Wyruszyliśmy na safari skoro świt. Teraz to już przygotowaliśmy się do zwiedzania jak należy czyli długie spodnie i porządny polar. Żaden zimny wiatr nie był nam straszny. Jak wyjeżdżaliśmy z lodży to dobrze nawet nie rozwidniło się. Na początku dostrzegliśmy stado słoni w oddali

Potem jadąc zauważyliśmy samotną żyrafę i zaczęliśmy krzyczeć aby nasz kierowca zatrzymał się. Usłyszeliśmy "nie teraz" i pomknęliśmy przed siebie. Wiedzieliśmy, że szykuje dla nas coś specjalnego. Zatrzymaliśmy się i naszym oczom ukazała się rodzinka lwów. Było tam dwie dorosłe samice i trójka młodych. Niestety były one w znacznej odległości od nas i mój Canon PowerShot A720 nawet z dokręconym telekonwerterem nie pozwalał na wykonanie dobrej jakości zdjęć. Ech muszę kiedyś kupić sobie jakąś lustrzankę. Wszystkie lwy wpatrywały się w jeden punkt.


Zastanawiałem na co one tak patrzą. Okazało się, że nieopodal pasie się stado bawołów.

Ucieszyłem się bo myślałem, że za chwilę będę świadkiem polowania na bawoły. Niestety przeliczyłem się. To bawoły zapolowały na lwy. Dorosły duży samiec zaczął iść zdecydowanym krokiem w kierunku lwów a te odwróciły się i z podkulonymi ogonami oddaliły się w tylko dla siebie znanym kierunku.
Po tym zdarzeniu pojeździliśmy jeszcze trochę po Tsavo spotykając tylko małe roślinożercy. Spotkaliśmy też najmniejszą antylopę świata. Wygląda to tak jak nasza sarenka tylko, że wielkości królika. Niestety nie uwidoczniłem jej na zdjęciu. Mam to nagrane filmie. Potem oczywiście śniadanko. Po śniadanku chcieliśmy, żeby nasz kierowca zawiózł nas nad rzekę Tsavo bo chcieliśmy zobaczyć krokodyle. Ten uparł się, że nie powiezie bo to zbyt daleko. Nie to nie. Ech to podejście do pracy czarnych. Nic dziwnego, że ich kraj jest taki biedny. Odbiło się to bardzo niekorzystnie na jego napiwku. To było już koniec safari. I gdzie tu te dwa dni o których jest napisane w programie wycieczki opracowanym przez Raibow Tours? Wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy w kierunku Mombasy. Po drodze rozmawialiśmy o chorobach tropikalnych przenoszonych przez owady. Głównym tematem rozmowy była mucha tse tse która zamieszkuje też Kenię.

Przenosi ona pasożyty o nazwie świdrowce. Do zarażenia dochodzi w podobny sposób jak malarią. Czyli mucha nas gryzie a z jej śliną do naszego krwiobiegu dostają się świdrowce które powodują chorobę o wiele groźniejszą niż malaria.
Tą chorobą jest śpiączka afrykańska. Przebieg choroby jest następujący. Na początku jest temperatura, potem powiększają się węzły chłonne. Dalej dochodzi do zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych co prowadzi do śpiączki i w końcowym etapie do śmierci. Nic przyjemnego. Gdy tak rozmawialiśmy o tych choróbskach to przypomniałem sobie jak kiedyś czytałem powieść w Pustyni i w Puszczy. Był tam taki fragment gdy Staś spotyka faceta którego tragarzy pogryzły muchy tse tse. Zapadli ono w śpiączkę a potem po kolei budzili się i w szale biegli w las gdzie umierali okrutną śmiercią. Brrr. Dobrze, że mi nic takiego nie przytrafiło się. Gdy czytałem ta książkę to marzyłem o tym, żeby odwiedzić choć część tych miejsc którymi wędrowali Staś i Nel. Od przeczytania książki minęło jakieś 25 lat i powoli zaczynam realizować swoje marzenia z dzieciństwa. Co prawda to nie dokładnie ten sam region ale przynajmniej mniej więcej w tym samym kierunku

Gdy tak opowiadaliśmy sobie makabryczne objawy tropikalnych choróbsk dojechaliśmy do pierwszego przystanku, czyli sklepiku powiązanego z kibelkiem. Był to inny sklepik niż ten do którego zajeżdżaliśmy jadąc na safari ale położony bardzo blisko niego. Znajdował się on w
T Y M miejscu. Po załatwieniu wszystkich swoich potrzeb zawróciliśmy i pojechaliśmy do wioski masajskiej. Znajdowała się ona w
T Y M miejscu.
Przywitał nas wódz wioski i zebrał po 25USD od osoby. Potem oprowadzał nas po wiosce, pokazywał i opowiadał jak żyją.
Masajowie to dumny naród.

Nie są takimi dziadami jak ci naciągacze z plaży. Ich dzieci podobnie jak nasze są bardzo ciekawskie i lubią słodycze

Na początku oprowadzał nas po wiosce. Chodziliśmy od chaty do chaty i zapoznawaliśmy się z mieszkańcami.

Wszyscy byli bardzo mili


Potem przyszła kolej na zwiedzanie chaty masajskiej. Głównym budulcem ich domów jest krowie gówno i glina. Na początku budują szkielet chaty z gałęzi a potem obsmarowują go miksem krowich kup i gliny (prawie jak w naszej reklamie: dodaj kupę do kakao.... czekoladę masz wspaniałą... terravita terravita.... czekolada znakomita....

) Potem ten miks kup i gliny wypala się na słońcu i powstają twarde ściany i dach nieprzepuszczalne dla deszczu. W środku takiej chaty panuje prawie całkowity mrok. Po wejściu i przejściu długim przedpokojem trafiamy do sypialni

Łóżko nie wygląda na zbyt obszerne i wygodnie szczególnie, że śpi na nim kilka osób. Zazwyczaj w domu jest dwie takie sypialnie. Jedna dla mężczyzn a druga dla kobiet. Gdy parę małżeńską najdzie ochota na

to pozostali domownicy wychodzą z chaty a oni mogą robić wszystko na co tylko mają ochotę i wcale nie muszą zachowywać się cicho bo mają całą chatę wyłącznie dla siebie
Obok sypialni jest kuchnia a w niej coś w stylu naszej kuchenki indukcyjnej

Oczywiście w kuchni jest też ekstra kredens.

Gdy oglądałem chatę to przypomniał mi się film "Biała Masajka". Opowiada on o kobiecie która wyszła za wojownika Samburu. Gościówa była zaradna więc i w afryce nie cierpiałaby biedy. Szybko rozkręciła interes, otworzyła sklep i starała się zapewnić swojej rodzinie dobrobyt. Kupiła nawet samochód. Jej mąż był typowym Afrykaninem. Totalnie nic nie robił a na domiar złego trwonił i rozdawał znajomym to co udało się zarobić żonie. Jedyne określenie na takiego typowego mieszkańca afryki to śmierdzący leń, łajdak i totalny nierób. Na dodatek był bardzo zazdrosny i regularnie urządzał żonie awantury. Jak nie trudno domyśleć się ich małżeństwo tego nie wytrzymało. Bohaterka filmu zabiera dziecko i wraca do europy.
Oglądając te chaty europejczykom wydaje się "o jej jacy ci Masajowie są biedni" Czy oni są rzeczywiście biedni? Bogaczami na pewno nie są ale głodu i niedostatku też nie cierpią. Nieźle zarabiają na turystach a życie zgodne z tradycjami to ich świadomy wybór. Co do chat to w Afryce nie ma potrzeby stawiania solidnych konstrukcji o izolowanych ścianach. Tam nie ma potrzeby chronić wnętrza przed zimnem. Fakt, że nie mają łazienek i wody bieżącej ale po dziś dzień w Polsce w sporej ilości mieszkańców podlaskich wiosek nie ma łazienek ani wody bieżącej. Za potrzebą chodzą do wychodka a wodę do domu przynoszą wiadrami. Sam do niedawna mieszkałem na wsi w takich warunkach. Ludzie z miasta zazdroszczą jak to się żyje wspaniale mieszkańcom wsi ponieważ nie płacą ZUSu tylko KRUS. Zazdroszcząc im nie biorą pod uwagę faktu, że rolnicza emerytura to niecałe 700zł na rękę.
Kontynuowaliśmy zwiedzanie wiosek. Następnym naszym celem była masajska szkoła do której chodzą ich dzieci.

Budynek szkoły pełnił dwie role. W dni świąteczne służył jako kościół a w pozostałe dni jako szkoła. Masajowie są chrześcijanami więc na szczytowej ścianie z gałęzi był zbudowany krzyż. Konstrukcja budynku była trochę inna niż chat. Przede wszystkim był wyższy co umożliwiało chodzenie w postawie wyprostowanej. Ściany były zrobione podobnie jak w chatach czyli miks krowich kup i gliny natomiast pokrycie dachu było z falistej ocynkowanej blachy. W szkole było widno i przestronnie

Wódz wioski opowiadał, że ta szkoła to coś w rodzaju naszej podstawówki. Wynajmują oni prywatnego nauczyciela który codziennie przyjeżdża do wioski. Po skończeniu szkoły podstawowej dalsze etapy nauki odbywają się w mieście. Zresztą bardzo podobnie jak w Polsce. Zazwyczaj na wsiach są tylko podstawówki ewentualnie gimnazja. Szkoły średnie to już zazwyczaj tylko w miastach.
Podobnie jak w Polsce na szkolnym podwórku było mnóstwo dzieci.

Z tą różnicą, że w Polsce zazwyczaj dzieci mają bardziej kompletne ubrania.

Po zwiedzaniu szkoły przyszła kolej na naukę zapalania ognia za pomocą drewna o różnej twardości. Pod spód wkłada się mocno wysuszoną kupę słonia na niej kładzie się jedno drewno a drugim kawałkiem drewna mocno się pociera o to dolne. Pochwalę się, że prawie udało mi się rozpalić ogień. Z drewna zaczął wydobywać się dym i pewnie kupa słonia zapłonęłaby ogniem gdyby Masajowie mi nie przerwali

Po wszystkim tańczyliśmy z Masajami do białego rana




O tak właśnie tańczyłem z Masajami




. Co prawda słabo mi wychodziło ale zabawa była pierwsza klasa.
kliknij aby obejrzeć film Po imprezie gdy wszyscy już wytańczyli się do woli zapoznaliśmy Masajów z naszą prasą ilustrowaną która przedstawia życie dnia codziennego mzungu.


a następnie jedna z uczestniczek naszej wycieczki pokazała na zdjęciach mieszkańcom wioski jak wygląda Polska zimą i jak wyglądają u nas wnętrza domów. Spotkało się to z ich strony z wielkim zainteresowaniem. Było miło ale przyszedł czas ruszać do hotelu. Pożegnaliśmy się, pomachaliśmy

i ruszyliśmy w drogę powrotną. Po dojechaniu do miejscowości Maritini okazało się, że na głównej drodze był chyba jakiś wypadek bo był totalny korek. Nasz kierowca postanowił ominąć ten korek bocznymi drogami i skręcił w ulicę Magongo RD. Wjechaliśmy do dzielnicy biedoty. Wszyscy mówią o dzielnicy biedoty w Mombasie która nazywa się Likoni ale Likoni w porównaniu z miejscem do którego wjechaliśmy to wzór dostatku i dobrobytu. Kto wie. Może kierowca chciał nam pokazać jak wygląda życie w przedmieściach Mombasy. Miejscowość Maritini znajduje się tuż obok lotniska w Mombasie a dzielnica którą opisuję jest w
T Y M miejscu. Mieszkańcy tego miejsca nie są uśmiechniętymi murzynkami jakich można spotkać obok nadmorskich kurortów. Na ich twarzach rysuje się nienawiść, oczy są pełne wściekłości. Gdy przejeżdżaliśmy wśród nich to pokazywali na nas palcami i wykrzykiwali ze wściekłością "mzungu coś tam coś tam". Jedna Pani pstryknęła im fotkę. Reakcja tubylców była natychmiastowa. Od razu chwycili za kamienie i zaczęli rzucać w nasz busik. Aż strach normalnie się zrobiło. Nie daj boże samochód zepsułby się w tym miejscu to każdy z nas skończyłby przecięty na pół maczetą.
Ulica wyglądała tak, że po obu stronach stały jakieś rozpierdolone szopy a w nich jakieś pseudo sklepiki. Wokół tych sklepików były góry śmieci

Potem żartowaliśmy ze znajomymi, że już wkrótce Kilimandżaro nie będzie najwyższym szczytem w Afryce. Niedługo przerosną go hałdy śmieci na przedmieściach Mombasy. Zamiast siać nienawiść i rzucać kamieniami to lepiej wzięliby się dziady jedne do roboty. Proponuję zacząć od posprzątania wszędzie będącego tam syfu. Jak byłoby u nich ładnie posprzątane to może zaczęliby przyjeżdżać turyści a jak zapewne wszystkim wiadomo turyści zawsze zostawiają jakieś pieniądze.
Na szczęście przejechaliśmy tą dzielnicę w jednym kawałku. Potem była dzielnica średniej klasy i zupełna zmiana krajobrazu. Ulica ładnie wysprzątana, od czasu do czasu jakiś sklepik. Domki skromne ale zadbane. Ciekawe czemu u ludzi ze średniej klasy jest ładnie posprzątane a w dzielnicy biedoty taki syf? Czyżby w dzielnicy średniej klasy sprzątał sam stwórca a o biedakach zapomniał? Moim zdaniem to nie tak. Średnia klasa zwyczajnie chce pracować a jak ktoś pracuje to i nie będzie tak bardzo biedny. Zawsze zarobi na swoje i najbliższych utrzymanie. Natomiast mieszkańcy slamsów zamiast wziąć życie w swoje własne ręce i zacząć pracować to czekają aż ktoś im da lub ktoś zrobi za nich co widać po ich otoczeniu. Zawsze może trafi się jakiś ciut bogatszy człowiek którego będzie można przeciąć na pół maczetą i zabrać mu kasę. To o wiele łatwiejsze niż uczciwa praca.
Do hotelu dotarliśmy około godziny szesnastej. Akurat zdążyliśmy na podwieczorek. Daliśmy kierowcy napiwek w wysokości 5USD od osoby. Mieliśmy dać po 10 USD ale z uwagi, że nie chciał nas zawieźć nad rzekę Tsavo to dostał tylko połowę tego. Po jego minie nie widać było wielkiego zadowolenia. Zresztą my też do końca nie byliśmy zadowoleni z jego usług. Tak skończyło się nasze dwu dniowe safari w parku narodowym Tsavo East. Drogę którą przebyliśmy drugiego dnia można zobaczyć w
T Y M miejscu.
CDN...