i z bardzo poprawną wymową powiedziała "Dzień dobry chapam dzidę" Jak to usłyszałem to musiałem bardzo mocno zaciskać zęby, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Pośpiesznym krokiem oddaliłem się od niej usiadłem na piasku i rechotałem chyba przez pół godziny ObrazekObrazekObrazekObrazek

Było prawie jak w reklamie MasterCard. Za wyjazd do Kenii zapłacisz MasterCard, za safari zapłacisz MasterCard. Mina polaków którzy usłyszą z ust masażystki "Dzień dobry chapam dzidę" jest bezcenna.
W taki właśnie optymistyczny i bardzo wesoły sposób rozpoczął się drugi tydzień mego pobytu w Kenii.

CDN...
gienek_pa
 
Posty: 31
Dołączył(a): Śr paź 21, 2009 8:20 am

Kenia styczeń 2010. Wspomnienia

Postprzez gienek_pa » Pn lut 15, 2010 1:15 pm

W poniedziałek poznaliśmy nowych Polaków którzy wrócili właśnie z objazdówki po Tanzanii. Była to córka z ojcem. Jak okazało bardzo mili i życzliwi ludzie.
Kolejne dni upływały nam na totalnym lenistwie i nudzeniu się na maksa. Pewnego razu podczas jedzenia stwierdziłem, że zupy w naszym hotelu są bardzo pyszne. Gdy kucharz nalewał mi kolejny talerz to postanowiłem z niego wydusić co on tam dodaje, że to tak pysznie smakuje. Wymienił mi masę składników w których nie było nic nadzwyczajnego a na końcu dodał aromat. Jaki aromat pytam się go. Myślałem. Ze to coś w stylu naszego zapachu do ciast. Gość mi powiedział, że w pierwszym lepszym sklepie mam powiedzieć, że chcę aromat i mi go dadzą. Zdziwiłem się bardzo bo nazwa wydała mi się podejrzana ale cóż. Chciałem zdobyć ten cudowny aromat. Następnego dnia z samego rana postanowiliśmy pojechać do pobliskiego hipermarketu Nakumatt. Znajdował się on o w T Y M miejscu.
Pierwszy raz mieliśmy zamiar użyć matatu i za bardzo nie wiedzieliśmy jak to zrobić ale do odważnych świat należy. Wyszliśmy na ulicę i stanęliśmy po prawidłowej stronie drogi w nadziei, że trafiliśmy akurat na przystanek tych busików. Po chwili zajechało przed nas matatu. Pytamy się czy jedzie do nakumatu. Gość odpowiedział, że nie i pojechał dalej. Po chwili zajechało kolejne matatu tym razem jechało we właściwe miejsce. Zapytaliśmy ile kosztować będzie kurs. Konduktor odpowiedział nam że 50 KsH za dwie osoby. Zgodziliśmy się a z tyłu zaczął dobiegać głos pasażera, że przepłaciliśmy bo kurs matatu powinien kosztować po 20KsH od osoby czyli razem 40 KsH. Podziękowałem Panu za informację ale przecież nie będę się kłócił z konduktorem o 10 KsH. Przeliczywszy na złotówki to wychodziło ciut ponad 40gr. Muszę przyznać, że taki gest ze strony Kenijczyka bardzo mnie pozytywnie zaskoczył. Jednak są tam też uczciwi ludzie. Zajechaliśmy na miejsce i wysiedliśmy z tego wehikułu. Jazda w takich warunkach dostarcza wrażeń. Sami we dwoje biali wśród ściśniętych jak "śledzie w beczce" czarnych. Siedziałem prawie że na kolanach u sąsiada Obrazek. Nakumatt jest sklepem bardzo dobrze zaopatrzonym i ładnie wyglądającym nawet jak na europejskie warunki. Wzięliśmy koszyk i zaczęliśmy chodzenie między półkami. Wybór wszystkiego godny podziwu. Ceny około 1,5 x wyższe jak u nas w sklepie. Zaczęliśmy od kupowania kawy. Oczywiście importowane nie wchodziły w grę. Chcieliśmy tylko i wyłącznie kenijską kawę. Na początek wybraliśmy bardzo ładnie zapakowaną kawę "Pożegnanie z afryką" potem taką czerwoną z lwem na opakowaniu i jeszcze jedną z nosorożcem. Czerwona z lwem była w dwóch opcjach. Zmielona i ziarnista. Kupiliśmy po kilka paczek takiej i takiej. Na kawy rozpuszczalne nie zwracaliśmy uwagi ponieważ takich nie pijemy. Następnie do koszyka poszły herbaty. Wybór też bardzo duży. Kupiliśmy po kilka paczek różnego rodzaju. Teraz gdy już piłem jedno i drugie to powiem, że kawy i herbaty smakują rewelacyjnie. Herbata moim zdaniem jest nawet lepsza od tej którą przywiozłem dwa lata temu z Cejlonu a była to herbata z górnej półki. Potem poszły pod młotek alkohole. Też nie interesowały mnie żadne importowane trunki. Kupiłem tylko i wyłącznie wódeczki i rum pochodzenia kenijskiego. Wielka szkoda, że polskie przepisy celne pozwalają na wwiezienie tylko i wyłącznie po maks 1l alkoholu powyżej 22% na osobę. Obrazek. Na szczęście nie ma takich drastycznych ograniczeń odnośnie piwa więc kupiliśmy "kilka puszek" tego złotego trunku o nazwie Tusker

Obrazek

Z opisu na puszce zrozumiałem, że nazwa Tusker pochodzi od słonia (tak nazywał się ten słoń) który kiedyś zabił właściciela browaru. Na końcu doszliśmy do stoiska z przyprawami. Oczywiście kupiliśmy wszystkiego po trochu no i nie mogło się obejść bez poszukiwanego przeze mnie aromatu.

Obrazek

Obrazek

Jest on również sprzedawany w innych opakowaniach bardziej eleganckich

Obrazek

a na dodatek w różnych smakach. Nadaje on zupie taki specyficzny łagodny smak. Dodaję go też do innych potraw. Pychota Obrazek

Po wyjściu z Nakumattu bez problemu złapaliśmy matatu i wróciliśmy do hotelu. Wieczorem było strasznie duszno więc na noc włączyliśmy klimatyzację. Efekt tego był taki, że żona obudziła się z ostrym bólem gardła. Pech chciał, że nie wzięliśmy ze sobą żadnych leków od zapalenie gardła ponieważ myślałem, że w Kenii to raczej takiej dolegliwości nie złapię. Pojawił się poważny problem bo przechorować pozostałą część urlopu to totalna porażka. Z opałów wyratowali nas Państwo którzy przyjechali z tygodniowej objazdówce po Tanzanii. Dali nam tabletki do ssania i szałwię do picia. To taka herbatka dostępna w każdej naszej aptece bez recepty. Po zażyciu leków szałwii ból gardła żonie minął po jednym dniu. Wieczorem poszliśmy z Klaudią na animacje. Akurat tego wieczoru było bingo. Nie przepadam za tą grą ale animator wcisnął nam kupony do tej gry więc postanowiliśmy sprawdzić jakie mamy szczęście. Gostek który prowadził to bigo tak niewyraźnie czytał poszczególne numerki, że za żadne skarby świata nie można było zrozumieć co on tam sepleni. Co jakiś czas powtarzał coś zupełnie dla nas niezrozumiałego co brzmiało jak "kurs talibów". Strasznie nas to rozbawiło. (później okazało się że czytał: "coś tam coś tam ... karibu” co w suahili znaczy witam”) Wywaliliśmy te kupony bo i tak nie mogliśmy zrozumieć to ten facet tam mamrocze i poszliśmy na plażę. Śmieliśmy się, że będzie organizowany kurs talibów a główna nagrodą w bingo będzie udział w zamachu samobójczym. Klaudię to tak rozbawiło, że śmiała się jak opętana. Jej śmiech bardzo zaciekawił obserwującego nas Kenijczyka. Podchodzi i pyta się czemu ona tak się zalewa śmiechem. Żona mu odpowiadam, że Klaudia naćpała się dlatego ogarnął ją taki dziki śmiech. Gostek pyta się co wzięła. Żona mówi mu że to i pokazuje herbatkę z szałwii. Kenijczyka najwyraźniej zaciekawiła ta herbatka i zapytał czy mu damy do spróbowania bo on lubi eksperymentować i jeszcze takiego ziółka nigdy nie zażywał. Jak to usłyszeliśmy to wszyscy zaczęliśmy się zalewać śmiechem. Powiedzieliśmy mu żeby się nami nie przejmował bo wszyscy jesteśmy naćpani. Daliśmy mu dwie torebki z herbatką ekspresową z szałwii. Gostek ją powąchał i mówi very strong. Od razu zgniliśmy jeszcze bardziej ze śmiechu. Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Obrazek Powiedzieliśmy mu, że jak ją zaparzy to żeby pił ostrożnie bo to bardzo silny polski narkotyk. Zaprosiliśmy gostka żeby usiadł z nami na leżakach i bardzo długo z nim dyskutowaliśmy. Opowiadał, że jest taksówkarzem, że pracuje u gostka który mu nieźle płaci, że zarabia w przeliczeniu mniej więcej 300 EURO. W sumie nie tak źle. U nas w Polsce niektórzy mniej zarabiają. Poszliśmy spać bardzo późno w nocy.
Następnego dnia po śniadaniu poszliśmy wykąpać się w oceanie. Mieliśmy trochę cykora bo poprzedniego wieczoru zrobiliśmy gostka w bambuko z szałwią Obrazek . Na szczęście go nie było. Zobaczyłem go koło południa jak idzie zdecydowanym krokiem w moim kierunku. Myślę już po mnie. Pewnie wkurzył się za tą szałwię. Podchodzi do mnie i mówi, że na takim haju to jeszcze nigdy w życiu nie był, że tak go mocno wzięło jak nigdy nic przedtem. Trzymało go to krótko ale miał super doznania ObrazekObrazekObrazek Co prawda nigdy w życiu nie spróbowałem żadnych używek poza alkoholem i nie mam bladego pojęcia jak to jest być na haju ale zawsze wyobrażałem sobie, że to coś innego niż po wypiciu szałwii. Zawsze po wypiciu szałwii czułem się dokładnie tak samo jak przed jej wypiciem. Czy tak czuje się człowiek na haju? Obrazek. Było dwie możliwości. Albo gostek robił sobie jaja z nas albo siła sugestii może zdziałać cuda. Poprosił mnie, czy moglibyśmy mu jeszcze dać trochę tej szałwii. Od tej pory regularnie przynosiliśmy mu na plażę po dwie torebki herbatki i doskonale się bawiliśmy jego opowieściami o tym jak mocno go wzięło. Szałwia na pewno mu nie zaszkodzi. Gostek najwyżej będzie miał zdrowsze gardło. W takim błogim lenistwie poprzerywanym salwami gromkiego śmiechu gdy udawało się zrobić jakiegoś psikusa miejscowym mijał nam czas. W Końcu przyszedł dzień w którym jechaliśmy na kolejną wycieczkę czyli wyspę Washini

CDN...
gienek_pa
 
Posty: 31
Dołączył(a): Śr paź 21, 2009 8:20 am

Kenia styczeń 2010. Wspomnienia

Postprzez gienek_pa » Wt lut 16, 2010 12:45 pm

Wyprawa na wyspę Washini zaczęła się o godzinie 4:00. Załadowaliśmy się do busika i w drogę. Dojechaliśmy w Mombasie do miejsca przeprawy promowej i tu trzeba było trochę poczekać. Wokół gromadzili się Kenijczycy którzy czekali na prom. Spojrzałem na ich twarze. Nie mieli oni wyrysowanej na twarzy wściekłości i nienawiści tak jak mieszkańcy Magongo Rd o których pisałem wcześniej. Byli to zwykli zatroskani problemami dnia codziennego ludzie którzy musieli skorzystać z promu żeby dostać się do Likoni. W końcu prom przybił i wszyscy załadowaliśmy się na niego. Przeprawa trwała około 10 minut. Po drugiej stronie krajobraz był zupełnie inny. Zabudowania które widać z drogi w dzielnicy Likoni są to skromne rozwalające się budki w których ich właściciele starają się coś sprzedać i w ten sposób zarobić na życie. Wokół było dość czysto i schludnie. Nie było hałd śmieci a cała okolica robiła o wiele lepsze wrażenie niż ulica morderców czyli Magongo Rd. Nasza Pani rezydent powiedziała, żeby pozamykać okna ponieważ często tutaj się zdarzają kradzieże przez szybę busa. W końcu wyjechaliśmy z miasta. Po drodze obserwowałem zmieniający się krajobraz. Mijaliśmy wioski na które składały się głównie małe murowane domki. Zazwyczaj były one zbudowane z czegoś w stylu naszych pustaków betonowych. Prawie w każdej wiosce można było dostrzec jeden większy budynek otynkowany na biało. Myślę, że to szkoła ale pewności nie mam. Około godziny 6:38 dotarliśmy do miejscowości Shimoni. Wysiedliśmy z busików. Naszym oczom ukazała się prawdziwa afrykańska wiejska ulica.

Obrazek

Skromne sklepiki, w okolicy w mirę czysto, zwyczajni ludzie którzy chcą zarobić na życie. Nie są to sztucznie uśmiechnięci "grabieżcy" znani mi z plaży, którzy na dzień dobry krzyczą "Ja kocham wszystkich polaków i jestem twoim najlepszym przyjacielem" tylko osoby które mają własne sprawy do załatwienia i od nikogo nie starają się wyłudzić pieniędzy. Od czasu do czasu można było dostrzec osoby w oryginalnych tradycyjnych strojach.

Obrazek

które z własnymi troskami na twarzy szły w tylko sobie znanym kierunku.

Obrazek


Gdy już dojechały busiki z pozostałymi turystami udaliśmy się w kierunku WC. Muszę przyznać, że Kenijskie ubikacje jakościowo znacznie przewyższają te znane mi z Tunezji. W miarę schludnych warunkach spokojnie można załatwić swoje potrzeby Obrazek jedna z takich toalet znajdowała się w TYM miejscu. Gdy już wszyscy załatwili swoje najpilniejsze potrzeby wyruszyliśmy w kierunku jaskini w których kiedyś Arabowie trzymali niewolników. Po wejściu do groty czuło się tak jakby cofnęło się w czasie o kilkaset lat. Jeszcze dziś można zobaczyć zwisające ze ściany stalowe kajdany którymi przykuwano tych nieszczęśliwych ludzi. Następnie ładowano ich na statki i przewożono do różnych krajów gdzie pracowali oni w strasznych warunkach ponad wszelkie ludzkie siły przypłacając to nieraz własnym życiem. Gdy już wszyscy obejrzeli jaskinię to udaliśmy się na statek i w drogę. Spoglądałem na pozostający w tyle port.

Obrazek

Obok nas co jakiś czas przepływali miejscowi ludzie którzy udawali się na wyspę.

Obrazek

Sama wyspa z daleka robiła imponujące wrażenie. Już z oddali było widać porastające ją ogromne baobaby.

Obrazek

Fale które uderzają w wyspę od tysięcy lat powodują stopniowe osuwanie się brzegu zdradzając jednocześnie koralowe pochodzenie wyspy. Nasz statek opływał wyspę. Powoli zbliżaliśmy się do miejsca snurkowania.

Obrazek

Rozglądałem się na około statku wypatrując delfinów. Niestety nie było ich widać. W końcu dopłynęliśmy do miejsca zrzutu. Założyłem okulary z rurką, płetwy i siup do wody. Był to mój pierwszy raz kiedy to miałem zobaczyć podwodne życie w morzu i nie bardzo wiedziałem czego mam się spodziewać. Muszę, przyznać, że to co zobaczyłem przerosło wszelkie moje oczekiwania. Wystarczyło włożyć nos do wody aby zobaczyć zupełnie inny świat

Obrazek

Szkoda, że nie dokupiłem do mego aparatu obudowy wodoodpornej i nie mogę pokazać tego co zobaczyłem. Dosłownie kilka metrów pode mną był przepiękny rajski ogród. Między koralami o przeróżnych dziwnych kształtach i zazwyczaj brązowej barwie uwijało się tysiące przeróżnych kolorowych rybek które całkowicie nie zwracały na nas uwagi. Miały one różny rozmiar. Od bardzo malutkich liczących jakieś półtora centymetra do wielkich takich jak nasz świąteczny karp. Różnorodności i barw rybek nie da się opisać słowami. Nasz przewodnik oprowadzał nas po najciekawszych miejscach. Gdy jakaś ciekawa ryba schowała się w rafie to on nurkował i ją wypłaszał w naszym kierunku tak abyśmy mogli ją wszyscy obejrzeć. Co jakiś czas przynosił z dna jakąś rozgwiazdę. Mogliśmy ją brać do ręki i dokładnie oglądać. Gdy już wszyscy obejrzeli to zanosił ją dokładnie w to samo miejsce z którego została zabrana. Snurkowanie trwało chyba z półtorej godziny. Mi się wydawało, że nie dłużej niż 15 minut. Czas uciekał niemiłosiernie szybko i niestety trzeba było wracać z powrotem na statek.

Obrazek

W dalszej drodze na wyspę ktoś krzyknął delfiny. Wszyscy zaczęliśmy wpatrywać się w wodę i faktycznie. Za chwilę dosłownie kilka metrów od statku majestatycznie wyskoczyły ponad wodę trzy pięknie lśniące delfiny. To moje pierwsze spotkanie z tymi cudownymi ssakami. Chwyciłem za aparat i czekałem. Niestety nigdy nie wiadomo kiedy i w którym miejscu wyskoczą a jak już to zrobią to trwa to tylko ułamek sekundy i ciężko jest zrobić zdjęcie. Mi udało się uchwycić tylko płetwę wynurzającego się delfina.

Obrazek

Delfiny pokazały się jeszcze kilka razy a następnie gdzieś się schowały w bezkresnych morskich głębinach. Na łodzi jak i podczas całej wycieczki wyżywienie było all inclusive. Każdy mógł sobie zamówić kawę sok lub coś innego. Był też spory wybór ciastek.
Ci którzy chcieli mogli napić się soku ze świeżo ociosanych przez naszego przewodnika kokosów.

Obrazek

Co prawda nie przepadam za tym napojem ale akurat ten na łodzi był wyjątkowo dobry. Wypiłem calutkiego kokosa w mgnieniu oka.
Spojrzałem na ocean i z wrażenia zaparło mi dech w piersiach. Pod wpływem przesuwających się cieni które rzucały chmury ocean zmieniał kolory od prawie, że granatowego do intensywnie zielonego. Widok jak w bajce a kolory jak z photoshopa. Nigdy nie sądziłem, że woda może przybierać tak bajeczne i intensywne kolory. Zakochałem się w tym widoku i mógłbym patrzeć godzinami na różnobarwny ocean. Płynęliśmy na wyspę. Ocean zaczął ostro falować. Czułem się trochę jak na górskiej kolejce. Statek powoli piął się na kilkumetrową falę a następnie szybko spadał w dół w przestrzeń między falami. Niejednokrotnie fale miały po cztery lub więcej metrów. Zabawa była pierwsza klasa. Niestety po godzinnym bujaniu, choć do tej pory byłem odporny na bujanie mój żołądek zaczął odmawiać posłuszeństwa i bałem się, że za chwilę zwrócę wypity przed chwilą sok z kokosa. Na szczęście nic takiego się nie stało. Przesiedliśmy się do małych łódek ponieważ statki nie mogą podpływać blisko brzegu i popłynęliśmy na wyspę. Gdy tylko wdrapaliśmy się po schodach na wysoki brzeg naszym oczom ukazał się budynek w stylu tropikalnym czyli dach z liści palm na palach. Mieliśmy w nim zjeść lunch. Znajdował się on o w TYM miejscu. Przywitały nas Panie ubrane w tradycyjne stroje z dwukolorowymi czerwono żółtymi drinkami. Czerwone na górze a żółte na dole. Drinki wyglądały i smakowały cudnie. Potem obiadek. Na początku pyszna zupa z wyczuwalnym już wtedy dla mnie aromatem a na drugie danie pyszne owoce morza lub jak ktoś wolał kurczak z frytkami. Oczywiście musiałem spróbować wszystkiego i muszę przyznać, że wszystko smakowało cudownie. Po obiedzie chwila błogiego lenistwa i poszliśmy zwiedzać wyspę. Przewodnik był ten sam który snurkował razem z nami po rafie. Opowiadał nam o wyspie. Znajduje się tam dwie wioski. My zwiedziliśmy jedną z nich. W tej wiosce którą zwiedziliśmy znajduje się szkoła. Uczęszczają do niej dzieci z obydwu wiosek

Obrazek

Niestety szkoła na Washini tak jak pozostałe szkoły w kraju przeżywa ogromne trudności finansowe. Dzieci często nie mają podstawowych przyborów szkolnych. Byliśmy z żoną przygotowani do tej wycieczki i chcieliśmy chociaż w drobny sposób pomóc tym dzieciom. Zostawiliśmy w szkole 400 różnorakich długopisów które przywieźliśmy ze sobą z Polski. Powinno im wystarczyć na jakiś czas. Potem oczywiście wpis do księgi pamiątkowej. Wychodząc ze szkoły naszą uwagę przykuły dziewczynki stojące na kolanach.

Obrazek


Pierwsze co mi przyszło do głowy to to, że się modlą. Potem okazało się, że byłem w błędzie. Odbywały one karę ponieważ przezywały koleżankę. Obrazek

Zapomniałem dodać, że wyspę Washini zamieszkują muzułmanie. Każdy kto tam wchodzi musi mieć zakryte nogi. Kto ma strój krótki ten dostają taką kieckę bez względu na to czy to facet czy kobieta

Obrazek

Nasz przewodnik opowiadał nam, że na wyspie niestety nie ma słodkiej wody. Muszą ją dowozić z kontynentu. Mają też sprzęt do oczyszczania deszczówki. Niestety jest jej zbyt mało, żeby pokryła wszystkie potrzeby mieszkańców.
Rosnące na wyspie baobaby z bliska też wyglądają bardzo imponująco.

Obrazek

Jest ich kilka gatunków. Niektóre z nich mają nawet owoce z których między innymi są robione cukierki.

Obrazek


Potem wsiedliśmy na łódź która zawiozła nas na statek a ten na kontynent. Tam wsiedliśmy do naszych busików i wróciliśmy do hotelu. Wycieczka na wyspę dostarczyła mi niesamowitych przeżyć. To po prostu trzeba zobaczyć. Wszystkim polecam.
Drogę którą przebyliśmy podczas wycieczki na wyspę Washini można zobaczyć o w TYM miejscu.

Nasz przewodnik z lokalnego biura podróży które we współpracy z Rainbow Tours urządziło nam wycieczkę prosił, że jeśli jest ktoś zadowolony z tej wycieczki to żeby opowiedział o tym swoim znajomym więc opowiedziałem wszystko co zobaczyłem. Szczerze wszystkim polecam usługi kenijskiego biura podróży Paradise które było naszym przewodnikiem po tej cudownej wyspie jak i po parku narodowym Kisite-Mpunguti Marine w którym to snurkowaliśmy i oglądaliśmy podwodne życie na rafie


CDN...
gienek_pa
 
Posty: 31
Dołączył(a): Śr paź 21, 2009 8:20 am

Kenia styczeń 2010. Wspomnienia THE END

Postprzez gienek_pa » Śr lut 17, 2010 11:47 am

Wszystkie wycieczki mieliśmy już za sobą. Przyszedł czas na totalną nudę. Na szczęście pogoda zrobiła się naprawdę cudowna. Słoneczko bardzo mocno grzało a woda w oceanie tak na oko to miała grubo ponad 30°C. Gdy wchodziło się do niego to było takie odczucie jakby wchodziło się do wanny z napuszczoną gorącą wodą. Pewnego razu nasz znajomy powiedział, że musi jak najszybciej wyjść z tego oceanu bo zbyt mocno się zgrzał. Odnosiło się wrażenie, że woda jest o wiele cieplejsza niż powietrze w cieniu pod parasolami. Mijał nam czas na spacerach po plaży, kąpielach w oceanie i przynoszeniu szałwii naszemu znajomemu taksówkarzowi który był zachwycony jej działaniem Obrazek. Coraz bardziej dopadała nas nuda. Ileż można chodzić po plaży Obrazek. Postanowiliśmy przepłynąć się jakimś wehikułem których masa stała przy plaży. Stała to dobre określenie ponieważ, w czasie odpływu łodzie zwyczajnie leżały na boku Obrazek Nasz wybór padł na trimaran. Łódź wyglądała bardzo egzotycznie. Taka przeciekająca trochę dłubanka z zamocowanymi po obu stronach kłodami które symulowały dodatkowe kadłuby zapewniając łodzi bardzo dobrą stabilność. Zaczepiliśmy naszego ulubionego naganiacza z plaży, żeby zorganizował nam przejażdżkę trimaranem. Trochę potargowaliśmy się i ustaliliśmy cenę za 4 osoby za dwie godziny pływania 1000KsH. (około 40zł). Cena była bardzo atrakcyjna. Gostek zaprowadził nas do kapitana trimaranu. Jeszcze upewniliśmy się przy kapitanie, że nasza umowa jest wszystkim jasna czyli za 2h pływania 1000KsH, wszyscy potwierdzili naszą umowę kapitan zażądał zapłaty z góry. Wydało mi się to bardzo podejrzane. Pan który z nami miał płynąć powiedział, żeby nie płacić mu z góry ale w końcu postanowiliśmy, że zapłacimy. Załadowaliśmy się na tą śmieszną łódkę i w drogę. Czułem się jak w raju. Trimaran łagodnie bujał się na falach, skórę ochładzała morka bryza, nogi moczyły się w wodzie która naciekała do wnętrza kadłuba tysiącami malutkich dziureczek. Kapitan co jakiś czas wiaderkiem wylewał wodę za burtę. Pan który z nami płynął chciał wystawić nogi za burtę i moczyć je w oceanie ale kapitan powiedział, żeby tego nie robić ponieważ jest tu pełno ryb i któraś mogłaby zapragnąć skosztować ludzkiego mięsa Obrazek. Podpłynęliśmy pod rafę. Zobaczyłem w końcu załamujące się tam fale. Brakowało mi tego bo niestety ocean przy plaży faluje jak małe jeziorko. Nie było załamujących się białych bałwanów Obrazek. Potem zrobiliśmy nawrót i płynęliśmy dalej. Drogę którą przebyliśmy podczas przejażdżki trimaranem można zobaczyć w TYM miejscu. Wszystko było pięknie i wspaniale i rejs był cudowny ale jest jedno małe ale. Miał trwać dwie godziny a trwał 43minuty ObrazekObrazekObrazek Zapytaliśmy kapitana co się dzieje? Czemu już kończymy? Przecież rejs miał trwać dwie godziny a trwał tylko 43minuty. Chyba zaszła jakaś pomyłka Obrazek. Kapitan powiedział nam, że nie ma żadnej pomyłki i nie ma dwóch godzin. Pływaliśmy tyle ile pływaliśmy i już. Jeśli następnym razem będziemy chcieli popływać to mamy przyjść bezpośrednio do niego to będzie taniej. Pomyślałem sobie, że gościa chyba pogięło Obrazek. Czy naprawdę Kenijczycy nie widzą związku przyczynowo skutkowego Obrazek? To chyba oczywiste, że jeśli nas okantował to więcej na pewno nie skorzystamy z jego usług. Wybór różnego rodzaju statków i innych cudactw na plaży był ogromny i jeśli zapragnęlibyśmy popływać to na pewno poszlibyśmy do kogoś innego. Zaufaliśmy Kenijczykowi czego raczej robić nie należy i zwyczajnie zostaliśmy zrobieni w bambuko. Przecież, żeby gość nie schodził z ceny i uparł się na wyższą cenę to też wynajęlibyśmy go ponieważ chcieliśmy się koniecznie przepłynąć trimaranem. Widać tu typowy sposób myślenia kenijskich tubylców. Liczy się chwila obecna. Coś ukraść coś zakręcić a jak się nie da to komuś odrąbać łeb maczetą i zabrać kasę a o jutrze nie myśleć. Przez takie postępowanie właśnie kraj cierpi biedę. Aż strach pomyśleć co musi się dziać w pozostałych afrykańskich krajach bo podobno Kenia jest jednym z najbogatszych krajów w regionie. Na szczęście tak postępuje tylko większość a nie wszyscy Kenijczycy których spotkałem. Niektórzy byli całkiem normalnymi uczciwymi ludźmi. Oczywiście musieliśmy o skróconym czasie pływania porozmawiać też z pośrednikiem który załatwiał nam ten rejs. Gdy zaszliśmy do niego i całość opowiedzieliśmy to powiedział, że to nie w porządku i idzie porozmawiać z kapitanem. Niestety z rozmowy już do nas nie wrócił i potem już go nie widzieliśmy na plaży aż prawie do samego końca choć wcześniej był codziennie. Zobaczyliśmy go przed samym odlotem. Zapytaliśmy go jak tam rozmowa z kapitanem. Uśmiechnął się i powiedział, że to właśnie jest Kenia i Hakuna Matata. Zapytaliśmy się go czy byłoby też hakuna matata jakbyśmy to my nie zapłacili za rejs. Spoważniał i powiedział, że wtedy to nie byłoby hakuna matata. Wkurzyłem się powiedziałem mu, że jest dziadem i poszedłem sobie. Chyba nie zrozumiał bo powiedziałem mu to po polsku.
Kolejnego pięknego wieczoru po rejsie wybraliśmy się na spacer plażą. Oczywiście po kilku metrach przywaliło się do nas kilku miejscowych i za żadne skarby świata nie dało się ich spławić. Powiedzieliśmy im, że niech za nami nie idą bo nie mamy pieniędzy i nic im nie damy. Część dała sobie spokój a kilku przywarło do nas jak kupa do podeszwy buta i ignorowanie ich wcale nie pomagało. Był piękny zachód słońca. Z plaży poznikali handlarze. Zrobiło się trochę chłodniej, od morza niosło chłodną bryzę. Normalnie jak w raju. Człowiek chciałby sobie pospacerować w spokoju i nacieszyć się ostatnimi chwilami pobytu w tak pięknym miejscu a tu miejscowi są uczepieni jak rzep psiego ogona i w kółko klepią dziobami jakieś bzdury w które nie uwierzyłaby nawet pryszczata nastolatka na dyskotece, jak to oni nas bardzo kochają i jakimi to są oni naszymi wielkimi przyjaciółmi. Wyłączyłem się na ich gadanie i całym sobą chłonąłem otoczenie. Zrobiło mi się smutno, że już za dwa dni będę musiał opuścić to miejsce. Wieczór nad oceanem był tak bardzo piękny. Wracaliśmy z powrotem bo zrobiło się już prawie ciemno. Przed samiutkim hotelu nasi przymusowi współtowarzysze oczywiście upomnieli się o kasę. Powiedzieliśmy im "przecież wam mówiliśmy, że nie mamy kasy i nic wam nie damy". Odpowiedzieli nam, że na pewno mamy jakieś pieniądze i koniecznie musimy się z nimi podzielić bo przecież tyle szli z nami. Odpowiedzieliśmy im, że w Polsce przyjaciele nie żądają od siebie pieniędzy za wspólny spacer. Wtedy jeden z nich powiedział, że jest głodny i żebym dał mu swój t-shirt. Cooooo????????!!!!!!!!!! Ten tekst powalił już nas normalnie na kolana. Człowieku po co ci moja koszulka skoro jesteś głodny?! Chcesz ją zjeść?! Trzeba było mówić wcześniej to zostawilibyśmy tobie majtki z lotu to sobie zupę chociaż ugotowałbyś. Wiem, że to chamski tekst ale wkurzało nas to strasznie, że miejscowi psuli nam swoim natręctwem ostatnie miłe chwile w Kenii. Powiedziałem mu skoro jest głodny to żeby przyszedł pod hotel za godzinę to będę coś miał dla niego. Z Polski przywiozłem trochę konserw tak na wszelki wypadek. Jak widać przydały się. Dałem mu konserwę. Skrzywił się i powiedział, że wolałby pieniądze. Odpowiedziałem, że jak chce to niech ją zabiera i spada bo za chwilę rozmyślę się i nic nie dostanie. Zabrał i poszedł. Na szczęście więcej już go nie widziałem.
Dwa ostatnie dni upłynęły nam bardzo szybko. Opalanie, pływanie i tak w kółko

Obrazek

Od czasu do czasu karmiliśmy pałętające się po hotelu koczkodany

Obrazek

W końcu przyszło nieuniknione czyli godzina wyjazdu. Zapakowaliśmy się do busa i w drogę. Lotnisko znajduje się w TYM miejscu. Najpierw stanie w kolejce do wagi i nerwowe czekanie na to co ona pokaże. W Kenii bardzo dużą uwagę na lotniskach przywiązują do wagi bagażu i za każdy kilogram nadwagi każą sobie słono płacić. Na szczęście u nas waga pokazała 39,8kg. Uff jak dobrze. O 21dekagramów więcej i mógłby być problem. Potem prześwietlanie bagażu podręcznego, sprawdzanie paszportów i już mogliśmy robić spokojnie zakupy w sklepach wolnocłowych. Na lotnisku w Mombasie jest ich znacznie mniej niż na naszym rodzimym Okęciu i na dodatek są zamykane na noc. Po pobycie w Kenii już mnie nie raziło tak bardzo mocno chrzanienie się z robotą pracowników lotniska. Przyszła godzina odlotu. Stanęliśmy wszyscy w kolejkę żeby przejść do samolotu. Stoimy stoimy stoimy ….... niecierpliwimy się i nic. Nasze oczekiwania przerwały dwie stewardesy linii EroCypria które wyszły z samolotu i poinformowały nas, że jest problem z dostawcą paliwa. Paliwo może będzie za chwilę a może jutro. Sam kapitan samolotu nawet tego nie wie. Myślę sobie no ładnie. Pewnie będziemy główną atrakcją w wiadomościach TVP "Polscy turyści już drugi dzień koczują na lotnisku" Obrazek. Pewnie Kenijczycy znów odwalili jakąś chałę z paliwem. W międzyczasie w telewizji zaczął się mecz. Cała obsługa lotniska zebrała się przed telewizorem i nie zwracała na nic uwagi. Każdy pałętał się sobie gdzie tylko chciał. Zwiedzaliśmy rękawy które prowadziły do "zaparkowanych" samolotów. Miałem ochotę wejść do stojącego samolotu ale wiem, że to raczej niedozwolone i tego nie zrobiłem. W każdym bądź razie jakby jakiś terrorysta chciał podłożyć jakieś ładunki w którymś samolocie to mógłby zrobić to bez żadnych problemów na lotnisku w Mombasie. Musi tylko poczekać aż zacznie się mecz wtedy nikt na nikogo nie zwraca uwagi i można robić wszystko na co ma się tylko ochotę. Obrazek. Mijały kolejne godziny a my wciąż czekaliśmy na lot. Niektórzy położyli się spać na podłodze. Ja drzemałem na plastikowym krzesełku. W końcu hip hip hura. Podjechał samochód i zaczął tankować nasz samolot. Może kierowca cysterny chciał zwyczajnie obejrzeć mecz a nie tankować jakiś głupi samolot ale to trochę zbyt długo trwało jak na mecz. Mieliśmy wylecieć o 20:05 a wylecieliśmy ciut po 1:00. Obrazek Malutkie prawie, że niezauważalne spóźnienie jak na kraj w którym główną dewizą życiową jest polepole Obrazek. Lot przebiegł bez najmniejszych zakłóceń. Prawie cały samolot spał. Pod koniec lotu nie miałem już co zrobić z nogami. W końcu dolecieliśmy. Przywitała nas mocno zaśnieżona Warszawa. Szybki telefon do Pana z parkingu który zjawił się w mgnieniu oka. Zaskoczyło mnie to mocno bo przyzwyczaiłem się już do kenijskiej jakości usług i ich tempa pracy. Pomyślałem sobie jak to dobrze być znowu w kraju. Na parkingu w miejscu gdzie stał mój samochód to zobaczyłem wielką zaspę śniegu. Poprosiłem obsługę o coś do odśnieżania i zabrałem się do roboty. Po kilku godzinach byłem już w domu. Wzięliśmy się z żoną za rozpakowywanie walizek a tu niespodzianka. Brak jest moich dżinsów które pakując walizę wsadziłem do bocznej kieszeni. No cóż. Czego innego można było się spodziewać po Kenijskiej obsłudze lotniska. O tym, że tam kradną to już nie raz czytałem na różnych forach internetowych. Na szczęście w walizce nie miałem nic cennego. Mam nadzieję, że temu śmierdzącemu złodziejowi który buchnął mi te spodnie pękną one na tyłku w najmniej spodziewanym momencie. Potem dostaliśmy e-mail od Państwa którzy wylecieli tydzień wcześniej z Mombasy, że z walizki zginęła im biżuteria warta kilka tysięcy złotych. No cóż. Oni widocznie nie czytali for internetowych i nie wiedzieli o tym, że na lotniskach w Kenii okradanie bagaży to normalka skoro coś cennego zostawili w bagażu głównym. Po podróży nasuwa się refleksja, że Kenia pozostanie biednym krajem do czasu aż jej obywatele zmienią swoją mentalność, zostawią to swoje głupie polepole, wezmą się w końcu do roboty i przestaną okradać samych siebie oraz wszystkich na około.

Pomimo niektórych negatywnych doświadczeń z Kenijczykami, uważam, że Kenia to bardzo piękny i warty zobaczenia kraj. Jego zwiedzenie polecam szczerze wszystkim. Co prawda nie zrobił on na mnie takiego ogromnego wrażenia jak Sri Lanka która tętni egzotycznością i piękną o wiele bujniejszą od Kenijskiej przyrodą ale wyjazd mogę zaliczyć do udanych i jestem z niego bardzo zadowolony.

THE END

PS. Potem umieszczę linki do plików z kenijską muzyką w języku suahili i nie tylko, oraz do plików z trasami podróży i waypointami pasującymi do programu Garmina MapSource.
gienek_pa
 
Posty: 31
Dołączył(a): Śr paź 21, 2009 8:20 am

Kenia styczeń 2010 - linki

Postprzez gienek_pa » Cz lut 18, 2010 12:02 pm

Teraz umieszczę kilka linków do ciekawych rzeczy.

1.Safari Sound Band "The Best Of African Songs" - Bardzo ciekawa afrykańska muzyka. Leciała ona zawsze u nas w hotelu. Kupiłem i przywiozłem sobie z Kenii płytkę. W internecie do kupienia w TYM miejscu. Dociekliwi jak się uprą to pewnie znajdą też utworki zawarte na tej płycie za darmo ;)

2.Link do waypointów ciekawych miejsc w Kenii które odwiedziłem i niektórych tras jakie przebyłem w plikach pasujących do Garmina i MapSource można pobrać w TYM miejscu.

3. W dość dokładną mapę Afryki wschodniej pasującą do Garmina można zaopatrzyć się w TYM miejscu

W zasadzie to już wszystko co chciałem przekazać. Pozdrawiam i do kolejnej mojej opowieści za rok lub dwa o ile uda mi się gdzieś wyjechać.
gienek_pa
 
Posty: 31
Dołączył(a): Śr paź 21, 2009 8:20 am


Powrót do Relacje z podróży, blogi, fotoblogi ...

Travelbit on Facebook